Panoptikum
Warszawa, 1927 rok.
Mokre brukowane ulice błyszczały w świetle latarni gazowych, a dorożki przemykały leniwie obok nielicznych przechodniów. Noc pachniała deszczem i dymem z pieców, które rozgrzewały kamienice Powiśla. W zaułku przy ulicy Tamka leżało ciało młodej kobiety – blade, wykręcone, a na szyi widniały ślady grubego sznura.
Komisarz Michał Radecki z Wydziału Śledczego Komendy Stołecznej stał nad zwłokami, osłaniając papierosem twarz od wiatru. Wysoki, barczysty, o ostrych rysach i ciemnych włosach zaczesanych do tyłu, wyglądał bardziej na oficera wojska niż na policjanta.
– Druga w tym miesiącu – mruknął stojący obok aspirant Nowicki, młody, ambitny, ale jeszcze naiwny. – Ten sam sposób. Sznur i ten… podpis.
Radecki przykucnął i odchylił głowę ofiary. Na czole, rozmazaną kredką do oczu, ktoś narysował krzyż.
– Podpis – powtórzył komisarz. – Zbrodniarz chce, żebyśmy wiedzieli, że to jego dzieło.
– A może to jakiś obłąkany? – zasugerował Nowicki.
– Nie. Obłąkani działają chaotycznie. A tu mamy system. – Radecki zgasił papierosa i schował niedopałek do kieszeni. – To początek czegoś większego.
---
Nazajutrz warszawskie kawiarnie na Nowym Świecie pełne były dziennikarzy i literatów. „Kurier Warszawski” opublikował już sensacyjny nagłówek:
„Tajemniczy morderca grasuje na Powiślu. Ofiarą – młoda krawcowa.”
Radecki siedział przy stoliku w kawiarni „Ziemiańska”, gdzie przy sąsiednich stolikach gawędzili poeci Skamandra. Pił mocną kawę i wertował akta poprzedniej sprawy. Pierwsza ofiara – robotnica z fabryki tytoniowej. Druga – krawcowa. Obie młode, samotne, wracające późno z pracy.
Do stolika dosiadła się Helena Gradowska, reporterka „Kuriera”, kobieta w kapeluszu z szerokim rondem i papierosem w długiej lufce.
– Komisarzu – zaczęła, poprawiając rękawiczki – podobno to nie pierwszy raz, kiedy w Warszawie grasuje taki drapieżnik. Plotki mówią o czymś podobnym sprzed trzech lat.
– Plotki – odparł Radecki chłodno. – Ale czasem warto ich posłuchać.
– Jeśli pan będzie potrzebował informacji z gazet, proszę pamiętać, że mam swoje źródła. – Uśmiechnęła się tajemniczo. – Nie wszyscy mówią policji prawdę, ale dziennikarzom owszem.
– A dziennikarze zwykle kłamią w druku – odbił Radecki. – Ale może mi się pani przyda.
----
Kilka dni później Radecki otrzymał raport od lekarza sądowego. Na ciele obu kobiet znaleziono ślady rzadkiej maści – używanej podobno w niektórych prywatnych klinikach. To mogło oznaczać, że morderca miał dostęp do leków.
– Lekarz, felczer, może ktoś ze szpitala – wyliczał Nowicki. – A może po prostu złodziej leków?
– Albo ktoś, kto pracuje w prosektorium – dodał Radecki. – Znasz szpital św. Ducha?
– Owszem.
– Tam zaczniemy.
Wizyta w szpitalu przyniosła nieoczekiwane rezultaty. Jeden z dozorcy wspomniał o „dziwnym młodzieńcu”, który kilka razy kręcił się wieczorami przy magazynie leków. Podobno miał bliznę na lewym policzku i mówił z kresowym akcentem.
– To nam wystarczy – stwierdził Radecki. – Kresowy akcent w Warszawie to trop, nie pospolitość.
---
Nim jednak śledczy zdążyli ruszyć dalej, znaleziono trzecią ofiarę. Tym razem na Pradze, w starym magazynie portowym. Ten sam schemat: duszenie sznurem, krzyż na czole.
Na miejscu zbrodni Radecki spotkał się znów z Heleną.
– Panie komisarzu, teraz to już pan nie ukryje przed prasą. Ludzie mówią o „Krzyżowym Mordercy”.
– Niech mówią. Ale jeśli chce pani dożyć następnego numeru, niech się pani nie wtrąca.
– A może właśnie muszę? – odparła chłodno. – Wie pan, ilu ludzi znika w Warszawie, a policja nawet nie reaguje? Tylko że teraz mamy podpis, więc nagle wszyscy się interesują.
Radecki spojrzał na nią ostro, ale po chwili spuścił wzrok.
– Pani Gradowska, czasem łatwiej tropi się drapieżnika, gdy ma się kogoś, kto potrafi zdobyć informacje, gdzie policja nie ma wstępu.
– Więc jednak się przydam?
– Jeszcze zobaczymy.
---
Śledztwo prowadziło Radeckiego coraz głębiej – od eleganckich kawiarni, gdzie oficerowie i artyści pili absynt, po ciemne zaułki Woli, pełne przemytników i bandyterki. W każdym z tych światów ktoś coś widział, ktoś coś słyszał.
Tymczasem zabójca uderzał dalej. Czwarta ofiara – nauczycielka muzyki. Piąta – córka drobnego urzędnika. Za każdym razem ta sama metoda, ten sam krzyż.
W gazetach wrzało. „Krzyżowy Morderca” stawał się postrachem stolicy. Ludzie bali się wychodzić po zmroku, a dorożkarze odmawiali kursów na Powiśle i Pragę.
---
Radecki był coraz bardziej zmęczony. Spał po dwie, trzy godziny, resztę czasu spędzał na przesłuchaniach i pościgach. Zaczął podejrzewać, że sprawa nie jest dziełem samotnego szaleńca. Zbyt precyzyjne były te zbrodnie, zbyt dobrze zaplanowane.
Pewnego wieczoru w jego gabinecie pojawił się stary znajomy – major Stanisław Brzozowski z Oddziału II Sztabu Generalnego, zajmujący się wywiadem.
– Michał, nie szukasz czasem czegoś, co pachnie polityką? – spytał, siadając ciężko w fotelu.
– Polityką? To zwykłe morderstwa.
– Nic nie jest zwykłe, jeśli w tle majaczy wschód. Niektórzy twierdzą, że ten morderca to agent prowokator, który ma siać panikę w stolicy.
– Agent? – Radecki zmrużył oczy. – W takim razie muszę go znaleźć szybciej, niż myślałem.
---
Radecki, choć sceptyczny wobec sugestii majora Brzozowskiego, zaczął przyglądać się sprawie pod kątem politycznym. Okazało się, że ojciec jednej z ofiar – urzędnik ministerstwa – pracował nad wrażliwymi dokumentami. Kolejna ofiara miała brata w policji granicznej. Związek? Czy przypadek?
Komisarz czuł, że zbrodnie są bardziej skomplikowane niż wyglądały.
– Nowicki – powiedział wieczorem w komendzie – nie szukamy już tylko szaleńca. Szukamy kogoś, kto zabija nie tylko dla przyjemności. To teatr. Ktoś odgrywa rolę, by coś ukryć.
– Co ukryć? – spytał aspirant.
– Jeszcze nie wiem.
---
Helena Gradowska znów zjawiła się w jego życiu w najmniej oczekiwanym momencie. Zaprosiła go do swojej redakcji, gdzie pokazała listy, które zaczęły przychodzić na adres „Kuriera Warszawskiego”.
Były to anonimy, pisane starannym pismem. „Śmierć jest oczyszczeniem”, głosił jeden z nich. „Warszawa musi zobaczyć swój grzech”, pisał inny. A na końcu – podpis: Krzyżowy.
– Komisarzu, to wygląda na manifest – rzekła Helena. – On pisze do mnie, bo wie, że ja to wydrukuję.
– Niech pani tego nie drukuje.
– A jeśli to jedyny sposób, by go sprowokować?
Radecki spojrzał na nią długo. Wiedział, że ma rację – ale wiedział też, że ryzykuje własnym życiem.
---
Kilka dni później Gradowska opublikowała fragment jednego z listów. Warszawa zawrzała. A jeszcze tego samego wieczoru dziennikarka zniknęła.
– Porwał ją – warknął Radecki, trzasnąwszy pięścią w biurko. – Chce pokazać, że policja jest bezradna.
Ślady prowadziły na Pragę, do opuszczonej fabryki nad Wisłą. Radecki zebrał kilku ludzi i ruszył nocą. Wiał wiatr, deszcz bił o blaszane dachy.
W środku znaleźli Helene – związana, zakneblowana, ale żywa. A obok niej stał mężczyzna z nożem. Blizna na policzku, ciemny płaszcz.
– Zostawcie mnie! – krzyczał. – Ona miała mówić prawdę! To wy wszyscy jesteście winni!
Radecki uniósł rewolwer.
– Rzuć nóż.
– Nie rozumiecie! – wył mężczyzna. – To oni kazali mi! Ja tylko oczyszczam miasto!
Na moment w oczach Radeckiego pojawił się błysk zrozumienia.
– Kto „oni”? – zapytał twardo. – Kto cię przysłał?
Ale morderca zamiast odpowiedzieć, rzucił się do ataku. Padły strzały. Kula ugodziła go w pierś, przewrócił się, uderzył głową o beton. Leżał bez życia.
---
Nazajutrz raport trafił na biurko komendanta. Zabójcą okazał się Leon Tarwid, były sanitariusz wojskowy, weteran wojny 1920 roku. Po wojnie imał się różnych prac, w tym w szpitalu św. Ducha.
– Obłąkany fanatyk – podsumował komendant. – Sprawa zamknięta.
Ale Radecki nie był przekonany. W rzeczach Tarwida znaleziono koperty z pieniędzmi, oznaczone sygnaturami bankowymi. Zbyt duże sumy, jak na byłego sanitariusza.
– To był tylko pionek – szepnął do siebie Radecki. – Ktoś nim sterował.
Helena, siedząca obok, skinęła głową.
– Ale pionek i tak zbiera wszystkie ciosy. Prawdziwi gracze siedzą w gabinetach.
– Może kiedyś ich znajdę – odparł komisarz, wkładając płaszcz. – Ale na razie Warszawa chce wierzyć, że potwór jest martwy.
---
Epilog
Jesień 1927 roku przyniosła spokój. „Krzyżowy Morderca” został pochowany w bezimiennym grobie na Powązkach. Gazety grzmiały o triumfie policji, a ludzie znów zaczęli wychodzić wieczorami na ulice.
Tylko Radecki wiedział, że historia się nie skończyła. Bo w szufladzie jego biurka leżała kartka, którą znalazł w kieszeni Tarwida.
Na niej widniało kilka słów, zapisanych starannym charakterem:
„Gdy pierwszy pionek padnie, wkrótce ruszy hetman.”
Komisarz zgasił papierosa i spojrzał w okno na oświetlony gazowymi lampami Nowy Świat. Wiedział, że to dopiero początek.
Komentarze (1)
Pozdrawiam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania