Outis
==================================================
OUTIS
Tom I: Milczenie Wszechświata
==================================================
PROLOG: Pustka i pierwsza myśl
Przed Wielkim Wybuchem nie istniało nic. Nie było gwiazd, nie było materii, a w mroku nie tlił się ani jeden promień światła. Świat, jeśli można go tak wówczas nazwać, był jedynie nieskończoną, bezdenną czernią.
W tej głębokiej nichości żył Outis. Bóg wszystkiego i niczego.
Nie posiadał ciała, które mogłoby ulec zniszczeniu, ani tchnienia ducha w rozumieniu, jakie nadadzą mu później ludzie. Był samym Byciem – świadomością rozsianą w nicości, posiadającą własny rozum, nieokreślone zmysły i całkowitą, nieograniczoną wolną wolę.
Życie w wiecznej ciemności przez eony nie sprawiało mu dyskomfortu. Stan, w którym się znajdował, nie generował cierpienia, bowiem w bezruchu nie mogły zrodzić się emocje. Nie znano wówczas gniewu, żalu ani rozpaczy, ale próżno było szukać również miłości, radości czy zachwytu.
Z czasem jednak fakt, że Outis posiadał intelekt, zaczął działać na jego niekorzyść. W świecie bez zdarzeń, bez materii i bez upływu czegokolwiek, absolutny brak zmienności stał się nieznośny. Z pustki wykiełkowała pierwsza, pierwotna emocja – cicha obojętność, która powoli przeszła w delikatną frustrację. Nuda stała się ziarnem nowej ery.
Outis zapragnął ruchu. Zapragnął widoku obracających się kół, zmienności i dynamiki. Z jego woli w głębokiej czerni zaczęły krystalizować się pierwsze obiekty – kometarne smugi, pierwotne lądy, spiętrzone morza, planety i bezkresne wszechświaty, tworzące skomplikowaną mozaikę kosmosu.
Aby jednak ten świat nie był jedynie martwym mechanizmem, Stwórca wprawił w ruch jego najpotężniejszą dźwignię: Czas.
--------------------------------------------------
ROZDZIAŁ I: Prototyp Czasomierza
Outis wiedział, że aby stworzona przez niego konstrukcja działała sprawnie, każdy jej filar musi być nadzorowany przez świadomy byt. Za fundament nowego świata uznał światło i cień.
Tak narodzili się pierwsi barierowi strażnicy: Świetlik, Pan Słońca, reprezentujący pierwiastek męski, oraz Pani Luna, opiekunka Księżyca, stanowiąca pierwiastek żeński.
Stwórca odział Świetlika w złotą, lśniącą zbroję i zwieńczył jego skronie koroną, której blask powalałby całe galaktyki. Podarował mu płonący rydwan zaprzężony w dwa potężne lwy. Ich ciała stworzone były ze zwęglonej ziemi, pod spękaną skórą zamiast krwi wrzała płynna lawa, a z gęstych grzyw przy każdym ruchu strzelały snopy jasnych iskier.
Luna była jego absolutnym przeciwieństwem. Piękna, dumna i dostojna bogini nosiła szaty z czystej, białej mgły, emanując blaskiem szlachetnym, lecz pozbawionym ciepła. Jej sanie ciągnęły dwa majestatyczne lwice o pyskach i futrze skutych wiecznym lodem.
Gdy bóstwa po raz pierwszy spojrzały na siebie pośród bezkresu, zaiskrzyło coś, czego Outis nie przewidział. Świetlik i Luna zakochali się w sobie w ułamku sekundy.
Stwórca nie tworzył jednak istot dla ich własnego szczęścia, lecz dla spełniania funkcji. Zignorował ich spojrzenia i narzucił im prawa bezapelacyjne. Stworzył wielką, niebiańską tarczę i nakazał lwicom Luny nieustannie uciekać, a lwom Świetlika bez końca je gonić. Powozy mogły poruszać się wyłącznie po okręgu i tylko w prawą stronę. Tak powstał pierwszy kosmiczny zegar. Ceną za złamanie tej zasady miała być zagłada nowo powstałego świata i śmierć samych bóstw.
I tak zaczął się wyścig. Kochankowie, zmuszeni do wiecznego pościgu, pędzili po nieboskłonie, widząc się jedynie z daleka. Rzadkie chwile, kiedy ich drogi przecinały się niemal na styku – co ludzie nazwali później zaćmieniem słońca – były jedynymi momentami cierpkiego ukojenia.
Z tej niemożliwej do spełnienia bliskości narodziły się nieznane dotąd w kosmosie plagi: tęsknota, rozpacz, gniew i żal. Były to nieplanowane skutki uboczne kreacji, żyjące wyłącznie w sercach bogów.
Świetlik przyjął odpowiedzialność za Słońce, dające ciepło i światło. Luna objęła władzę nad Księżycem, gdzie jedna połowa tliła się zimną poświatą, a druga tonęła w absolutnym mroku i mrozie. Żadne z nich nie wiedziało o istnieniu Outisa. Byli przekonani, że istnieli od zawsze, a kosmiczny wyścig jest jedyną formą bytu.
Outis zaś przyglądał się temu z dystansu. Nie chciał ingerować. Był jak wiatr, który porusza skrzydłami wiatraka – sama budowla go nie ciekawiła, ale jej ruch nasycał jego zmysły.
Wkrótce Stwórca rozbudował lądy i góry, tworząc pierwsze stałe planety. Do ich nadzorowania powołał bliźniacze bóstwa: Jordiego i Gordiego.
Jordi był niski, krępy i wiecznie uśmiechnięty. Nosił krótką szatę, sandały, a w dłoni dzierżył mosiężną lunetę, przez którą wypatrywał miejsc do kreacji. Stał się panem życia, żyznej ziemi i narodzin. Gordi był jego mrocznym odbiciem – wysokim, chudym starcem o powściągliwej, pomarszczonej twarzy i siwych włosach sięgających pasa. Odziany w czarną pelerynę, stąpał po świecie boso, trzymając w kościstych dłoniach kosę i sierp. Outis uczynił go panem śmierci, niszczenia i martwej gleby.
Każdy bóg otrzymał swoją rolę, a mechanizm wydawał się działać bez zarzutu. Do czasu.
--------------------------------------------------
ROZDZIAŁ II: Pęknięcia w fundamentach
Spokój stworzenia był złudzeniem. Emocje, które narodziły się jako „efekt uboczny”, tliły się pod powierzchnią materii niczym utajony ogień.
Na planetach Jordi tworzył bez opamiętania. Patrząc przez swoją lunetę, wznosił nowe góry, rozsiewał gęste lasy i rozlewał rzeki, radując się z każdego nowego źdźbła trawy. Gordi szedł krok w krok za nim, ale w jego duszę wkradała się gorycz. Jego zadaniem było ścinanie tego, co stare.
„On sieje życie i zbiera zachwyty, a ja jestem tylko ponurym cieniem, który idzie w jego śladach, niosąc koniec” – myślał ze ściskającym gardło żalem.
Gorycz zamieniła się w gniew. Gordi przestał czekać. Zaczął ścinać kosą młode, rozkwitające krainy, które Jordi ukończył zaledwie chwilę wcześniej. Jordi płakał nad uśmierconymi lasami, a jego łzy wypalały w ziemi głębokie rozpadliny. Pierwsza braterska wojna sprawiła, że kaskady skał pękały, a młode planety rozdzierały się na pół.
Tymczasem na niebiańskiej tarczy miłość Świetlika i Luny doprowadziła ich do obłędu. Świetlik zaczął z całej siły napinać złote lejce, próbując powstrzymać płonące lwy. Luna nakazała swoim zamrożonym lwicom zwolnić biegu.
Gdy oboje spróbowali zatrzymać powozy, kosmiczny zegar zgrzytnął. Tarcza Outisa pokryła się siecią pęknięć. Czas w niektórych zakątkach kosmosu niemal stanął w miejscu, w innych zaczął rwać niekontrolowanymi skokami. Ogień słońca sparzył lód księżycowych sań, a lodowa bryza zmroziła grzywy lwów.
Outis, obserwując to ze swojej ciemnej pustki, zaniepokoił się drganiami w mechanizmie. Nie rozumiejąc natury uczuć, postanowił „naprawić” problem przez dodanie nowych elementów.
Stworzył Hydrosa – boga wód i oceanów, oraz Zefira – pana wiatrów. Woda miała gasić spory i poić ziemię Gordiego, a wiatr miał nieść ukojenie oszalałym kochankom.
Doszło jednak do tragedii. Nowe bóstwa przyniosły ze sobą nowe emocje. Hydros, patrząc na potęgę niebios, spłonął chciwością – pragnął zalać lądy Jordiego, by jego oceany stały się jedynym królestwem. Zefir z kolei zachłysnął się pychą. Śmiał się z uwięzionych na tarczy kochanków i podsycał spory bliźniaków gwałtownymi sztormami.
Kosmos przestał być mechanizmem. Stał się tykającą bombą.
--------------------------------------------------
ROZDZIAŁ III: Błysk i ciemność
Ostateczny kataklizm nadszedł na niebiosach. Wycieńczona wieczną rozłąką Luna wydała swoim lwicom rozkaz: nakazała im skoczyć w bok, prosto pod koła płonącego rydwanu Świetlika. Bóg Słońca, widząc skok ukochanej, ściągnął lejce i skierował swój ogień wprost na nią.
Doszło do potężnego zderzenia. Ogień i lawa Świetlika starły się z absolutnym mrozem Luny. Kosmiczna tarcza pękła na pół z ogłuszającym łomotem, spychając czas z jego toru.
Na ziemi spór oszalał. Zefir rozdmuchiwał płomienie, Hydros spiętrzał faworyzowane oceany, a Gordi swoją kosą rozcinał całe globusy na pół. W centrum spękanego nieba moce wszystkich bóstw zaczęły ulegać grawitacji własnego gniewu.
Pycha, chciwość, żal, nienawiść i desperacka miłość skondensowały się w jeden punkt. Potężny wir wciągnął bóstwa do środka, sklejając ich korony, rydwany, kosy i oceany w nieprawdopodobnie gęstą, skrajnie niestabilną masę.
A potem nastąpiła eksplozja.
Wielki Wybuch rozerwał stary świat stwórców na drobiny.
Zbroja Świetlika i szaty Luny zamieniły się w kosmiczny pył. Ogień boga słońca dał początek energii miliardów gwiazd, a zimna krew bogini stała się mroczną materią. Kości Jordiego i Gordiego rozpadły się na krzem, żelazo i węgiel – podwaliny pod nowe, fizyczne planety. Uczucia, które zniszczyły bóstwa, zastygły i przekształciły się w nieodwołalne prawa fizyki: grawitację, dynamikę i nieustanną ekspansję przestrzeni.
Stary świat przestał istnieć. W centrum rosnącego, cichego kosmosu pozostał tylko Outis.
--------------------------------------------------
ROZDZIAŁ IV: Anonimowy Przechodzień
Outis unosił się nad zgliszczami swojego pierwszego dzieła. Po raz pierwszy w swojej niekończącej się egzystencji poczuł coś, co przypominało niewidzialny ciężar.
Zrozumiał swój błąd. Pragnąc prostego ruchu, wypuścił siły, których nie potrafił kontrolować. To nie brak czasu niszczył światy – to emocje okazały się potęgą zdolną rozerwać samą tkankę rzeczywistości.
Postanowił, że już nigdy więcej nie stworzy żadnego boga. Nie rozda nowych korona ani nie narysuje tarczy zegara.
Mijały eony. Na jednej z błękitno-zielonych planet, uformowanej z pyłu dawnych królestw, narodził się człowiek.
Ludzie byli mali, krusi i żyli ułamek sekundy w skali kosmosu. Mieli jednak w sobie niezwykłe dziedzictwo – zostali ulepieni z popiołów dawnych bogów. W ich sercach wciąż tliły się odłamki tamtych potężnych sił:
- Nosili w sobie iskry miłości i rozpaczy Świetlika oraz Luny.
- Przejawiali pasję kreacji Jordiego i lęk przed nieuchronną śmiercią Gordiego.
- Mieli w sobie ziarna pychy i chciwości Zefira oraz Hydrosa.
Ludzkość stała się cichym powtórzeniem dawnego świata.
Outis zstąpił na Ziemię. Nie zjawił się w blasku ani pośród gromów. Przybrał postać najprostszą z możliwych – stał się czystym tłem.
Przez stulecia zmieniał twarze. Był samotnym wędrowcem na zakurzonej drodze w starożytnym Rzymie, cichym starcem siedzącym na parkowej ławce w XIX-wiecznym Londynie, nieznajomym w płaszczu, który mija Cię dzisiaj na zatłoczonym przejściu dla pieszych.
Gdyby ktoś zapytał go o imię, odparłby zgodnie z prawdą: Outis.
Dla każdego człowieka oznaczało to po prostu: Nikt.
Nie pragnął świątyń, modlitw ani ofiar. Nikt o nim nie pisał, nikt go nie zauważał. Wtapiał się w tłum, mając dłonie w kieszeniach i obserwując zakochanych na przystankach, artystów w pracowniach i płaczące dzieci.
Patrzył na świat, który nie potrzebował już jego zegarów. Świat, który żył własnym, skomplikowanym rytmem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania