Pamiętnik znaleziony na strychu
Nigdy nie lubiłem wchodzić na strych. Zawsze panował tam półmrok, pachniało kurzem i suszonymi ziołami, a z kątów patrzyły na mnie nieme przedmioty, których przeznaczenia już nikt nie pamiętał. Jednak po śmierci rodziców musiałem zmierzyć się z tym miejscem. Przeglądając stare kufry, natrafiłem na szkolny zeszyt w szarej okładce. Na pierwszej stronie, koślawymi literami, ktoś wykaligrafował: „Tajemny Dziennik. Nie czytać pod groźbą śmierci!”. Uśmiechnąłem się. Poznałem to pismo. To był mój własny zeszyt z piątej klasy, a w nim zapiski, które ożywiły dawno zapomniany świat.
1 maja
Kierownik szkoły przyszedł dzisiaj ubrany odświętnie. Powiedział, że mamy przygotowywać się do wielkiego święta wszystkich ludzi pracy, 1 Maja. Każdy ma coś przygotować, dziewczyny kwiaty z bibuły na patyku, a chłopcy czerwone chorągiewki. Tego dnia mamy maszerować z boiska pod lasem aż do remizy strażackiej. Będą lody, każdy dostanie za darmo jedną gałkę. Oranżada też będzie, ale trzeba sobie kupić.
Mamy problem z tymi chorągiewkami, dziadek Janka powiedział, że kto dotknie takiej czerwonej, to mu uschnie ręka. Trochę to dziwne, bo takich flag ostatnio sporo widziałem, a wszyscy mają zdrowe ręce. Jednak nie będziemy ryzykować, robimy biało-czerwone chorągiewki i będziemy udawać, że nie zrozumieliśmy. W końcu szkoda byłoby zrezygnować z lodów.
Już po pochodzie, było fajnie. Z przodu jechała nyska z PGR-u cała obwieszona flagami, za nią szli dorośli, ale tylko kilka osób. Koledzy mówią, że to byli jacyś ormowcy. Pochód nie interesował większości mieszkańców, bo na jego widok uciekali do domów lub stajni. Tylko dziadek Janka stał przy płocie i machał laską, ale on podobno zwariował jak spadł z dachu.
Lody były dobre, szkoda tylko, że często spadały z wafelków na ziemię. Oranżady przywieźli dwie skrzynki, ale wszystko wypili ormowcy z nyski. Potem śpiewali do rana patriotyczne piosenki. Chcieliśmy urządzić swój pochód na drugi dzień, ale pani Zosia, co mieszka na zakręcie, wyskoczyła z domu z miotłą i nas pogoniła. Teraz trzeba czekać cały rok na kolejny pochód.
Kacapy
Janek oświadczył, że ma poważny problem. Chodziło o słowo „kacapy”, które słyszeliśmy często, ale nikt nie chciał wyjaśnić, o co chodzi. Poszliśmy do dziadka Janka, bo był bardzo stary i podobno mądry, zanim zwariował. Dziadek powiedział krótko, że mamy szczęście, jeśli nie wiemy. Trudno, dziadek jest trochę dziwny. Następnego dnia mieliśmy zajęcia z religii po lekcjach w szkole. Zapytałem proboszcza o tych kacapów. Proboszcz zaczął się z nas głośno śmiać aż mu łzy pociekły po tłustych policzkach. Kolejny raz nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Postanowiliśmy udać się do naszej wychowawczyni, nauczycielki matematyki i kolejny raz zadać to samo pytanie. Pani zbladła, powiedziała, że ma małe dzieci i nie da się sprowokować. Zapytała jeszcze, czy nas wysłali ci ormowcy z pochodu pierwszomajowego. Zaprzeczyliśmy, ale nie uwierzyła.
Dzisiaj wybrałem się do Janka. Jak zwykle siedział na płocie, tylko tym razem płakał. Dostał straszne lanie od mamy i to kablem od żelazka. Obok naszej wsi jest rosyjska baza wojskowa. Wielki samochód z żołnierzami, cały w oparach pary wodnej zatrzymał się przy domu Janka. Z kabiny wyszedł oficer.
– Malczik zawołaj mamu, nam nada wody – powiedział.
Janek nie schodząc z płotu ryknął jak mógł najgłośniej:
– Maaaamaaaa – swołocze przyjechały! Wody chcą!
Przerażona matka wybiegła z domu. Strzeliła Janka ścierką po głowie i powiedziała, że wodę zaraz przyniesie. Rosyjski oficer nie zareagował na słowa mojego kolegi. Po napełnieniu chłodnicy Ruscy pojechali dalej. Wtedy matka Janka wypadła z domu po raz kolejny, tym razem z kablem w ręce. No i mój kolega dowiedział się kim są kacapy i że nie należy im mówić „swołocze” prosto w oczy. Teraz przynajmniej wiemy o co chodzi z tymi kacapami.
Zając i Sałata
Wczoraj mój ojciec uratował Zająca. Nie chodzi o zająca z lasu, tylko o naszego sąsiada, pana Zająca. Sąsiad jechał rowerem w dość dziwny sposób, bo zakosami po całej drodze. Tradycyjnie nie był trzeźwy. Tego dnia miał pecha, bo zza zakrętu obok domu pani Zosi wyjechał na wielkim motocyklu posterunkowy Sałata. Milicjant aż zatarł ręce z radości, kiedy zobaczył pijanego Zająca na rowerze. Kazał mu się zatrzymać i podać nazwisko. Pan Zając wiedział, że ma do czynienia z Sałatą, i bał się powiedzieć, jak się nazywa. Chichotał tylko histerycznie, robiąc przy tym głupie miny.
– Obywatelu! – ryknął Sałata. – Podajcie swoje nazwisko!
W tym momencie w jego ręce znalazła się biała, milicyjna pałka, którą zawsze nosił przy sobie. Rowerzysta, który już popłakał się ze śmiechu, także ryknął:
– Jestem Zając!
Takiej zniewagi Sałata nie mógł znieść i zaczął okładać zatrzymanego obywatela pałką po plecach. Szczęśliwie mój ojciec wybiegł z domu na drogę i zaczął krzyczeć:
– Panie władzo, to prawdziwy Zając, on tak się nazywa!
Sałata zgłupiał i przestał tłuc Zająca, który chwycił rower pod pachę i zaczął uciekać. Co gorsza, do rozmowy dołączył zza płotu dziadek Janka, który zaczął wyzywać milicjanta od hitlerowców. Sałata stał bezsilny – znał dziadka i wiedział, że to wariat, więc zaklął brzydko, odpalił motocykl i odjechał.
Od tej pory Zając chodzi piechotą – podobno żona zamknęła mu rower w komórce. Żona dziadka też chciała zamknąć go w komórce, jednak on się nie dał i przyjmował przez płot gratulacje od całej wsi.
Portrety
Gdy przyszliśmy po przerwie świątecznej do szkoły, Janek zauważył, że coś się zmieniło w klasie. Zniknęły dwa portrety wiszące do tej pory obok godła państwowego. Zostały po nich tylko brudne obwódki na ścianie. Kierownik szkoły spacerował pod tablicą z tajemniczą miną i lekkim uśmiechem. Jednak nic nie powiedział. Ten chudy i stary z portretu był paskudny, godzinami przemawiał w telewizji i strasznie marudził. Nikt go nie żałował. Drugi był sympatyczny, łysy i okrągły, ale też zniknął. Najwyraźniej obaj kradli, jak wszyscy komuniści.
Koledzy mówili, że pewnie ich aresztowano. Inni twierdzili, że po prostu wyjechali. Nie wiedzieliśmy, co myśleć. Świat dorosłych wydał się nagle bardzo skomplikowany i pełen tajemnic.
Handel wymienny
Obok naszej wsi, na wzgórzu, znajduje się rosyjska baza radarowa. Cztery wielkie czasze skierowane są pod różnymi kątami na zachód. W niewielkim baraku mieszka 23 żołnierzy. Wiemy ilu ich jest, bo przed każdą rocznicą rewolucji kupują w naszym sklepie 23 czekolady. Baza jest ogrodzona płotem z drutu kolczastego i stale pilnowana przez wartowników z karabinami.
Lubimy kontaktować się ze zwykłymi żołnierzami, bo zawsze można z nimi pohandlować. Rosjanie zainteresowani są przede wszystkim alkoholem. Jest z tym spory problem, szczególnie dla ucznia. Znaleźliśmy inny sposób. Ojciec Janka robi na strychu wino, stoją tam dwie wielkie butle i kilka mniejszych. Janek od czasu do czasu podbiera cichaczem butelkę wina i wtedy ruszamy do rosyjskiej bazy. Trzeba czołgać się przez zboże pod płot z drutu kolczastego. Gdy podejdzie wartownik wołamy ściszonym głosem.
– Iwan, machniom?
Wartownik rozgląda się wokół i wyciąga z kieszeni przygotowany pakuneczek. Wymiana przebiega błyskawicznie, my stawiamy butelkę w trawie, a żołnierz rzuca obok swoje zawiniątko. Butelkę zabierze później, gdy odejdziemy. Po chwili wycofujemy się z łupem na czworakach przez zboże.
Gdy jesteśmy już w lesie otwieramy paczuszkę i podziwiamy otrzymane skarby. Są to najczęściej kolorowe odznaki mocowane na agrafce. Najcenniejsze są te z czerwoną gwiazdą lub elementami uzbrojenia: czołgami, rakietami lub karabinami. Zwykle obok odznak są też suchary, jakaś konserwa rybna lub tuszonka. Przydadzą się jak będziemy bawić się w wojnę na pobliskiej cegielni.
Zamknąłem zeszyt. Za oknem strychu słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na ten sam kolor, co nasze nieudane chorągiewki pierwszomajowe. Baza radarowa dawno zniknęła, Sałata przeszedł na emeryturę, a ormowcy rozpłynęli się w nowej rzeczywistości. Tylko smak tamtych lodów, co spadały z wafelków, wydaje się dziś słodszy niż cokolwiek innego. Zabrałem zeszyt ze sobą. Niech nie leży już w kurzu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania