"Pan Doktor"
Śnieg w Łodzi zawsze był szary, ale tego ranka pod murem fabryki przy ul. Kilińskiego przybrał barwę świeżej wątróbki. Porucznik rzucił niedopałek Sporta w błoto i splunął. Ofiara leżała nienaturalnie wygięta, jakby ktoś próbował złożyć człowieka w kostkę, żeby zmieścił się do paczki pocztowej.
– Kto go znalazł? – wycharczał porucznik, nie wyjmując rąk z kieszeni ortalionowego płaszcza.
– Zamiatacz, obywatelu poruczniku. Ale już go nie ma, zwymiotował i uciekł do stróżówki – zameldował młody sierżant, blady jak papier toaletowy z przydziału.
Ofiara nie miała twarzy. Ktoś precyzyjnie, niemal chirurgicznie, zdjął skórę z czaszki, zostawiając tylko lśniące w świetle latarni mięśnie i szeroko otwarte oczy. Najgorszy był jednak „prezent” wciśnięty w zaciśniętą dłoń trupa: legitymacja partyjna, a w środku – zamiast zdjęcia – zasuszony język.
– To już trzeci w tym miesiącu – mruknął porucznik, czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła. – I znowu ta sama robota. Czysta, fachowa, rzeźnicka.
Wiedział, że to nie jest zwykłe morderstwo. To był komunikat. W mieście, gdzie każdy na każdego donosił, pojawił się ktoś, kto wycinał prawdę prosto z gardła systemu.
Porucznik nie czekał na techników. Wyciągnął zakrwawioną legitymację zesztywniałymi palcami. Nazwisko: Stefan Jaworski. Funkcja: I Sekretarz Komitetu Zakładowego. To nie był byle pachołek, to był człowiek, który trzymał tę dzielnicę za gardło.
– Sierżant, bierz nyskę i jedź na Bałuty. Adres: Limanowskiego 14. Melina „Szczerbatego” – rzucił porucznik, wsiadając do czarnej Wołgi.
– Jak zobaczysz kogoś z czystymi paznokciami, zwijaj go bez pytania.
Sam pojechał do willowej dzielnicy, gdzie zapach spalin ustępował aromatowi palonego w kominkach drewna. Dom Jaworskiego tonął w mroku, ale drzwi wejściowe były uchylone. W środku nie śmierdziało kurzem, tylko chlorem. Silnym, dławiącym chlorem, jak w szpitalnej sali operacyjnej.
W salonie, na kryształowym żyrandolu, dyndał skórzany płat. Porucznik podszedł bliżej, zapalając latarkę. To była skóra z twarzy Jaworskiego, rozpięta na drutach jak trofeum. Pod nią, na dębowym stole, stał magnetofon szpulowy Unitra. Taśma kręciła się powoli, wydając rytmiczne szur-szur-szur.
Gdy porucznik nacisnął „Graj”, z głośnika wydobył się nie krzyk, a spokojny, niemal szeptany wykład o anatomii krtani. A potem nagły, mokry dźwięk cięcia i charkot, który nie chciał się skończyć.
Nagle za plecami porucznika skrzypnęła podłoga. Zapach chloru uderzył go w nozdrza z podwójną siłą.
– Panie poruczniku – odezwał się niski, kulturalny głos. – Pan wierzy w sprawiedliwość ludową czy tę prawdziwą, biologiczną?
Porucznik nie sięgnął po kaburę. Czuł, że lufa P-64 byłaby teraz równie bezużyteczna co pusta kartka na mięso. Powoli uniósł latarkę, ale nie w stronę głosu, lecz na wirujące szpule magnetofonu.
– Prawdziwa sprawiedliwość nie pachnie chlorem, panie „doktorze” – odezwał się ochryple porucznik. – Pachnie strachem. A u Jaworskiego w gabinecie strach był jedyną walutą. Co panu zrobił? Zabrał przydział na mieszkanie czy kogoś z rodziny?
Z ciemności dobiegł cichy, niemal pieszczotliwy śmiech. Postać wyszła w smugę światła padającą z korytarza. Wysoki, nienagannie ubrany mężczyzna w białym kitlu narzuconym na wełniany garnitur. Na dłoniach miał żółte, gumowe rękawice, na których krew Jaworskiego wyglądała jak gęsty dżem.
– Jaworski nie zabrał mi niczego, co można wpisać w raport – szepnął nieznajomy, podchodząc do stołu.
– On handlował nadzieją. W 1970 roku, w grudniu, to on podpisywał listy „elementów antysocjalistycznych”. Mój brat nie był elementem. Był studentem medycyny. Jaworski kazał mu wyciąć język, żeby „przestał kłamać o wolności”. Zrobił to amatorsko, brudnym bagnetem. Brat wykrwawił się w celi pod okiem milicjanta.
Morderca pogładził dłonią obudowę Unitry.
– Ja jestem profesjonalistą, poruczniku. Ja usuwam nowotwory z tego chorego organizmu, który nazywacie państwem. Jaworski był przerzutem.
Porucznik poczuł chłód na karku. Wiedział, że za drzwiami nie ma wsparcia, a w całym domu odcięto telefon.
– To co teraz? – zapytał porucznik, czując, jak pot spływa mu po skroni. – Wytnie mi pan serce za to, że noszę mundur?
– Pan? Pan jest tylko świadkiem – lekarz uśmiechnął się, wyciągając z kieszeni błyszczący skalpel. – Ale świadek musi mieć co opowiadać. Proszę spojrzeć do szuflady biurka. Tam jest lista. Kolejne osiem nazwisk. Pańscy przełożeni, poruczniku. Ludzie, którzy pili wódkę z Jaworskim, gdy mój brat dławił się własną krwią.
W tym momencie na zewnątrz zawyła syrena milicyjnej suki. Sierżant musiał wrócić szybciej z Bałut.
Czy porucznik ukryje listę przed nadjeżdżającymi kolegami, by samemu wymierzyć sprawiedliwość, czy aresztuje chirurga, wiedząc, że lista trafi prosto do niszczarki w komendzie wojewódzkiej?
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania