Pajarito cz. 1
Pogoda za oknem była tylko pretekstem by oddać się w ramiona wszechogarniającej retrospekcji. Jeszcze jeden łyk gorzkiego pajarito i myśli owładnęły jego głową. Światło kominka wypełniało pokój złudą rodzinnego ciepła, siedział w skórzanym fotelu z niewielkim matero w ręce. Uwielbiał popijać yerbę, szczególnie pajarito, mocne gorzkie pajarito, zawsze pijał je w mokre dżdżyste wieczory takie jak ten myślami zawsze wtedy wracał na upalne Południe. Znowu to czuł to niesamowite uczucie, które wypełniało go od stóp do głów, upajał się tą myślą, już jutro go tu nie będzie, znowu będzie gdzieś ... czuł ten strach, znany, czuł go zawsze w takich chwilach, znany a jednocześnie nieodgadniony, strach ale nie ten paraliżujący lecz ten, który pobudza ciekawość. Wiedział że już nie ma odwrotu, że chce tego co wybrał a może ... a może rzucić to, po co znowu się bać, znowu nie dosypiać nocy i cierpieć za dnia. Zostać tutaj czuć się bezpiecznym i ... znowu wygrywała w nim myśl o namacalnej wolności, a pomysł zostania w domu upadł. Koniec rozmyślań czas podjąć męską decyzję. Uwielbiał ten moment w którym ciekawość wygrywała ze strachem. Ocknął się, kolejny łyk pajarito rzutka do gry w darta już powędrowała z kieszeni do prawej ręki podniósł wzrok rzut i...
Słońce leniwie wychylało się z za niewysokiej góry na wschodzie. Droga wiodła górską halą do skraju lasu dalej bukową alejką do doliny tam kończył się szuter a zaczynała cywilizacja. Huk przejeżdżających samochodów zniszczył melancholijną atmosferę poranka. Dwa kilometry dziurawego asfaltu dalej była wioska nieduża polska wieś. Typowa ulicówka z "centralnym placem" pomiędzy sklepem monopolowym i kościołem. Nie mogło tam zabraknąć ławeczki dla miłych starszych panów sączących ,od rana do wieczora (właściwie to od wschodu słońca do środka nocy), wino lub piwo wątpliwej jakości ale o rozsądnej cenie. Na tym samym placu stał też przystanek autobusowy odwiedzany dwa, trzy razy na dobę przez rozklekotany PKS. We wsi rzadko pojawiał się ktoś obcy, wieś była biedna żadnego hotelu czy pensjonatu, nigdzie nawet nie było agroturystyki bo miejscowi słusznie lub niesłusznie uważali, że nikt nie będzie chciał zapłacić za to by spędzać czas w zapadłej wsi jakich w Polsce setki. Gentelmeni siedzący na ławce powitali przybysza z domku w górach ściągnięciem czapki i miejscowym "Dobry" czyli najbardziej wysublimowaną formą miejscowego powitania. Przybysz lekko zwolniwszy kroku i przypisaną sobie nonszalancją lekko uchylił się odpowiadając " Uszanowanie mili panowie, jak tam mija słoneczny poranek ?" Miejscowi i tak od zawsze mieli go za dziwaka, więc takim powitaniem tylko potwierdził ich tezę. Na szczęście przybysz, kierowany samozachowawczym instynktem nie zatrzymał się przy ławeczce tylko powróciwszy do poprzedniego tempa chodu, udał się wprost na przystanek. Po krótkiej chwili niezręcznego oczekiwania ( bo przecież nie wypada patrzeć na autochtonów zajmujących swe odwieczne miejsca na ławce ale w okolicy nie ma nic innego na co można by patrzeć ) zza zakrętu głównej ulicy wyłoniła się sylwetka nie najnowszego już autokaru polskiej produkcji. Zakup biletu poszedł gładko, ponieważ kierowca znający z widzenia naszego przybysza poza krótkim "Dzień dobry" i "Trzy osiemdziesiąt " nie wypowiedział ani słowa, a już broń Boże nie patrzył na jego twarz by przypadkiem nie sprowokować go do rozmowy. Pasażerowie wiedzący co się święci roztropnie dzięki kilku roszadom w taki sposób pozajmowali miejsca by kupujący właśnie bilet nowy towarzysz podróży nie siedział przypadkiem przy którymkolwiek z nich, zajął on więc miejsce zaraz za kierowcą i spokojnie oparł się o lekko podarte oparcie fotela. PKS ruszył gładko lecz nie bez srogiego hałasu generowanego przez, uważany przez kierowcę za nieśmiertelny, pocący się olejem silnik diesla. Podróż minęła sprawnie górskie krajobrazy za szybami nie zmieniały się zbyt szybko bo i PKS szybko nie jechał. Pozwalało to pasażerom spędzić miło czas na gwarzeniu o wszystkim i o niczym lub też co wydaję się o wiele bardziej logicznie na rozmyślaniu nad sensem podróży co też uczynił nasz bohater.
Miasto powiatowe przywitało pasażerów PKS'u najlepszym architektonicznym pomysłem na stworzenie socjalistycznego społeczeństwa idealnego czyli mówiąc wprost osiedlem bloków z wielkiej płyty, których elewacje najlepsze lata miały już dawno za sobą, a po rewolucji zapoczątkowanej przez farby w spray'u, raczej przypominały ostatnią stronę zeszytu krnąbrnego gimnazjalisty niż urzeczywistnienie socrelaistycznej utopi. Główny plac miasta ogarnięty przez stragany z warzywami, ubraniami i wszystkim innym co mieszkańcom okolicznych wsi mogło przydać sie do życia. Spełniał również rolę głównego ośrodka komunikacji gdyż poza komunikacją autobusową docierała tu również kolej. Niewielki dworzec, relikt epoki wiktoriańskiej, znajdował sie w południowej stronie placu. Po wyjściu z autobusu to właśnie tam udał się mieszkaniec domu w górach. Dworzec nie reprezentował się okazale, szczególnie, że jego ścian również nie ominęła rewolucja farby w spray'u. Niewielka poczekalnia w środku była wypełniona oczekującymi na pociąg. Do okienka kasy biletowej zdążyła się już ustawić niewielka kolejka. Przybysz stanął na jej końcu. Jeszce pani z małym pieskiem na smyczy i jego kolej. W końcu mógł podejść do okienka którego otwór, przez który odbywała się konwersacja sprzedawca klient oraz sam akt nabycia biletu, znajdował się na słusznej wysokości metr trzydzieści dzięki czemu spełniał realia poprawności politycznej na długo przed zaistnieniem tego pojęcia w mediach. Nasz bohater lekko uginając się w kolanach uchylił się w jednocześnie do przodu i w bok tak by jego usta znalazły się w bezpośredniej bliskości otworu w okienku.
-Dzień dobry, jestem zainteresowany nabyciem drogą kupna dokumentu umożliwiającego mi legalny przejazd pociągiem relacji ....
-Panie idź pan stąd, ja tu tylko bilety sprzedaję- odrzekła miła starsza pani siedząca po drugiej stronie
Przybysz lekko zmieszany zgodnie z zaleceniem odsunął się od okienka i wyszedł z budynku dworca -Już wiem -rzekł do samego siebie - nie dodałem żadnego zwrotu umilającego rozmowę i dlatego ta pani pomyślała że jestem zwykłym chamem, a wystarczyło powiedzieć "Dzień dobry miłej pani". Na tym skończył rozważania i wrócił do domu dokładnie tak samo jak z niego wyjechał, zaparzył pajarito usiadł w fotelu, spojrzał na mapę wiszącą na przeciwko z rzutką wbitą w okolicę Buenos Aires i powiedział na głos:
-Dziś się nie udało ale może jutro zrealizuję moje marzenie- i znowu oddał się w rozmyślania nad istotą podróży sącząc yerbę ...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania