Owad nie z tej ziemi
Dzieciństwo jest dla mnie kopalnią wizji. Widzę dziadków: siedzą na ławce w zapomnianym kurorcie, czule objęci. Mgła przesuwa się wolno między drzewami. Ja bawię się w trawie, tuż obok.
Wtedy ją dostrzegam. Istotę, której nie potrafię nazwać. Pancerz połyskuje jak metal, ruch ma nienaturalnie płynny. Owad nie z tej ziemi, z koroną na głowie — jakby niósł znak obcego porządku. Wiem tylko jedno: nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.
Pochylam się, chcę być bliżej, zapamiętać go całym wzrokiem.
W tej samej chwili wołają na kolację.
Nazajutrz wracam w to samo miejsce. Trawa jest zwyczajna. Mgła rzadsza. Po owadzie nie ma śladu — jakby nigdy tu nie istniał. Jakby zabrał ze sobą coś, co należało do mnie.
Po latach wciąż do tej sceny wracam. Zanurzam się w nią bez reszty.
Czasu nie da się cofnąć. Niektóre spotkania zdarzają się tylko raz — i właśnie dlatego bolą najmocniej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania