Pan z Kasprzka.

Mroźny listopad 1978 roku. Warszawa tonęła w gęstej, węglowej mgle, a latarnie na Pradze едва przebijały się przez mrok. Kapitana Mariana Jasińskiego z Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej obudził telefon o czwartej nad ranem.

Dwadzieścia minut później wysiadał z błękitno-białej Nysy pod wiaduktem kolejowym przy ulicy Towarowej. Cuchnęło tam wilgocią, tanim winem i spalinami. Na ziemi, oparty o betonowy filar, siedział mężczyzna w eleganckim, choć przemoczonym płaszczu z drelichu.

— Co mamy, Staszek? — Jasiński zapalił Popularnego, osłaniając płomień zapalniczki Zippo, którą dostał lata temu od wuja z Ameryki.

— Stefan Majewski — mruknął młodszy sierżant, chowając notes do kieszeni milicyjnego płaszcza. — Kierownik działu zaopatrzenia w Zakładach Radiowych Kasprzaka. Trzy strzały w klatkę piersiową. Bez tłumika nikt by nic nie słyszał przez przejeżdżające pociągi towarowe.

— Portfel?

— Jest. Dokumenty, dwieście złotych, a nawet kartki na mięso na ten miesiąc. To nie był napad rabunkowy.

Jasiński przykucnął przy zwłokach. Przeszukał kieszenie denata. W wewnętrznej przegródce marynarki natrafił na małą, podłużną tekturkę. Pasażerski bilet lotniczy LOT-u do Wiednia. Na nazwisko Jan Kowalski, z datą odlotu na jutrzejszy poranek. Obok biletu leżała czysta, niepodpisana koperta, a w niej – pięć setek amerykańskich dolarów. Zostawić tyle twardej waluty przy trupie? To nie był zwykły opryszek z Targówka.

— Staszek, zabezpieczcie teren — powiedział kapitan, wstając i rozcierając zmarznięte dłonie. — A ja jadę porozmawiać z wdową, zanim Służba Bezpieczeństwa dowie się o tych dolarach.

Mieszkanie Majewskiego na Saskiej Kępie pachniało kawą Marago i świeżo pastowanym parkietem. Wdowa, elegancka brunetka po trzydziestce, siedziała w fotelu, ściskając w dłoniach chusteczkę. Na ławie stała kryształowa popielniczka pełna niedopałków z czerwonym paskiem – Carmenów.

— Mąż wyszedłczoraj po dzienniku — mówiła cicho, unikając wzroku kapitana. — Powiedział, że musi spotkać się z kimś z dyrekcji w sprawie dostawy podzespołów z NRD.

— Panie Majewska — Jasiński pochylił się, opierając łokcie na kolanach. — Zwykły kierownik zaopatrzenia nie nosi w kieszeni pięciuset dolarów i biletu do Wiednia na fałszywe nazwisko. Jeśli panie mi nie pomoże, za godzinę wejdą tu panowie w ciemnych płaszczach z Rakowieckiej. A oni nie będą tacy uprzejmi.

Kobieta zbladła. Przez chwilę w pokoju słychać było tylko miarowy tykot zegara ściennego.

— Stefan odkrył coś w magazynach — wyszeptała w końcu. — Zamiast części do magnetofonów, w skrzyniach przyjeżdżała przemycana elektronika i zagraniczny spirytus. Kupczyli tym ludzie z Komitetu Warszawskiego i SB. Mąż chciał to opisać i wywieźć na Zachód... Miał przekazać dokumenty łącznikowi dzisiaj w nocy.

Jasiński poczuł chłód w żołądku. Sprawa była jak gorący ziemniak – dotknięcie jej mogło kończyć się dyscyplinarnym wydaleniem ze służby albo "nieszczęśliwym wypadkiem" w cichej uliczce.

Kapitan wrócił do Komendy na Mostowskich. Wstąpił do zakurzonego archiwum na dole, żeby sprawdzić rejestry wjazdowe transportów z NRD z ostatnich trzech miesięcy. Zauważył, że trzy karty magazynowe zostały wyrwane.

Gdy wychodził z archiwum, w ciemnym korytarzu zastąpił mu drogę mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze i skórzanych rękawiczkach. Major Walczak z SB.

— Jasiński — powiedział chłodno SB-ek, nie wyjmując rąk z kieszeni. — Sprawa z Towarowej przechodzi pod nasze kierownictwo. Oddajcie aktówki, bilet i to, co znaleźliście w kieszeniach denata.

— To morderstwo, majorze. Moja sprawa — odpowiedział twardo Jasiński.

— Była wasza — Walczak uśmiechnął się cynicznie. — Teraz to kwestia bezpieczeństwa państwa. A wy, kapitanie, macie od jutra urlop. Własne zdrowie powinno być dla was najważniejsze.

Jasiński oddał teczkę z protokołem. Wiedział jednak, że ma coś, czego Walczak nie zauważył pod wiaduktem. W kąciku kieszeni Majewskiego znalazł mały, mosiężny kluczyk z wybitym numerem 42 – klucz do odpłatnej schowki bagażowej na Dworcu Centralnym.

O dwunastej w nocy Dworzec Centralny świecił pustkami. Pojedynczy podróżni drzemaili na plastikowych krzesłach, a milicyjne patrole powoli przechadzały się po marmurowych posadzkach.

Jasiński w cywilnym ubraniu przemknął do ciągu schowków bagażowych. Włożył kluczyk do zamka numer 42. Przekręcił. W środku leżała szara, płócienna torba.

Gdy wyciągał ją ze skrytki, usłyszał za plecami charakterystyczny szczęk odbezpieczanego pistoletu P-64.

— Dobre wyczucie, kapitanie — odezwał się głos. Ale to nie był major Walczak.

Jasiński odwrócił się powoli. Przed nim stał sierżant Staszek – ten sam, który rano zabezpieczał miejsce zbrodni pod wiaduktem. W ręku trzymał pistolet z nałożonym tłumikiem.

— Ty, Staszek? — mruknął Jasiński.

— Przykro mi, szefie. Z milicyjnej pensji nie da się wyżywić rodziny ani kupić Fiata 126p. SB płaci znacznie lepiej za pilnowanie ich interesów w Kasprzaku. Majewski myślał, że jestem po jego stronie. Przeliczył się.

— I myślisz, że wyjdziesz z tego cicho?

— Centralny o tej porze jest pusty, kapitanie. Dwa strzały, torba wraca do właścicieli, a pan dołącza do Majewskiego jako kolejna ofiara "warszawskiego mściciela".

Staszek uniósł lufę na wysokość klatki piersiowej Jasińskiego. Palec zaczął naciskać spust.

W tym samym momencie zza filaru wyłoniła się wysoka postać w długim płaszczu. Błyskawiczny cios skórzaną pałką w nadgarstek sierżanta sprawił, że P-64 z brzękiem poleciał na posadzkę. Drugi cios powalił Staszka na kolana.

Przed Jasińskim stał major Walczak. Za nim wyrosło dwóch cywilów z SB z odbezpieczonymi pistoletami.

— Brawo, kapitanie — powiedział Walczak, popychając nogą leżącą na ziemi broń sierżanta. — Byliśmy ciekawi, czy zaryzykujecie i pójdziecie po schowek.

— Wiedzieliście o nim? — spytał zaskoczony Jasiński, poprawiając kołnierz.

— Wiedzieliśmy, że w naszych szeregach i w cywilnej milicji jest kret, który sprzedaje informacje i czarnorynkowe towary prywatnym paserom. Potrzebowaliśmy kogoś uczciwego i na tyle naiwnego, by posłużył za przynętę. Gratuluję, przysłużyliście się Polsce Ludowej.

Walczak dał znak swoim ludziom, którzy podnieśli zamroczonego Staszka z ziemi i skuli go kajdankami.

— A torba? — pytał Jasiński, wskazując płócienny worek.

— Torba wędruje do archiwum MSW. A wy, kapitanie... — Walczak wyciągnął z kieszeni paczkę zagranicznych papierosów Marlboro i poczęstował Jasińskiego. — Dostaniecie awans na podpułkownika i przydział na nowy samochód. Ale o tym, co tu się stało, nie napiszecie ani słowa w raporcie. Rozumiemy się?

Jasiński wziął papierosa. Zaciągnął się drogim, amerykańskim tytoniem, patrząc, jak SB-cy prowadzą jego byłego partnera w stronę wyjścia z dworca.

— Rozumiemy się, majorze — odpowiedział cicho.

Wyszedł na zewnątrz. Nocne powietrze było lodowate, a nad Warszawą powoli wstawał świt, malując pałac Kultury na szaro-fioletowy kolor. PRL trwał nadal, ze swoimi tajemnicami ukrytymi głęboko pod cieniem betonowych wieżowców.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania