Pamiętniki Ratlinga [WH40k] cz1.

Mówią na mnie Bando, choć pełne imię brzmi Brandobaris. Z dawna już zapomniane, nieużywane. Niektórzy nazywali mnie tak na moim rodzimym świecie. Świat Orna – bo tak go nazywali – planeta agrarna. Odkąd zjawili się Duzi Ludzie z Imperium, zostaliśmy kolejnym spichlerzem napędzającym ich wojenną machinę.

Dorastałem pośród swoich. Ludzie nazywają nas Ratlingami – ale my, samych siebie wolimy wołać “Niziołkami”. Duzi z nas po prostu kpią na każdym kroku. Szydzą, bo jesteśmy mniejsi, sięgający im ledwo do pasa. Nazwali nas “abhumanami”, do dziś nie do końca wiem po co i dlaczego taka klasyfikacja. Nazywają tak każdego kto jest podobny do Dużych Ludzi, ale odstaje w jakimś stopniu. Chodzą słuchy, że niektóre cywilizacje – mimo że podobne do ludzkiej - są eksterminowane, ponieważ poziom mutacji jest nieakceptowalny. Kim ja jestem, aby pojąć to co w głowach mają wszyscy ci “administratum” ze Świętej Terry, na której nigdy nawet nie byłem.

W Świecie Orna, czas płynął powoli. Pracowałem na roli, jak i wszyscy moi współplemieńcy. Widok imperialnych maszyn zawsze mnie jakoś wewnętrznie bolał - po prostu szpecił krajobraz. Dziadkowie opowiadali mi, że kiedyś było tego mniej. Imperium usilnie stara się zindustrializować naszą planetę do granic możliwości.

I tak cieszymy się nawet względnym spokojem i przywilejami. Nie wszyscy “abhumani” mają tak dobre warunki, nie wszyscy nawet mają przyznane pełnoprawne obywatelstwo Imperium. My mamy chociaż tyle... A może aż tyle. Rzucane w naszą stronę określenia “szczur” albo “abhumanus minimus” są niewielką ceną za możliwość istnienia.

Było znośnie...

Dużych Ludzi nie było u nas za wielu. Głównie regimenty Gwardii, administracja, czasami pojawiała się też arystokracja. Gubernatorem Świata Orna zawsze jest człowiek. Nigdy nie pozwalają na wybranie kogoś z naszego rodzaju. Podobno to taki wymóg... Aby trzymać but na światach istot odbiegających od “normy”.

Wszystko co przynosili ze sobą Imperialni, było ogromne. Ich machiny, budowle, które wznosili, meble, narzędzia. Jakby ignorowali fakt, że jesteśmy od nich mniejsi. Nawet broń, którą nam wręczali, była za duża. Ale mówili o konieczności obrony, przeszkolenie było obowiązkowe. Doktryny Imperialne tak samo. Kapłani potrafili sami przychodzić na pola uprawne, aby głosić kazania o majestacie Imperatora, którego nigdy nie widziałem, którego nigdy nie słyszałem. Jedni mówią, że to Bóg, inni mawiają, że wręcz przeciwnie. Nie zadaje pytań - nie miało to dla mnie nigdy znaczenia. Liczyła się praca, oraz to co po niej – bar, tytoń, dobre jedzenie i towarzystwo pośród swoich.

Z niektórymi Dużymi Ludźmi dało się nawet normalnie rozmawiać. Pamiętam, jak do “Psiego Ogona” - takiej naszej knajpki – czasami przychodzili żołnierze. Byli pośród nich tacy, którzy znali się na dobrej zabawie. Pili z nami, śpiewali i śmiali się.

Pamiętam jedną dziewczynę od nich - ktoś z administracji planetarnej. Wysoka blondynka. Miała metalowe ramię i dłoń, ale nie mogę do dziś zapomnieć koloru jej oczu. Niespotykany błękit. Z chęcią chadzałem do niej co miesiąc na sprawozdania. Była uprzejma, miła. Czasami nawet się zaśmiała po moim głupim żarcie.

To było dobre życie. Potrawy miały jakiś smak. Nie to co teraz...

Wszystko zmieniło się, gdy zjawiło się więcej wojska. Pobory...

Jeździli z wioski do wioski, zgarniając niektórych na wojnę. Gdy dotarły do mnie te wieści, myślałem o tym, aby uciec, skryć się. Nietrudno tu o kryjówkę, w lesie albo innych gąszczach. Ale nie zrobiłem tego. Może zabrakło mi odwagi. Przyjechali...

Wyszliśmy wszyscy przed domy, ukryte w porośniętych pagórkach. Był wieczór.

Mężczyzna w czarnym płaszczu, z kapeluszem i licznymi orderami wyszedł z wozu. Postawili przenośny stolik, wyciągnęli papiery, komputery. Podchodziliśmy kolejno.

- Brandobaris Beckelbur - wypowiedział twardo, nawet na mnie nie spoglądając - kompania snajperska, 345 regiment kadiański. Zabierzcie tylko to co niezbędne i pakujcie się do wozu. Będziecie walczyć za Imperatora.

To brzmiało jak wyrok. Nie wiem sam na co wtedy liczyłem. Myślałem, że będę tym szczęśliwcem, któremu się upiecze. Co mi wówczas pozostało?

 

“Wojna”... “Walka za Imperatora”. Nawet nie wiedziałem, co to oznacza...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania