Pachnidłex (opowiadanie)
Proszę Państwa, Kraków. Dźwięk hejnału miesza się z odgłosem pijanych Anglików wymiotujących do koszy na śmieci. Duch poezji ulega demonom wielkiej zabawy, a zapach obwarzanków miesza się z końskim łajnem, kebabem, dymem papierosowym i liliami z niewielkich kwiaciarni na rynku głównym.
To właśnie ta feeria zapachów zainspirowała mnie kilka lat temu do otworzenia własnego, niepowtarzalnego sklepu z pachnidłami, ulokowanego w pobliżu opisywanych wydarzeń. Nazwałem go Pachnidłex.
Przy zachowaniu wszelkich proporcji, śmiało można mnie nazywać Leonardem Dawinczim branży Olfaktorycznej. Wyprzedzam bowiem swoją epokę, a na kwestię zapachu patrzę poza pudełkiem, jak powiedzieliby wspomniani wcześniej Anglicy.
Niestety. Jak w przypadku wielu geniuszy, długo nikt się na mnie nie poznał. Szczęśliwie uniknąłem jednak losu Vincenta Van Gogha i doczekałem się swoich pięciu minut jeszcze za życia, dzięki czemu nie musiałem odcinać sobie ucha, choć w moim przypadku najpewniej rozchodziłoby się o nos.
Nie od razu jednak było kolorowo. Przez 7 lat funkcjonowania sklepu sprzedałem jedynie około 40 kadzideł, 2 buteleczki perfum oraz jeden Wunder-Baum.
Wynikało to po części z tego, że mój sklep był ulokowany w zaułku, obok którego nie przechodziło tylu ludzi jak innymi uliczkami przy rynku, oraz prawdopodobnie z powodu zapachów, które wytwarzałem.
Brzydziłem się tak oczywistymi rozwiązaniami jak jaśmin czy lawenda. Mdliło mnie na samą myśl o zapachu róży, cytrusów, drzewa sandałowego i całej reszty banałów.
Swoimi zapachami chciałem poruszać najbardziej emocjonalne struny duszy człowieka. Dlatego w moim sklepie można było zdobyć doskonale znane z dzieciństwa zapachy, między innymi: kanapki znalezionej po miesiącu w plecaku szkolnym, krowiego placka z podeszwy trampka, czy - to akurat z okresu wchodzenia w dorosłość- przypalonego krokieta.
Bardzo długo nikt tego nie rozumiał. Nikt poza Wujem Stanleyem.
Wuj Stanley był rubasznym i pogodnym człowiekiem po 60-tce, przez większość życia mieszkającym w Nowym Jorku, który entuzjastycznie witał każdy przejaw przedsiębiorczości. Zwykł mawiać, że nigdy nie wiadomo na jakiej głupocie się zarobi kapuchę (swoją drogą zapach kapusty również był w asortymencie).
Stan sam z resztą dorobił się wielkiej fortuny dzięki połączeniu zmysłu biznesmena, wynalazcy i podglądacza. Już tłumaczę.
Gdy wyemigrował do Stanów przez wiele lat pracował w tak zwanej szapie, czyli fabryce. Był to chłop jak dąb do rany przyłóż, ale miał jeden dziwaczny nawyk- lubił podglądać nagich ludzi. Zarówno kobiety jak i mężczyzn. Sam też nierzadko się obnażał i był stałym bywalcem plaż nudystów.
W erze gdy zaczęły pojawiać się telefony komórkowe z wbudowanymi aparatami, Stanley wpadł na pomysł, by przyczepić telefon do metalowego pręta, które wytwarzali w fabryce i w ten sposób podglądać w przebieralniach niczego nieświadomych kolegów i koleżanki z pracy.
W końcu jeden z przełożonych nakrył go podczas takiego procederu, a Stan niewiele myśląc, na pytanie co on właściwie wyczynia, odruchowo odpowiedział, że robi sobie selfie.
Tak oto wpadł na pomysł stworzenia selfie-stick'a do telefonu, który niedługo później zrobił wielką karierę na całym świecie, przynosząc Stanleyowi potężną fortunę i życie o jakim zawsze marzył. Nigdy już nie wrócił do fabryki, a czas upływał mu na jego ulubionych czynnościach, tj. na oglądaniu zawodów pływackich i popijaniu ukochanego piwa Warka Strong.
Poza dokupywaniem coraz bardziej wymyślnych skrzatów do swojego ogromnego ogrodu na przedmieściach Nowego Jorku, niespecjalnie miał jednak pomysł na wydawanie pieniędzy, więc wspierał mnie we wszelkich inicjatywach. Dość powiedzieć, że to on wykupił większość ze wspomnianych wcześniej produktów z mojego sklepu, a także łożył na czynsz i wszelkie opłaty związane z prowadzeniem tak niepewnego biznesu, który mówiąc szczerze nie szedł najlepiej.
Ani myślałem jednak, żeby to rzucać, pamiętając, że cierpliwy to i kamień ugotuje.
Wreszcie, w szóstym roku prowadzenia interesu, w Europie zawiał tak zwany wicher zmian. Wiele rządów zaczęło upadać, w tym ten w Polsce, a na arenę wkroczyła zupełnie nowa klasa polityczna, mająca na swych sztandarach hasła typu: "Czyste ręce, czyste serce", "Kąpiel prawem nie towarem" oraz "Schludny Kloszard w każdym mieście".
Nigdy nie interesowałem się polityką, jednak tym razem polityka zainteresowała się mną. Na całe szczęście.
W wyniku serii różnego rodzaju praw, porozumień i ustaw, zaczęto kreować rzeczywistość, w której każdy obywatel miał mieć dostęp do zachowania higieny. Tak oto w każdej dzielnicy powstały publiczne łaźnie oraz pralnie.
Kloszardzi, do których głównie skierowane były owe zmiany w prawie, ani myśleli jednak o zmianie przyzwyczajeń. Pojawiali się w łaźniach niezwykle rzadko, a w pralniach właściwie na dało się ich spotkać.
Nie pomagały kampanie społeczne i prośby samego Ministra Higieny Narodowej - Czesława Brudnego.
Zaostrzono więc prawo, tworząc Cyfrowy Rejestr Kąpieli. Od tej pory każdy człowiek, co do którego istniało podejrzenie niedomycia, musiał mieć potwierdzenie w CRK, że przynajmniej raz w tygodniu, najlepiej w okolicach soboty, odbył kąpiel. W przeciwnym razie czekały go kary dalece straszniejsze od tych, które przewiduje Pan Bóg za nie umycie okien na Wielkanoc.
Bezdomni, chcąc nie chcąc, zaczęli uczęszczać do łaźni, jednak ciężko powiedzieć by ich to uszczęśliwiało. Stawali się coraz bardziej osowiali, próżno było wypatrywać ich ażurowych uśmiechów, a nawet przestali tytułować swoich rozmówców "kierownikami".
Wszystko przez to, że zaczęli zatracać swoją własną osobowość, własne ja, które zmywali z siebie każdego tygodnia w złowrogich łaźniach i pralniach.
Mniej więcej w tym czasie zacząłem zauważać lekki wzrost zainteresowania moim sklepikiem. Najpierw pojawiła się para ekstremalnie świeżych kloszardów, którzy nieśmiało wypytywali o różnego rodzaju zapachy. Po rozeznaniu się w cenach, wyszli i po godzinie wrócili z pieniędzmi, decydując się na buteleczkę wody toaletowej o nazwie "Esencja Zapomnianych Ulic", który był połączeniem zapachów wymiocin, kaca, moczu oraz sfermentowanego taniego wina.
Następnie, dzięki poczcie pantoflowej zaczęli pojawiać się kolejni klienci o podobnym profilu. Po kilku tygodniach pod moim sklepikiem zaczęły ustawiać się kolejki, a ja musiałem zatrudnić pracowników, którzy pomagali mi w wytwarzaniu i sprzedaży produktów.
Wuj Stanley nauczony własnym doświadczeniem, jeszcze na samym początku działania sklepu doradził mi wyrobienie patentu na swoje produkty, więc raptem okazało się, że jestem jedynym producentem i sprzedawcą takich towarów na świecie.
Zrobił się absolutny szał. W pewnym momencie wrzucenie na media społecznościowe zdjęcia z buteleczką moich perfum było gwarantem popularności i poklasku w sieci, więc razem z bezdomnymi w kolejce ustawiały się całe tabuny Influencerów. Następną grupą społeczną, która oszalała na punkcie moich produktów byli urzędnicy państwowi, którym zapachy te pomagały ponoć w szybszym odprawianiu petentów.
Niedługo później odwiedziła mnie francuska ekipa filmowa, która nakręciła dokument o tym fenomenie na platformę Śmietflix , co spowodowało rozlanie się potężnej fali popularności Pachnidłexa na cały świat.
Pierwszy raz przytrafiła mi się taka sytuacja, więc nie mając pojęcia co z nią począć, zatrudniłem Coacha, który za jedyne 5 tysięcy euro za godzinę radził mi jak postępować.
Idąc za jego zaleceniami, wstawałem codziennie o 2:55 w nocy, następnie klęczałem na grochu z podniesionymi rękami wykrzykując, że mogę wszystko, po czym piłem wodę z kałuży i dokonywałem samospalenia. Choć samemu ciężko było mi w to uwierzyć, to ta nowa rutyna dość szybko przełożyła się na nieskazitelną jasność umysłu i trafne decyzje.
Zeskalowałem firmę, tworząc produkcję i punkty sprzedaży na wszystkich kontynentach, w tym na Antarktydzie. Każdy z nich przynosił tak ogromne zyski, że szybko znalazłem się — razem z Wujem Stanleyem, któremu w podziękowaniu za wieloletnie wsparcie oddałem 50% przychodów — w pierwszej dziesiątce największych odkryć biznesowych według magazynu „Frogs”.
Wuj Stanley miał jednak jeszcze większy ból głowy niż wcześniej. Istnieją w końcu pewne ograniczenia w kwestii możliwości wypicia Warki Strong, czy zakupu krasnali ogrodowych. By nie zwariować, oddał cały swój majątek na rzecz fundacji popularyzującej nudyzm i udał się do tybetańskiego klasztoru Drepung na wieloletnią medytację.
Ja z kolei zainwestowałem w polską kinematografię oraz sieć supermarketów z poezją antyczną. Jak łatwo się domyślić, to poezja okazała się znacznie bardziej opłacalna, ale zawsze żyłem wg zasady: "Never for money, always for love" i nie zamierzałem tego nigdy zmieniać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania