Paluszkowe złoto
Od małego miałem słabość do solonych paluszków. Ale prawdziwą miłością darzyłem te zlepione, podwójne – defekty produkcyjne, które czasem trafiały się w paczce. Dla mnie to nie był żaden defekt. To był bonus. Dwururka. Bomba. Perełka.
W małym woreczku mieściło się siedemdziesiąt gramów szczęścia, a ja zawsze najpierw wypatrywałem właśnie tych specjalnych sztuk. Nieszczęścia – przynajmniej w paczce paluszków – wcale nie chodzą parami.
W czasach późnego peerelu, mając jakieś osiem czy dziewięć lat, wpadłem na genialny pomysł: napiszę list do fabryki i podziękuję za te podwójne cuda. Napisałem z serca, jak umiałem. To był pean. Dziadek poprawił mi błędy ortograficzne, wstawił przecinki i poszliśmy razem na pocztę.
Po dwóch tygodniach przyszedł karton. Duży. Bardzo duży. Pięćdziesiąt paczek paluszków. Pięćdziesiąt.
Przez kilka tygodni na podwórku przy Ogrodowej padał złoty deszcz paluszków. Jedliśmy, aż trzęsły nam się uszy. Kończyła się jedna paczka – natychmiast otwieraliśmy następną i znów zaczynało się polowanie na dwururki. Chyba każdy dzieciak z ulicy trochę mi zazdrościł. I tego listu, i tego kartonu.
Dawniej producenci mieli gest. Dziś paluszki są równe jak od linijki: żadnych niespodzianek, żadnych błędów, żadnych cudów. Wszystko się zgadza. Aż za bardzo.
Smak tamtych podwójnych został. I pamięć o wielkim kartonie w kącie pokoju. O tym, że czasem największe szczęście rodzi się właśnie z tego, co fabryka uznała za pomyłkę.
Pamięć. Wystarczy.
Komentarze (5)
Do wyrzygu.
To były piękne czasy, o których przypomniało mi powyższe opowiadanie.
Pozdrawiam.
Ciekawe i naszpikowane dobrą energią opko.
Pozdrawiam!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania