Echo kroków
Dzieciństwo to jedyna kopalnia, z której wciąż wydobywam surowiec. Nigdy się nie wyczerpuje.
Na ławce w martwym kurorcie siedzą dziadkowie – objęci, nieruchomi, jakby już należeli do mgły. Tylko ich papierosy tlą się jeszcze, dwa czerwone punkty w szarości. Mgła sunie między pniami, wolna i gęsta. Ja w trawie – wilgoć na kolanach, na dłoniach, w ustach.
Wtedy pojawia się on.
Pancerz odbija niebo jak rtęć. Ruch – zbyt czysty, jakby grawitacja go nie dotyczyła. Na głowie delikatna, metaliczna koronka – herb innego świata, innego porządku.
Nagły błysk. I jeszcze jeden. Światło gaśnie równie szybko, co się pojawiło.
Pochylam się. Słoik w pogotowiu. Chcę zamknąć istotę w szkle razem z tą chwilą.
Lecz głos z werandy tnie powietrze: „Kolacja”. Dziadkowie gaszą papierosy. Idziemy.
Nazajutrz trawa sucha. Mgła się rozwiała. Po nim ani śladu. Jakby zabrał ze sobą część powietrza, którym wtedy oddychałem – i całą tajemnicę.
Do dziś wystarczy zapach wilgotnej ziemi – i nagle znowu mam pięć lat, a w rękach słoik.
Ciii. Jestem już tuż-tuż…
I znowu – tylko echo własnych kroków.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania