Papieros za uchem

Na Wildzie człowiek najpierw poznawał bramy, przez które można uciec, a dopiero później nazwy ulic.

Miałem szesnaście lat i wydawało mi się, że tak wygląda cały świat. Były lata osiemdziesiąte. Tramwaje zgrzytały na zakrętach, kamienice pachniały wilgocią i gotowaną kapustą, a wieczorem niektóre chodniki robiły się nagle za wąskie, żeby dwóch obcych mogło się na nich bezpiecznie minąć.

O naszej dzielnicy opowiadano rzeczy straszne. My dorzucaliśmy następne. Człowiek bał się wracać do domu, ale był dumny, kiedy gdzie indziej wystarczyło powiedzieć, skąd jest.

Wtedy chciałem być taki jak Bury.

Nie wiem, kto pierwszy go tak nazwał. Miał może dwadzieścia kilka lat, szczupłą twarz i oczy, które nigdy się nie spieszyły. Nie trenował karate. Nie miał pasów, medali ani zdjęć w sportowej gablocie. Wszystkiego nauczyły go podwórka.

Kiedy ktoś opowiadał o jego bójkach, zwykle podnosił głos i machał rękami. Sam Bury mówił cicho. To podobało mi się najbardziej.

Pewnego popołudnia zobaczyłem go przy przystanku. Wyciągnął właśnie papierosa, kiedy z tramwaju wysypała się grupa chłopaków. Kilkunastu. Obcy. Poznałem to po sposobie, w jaki rozglądali się po ulicy — z przesadną swobodą ludzi, którzy bardzo chcą, żeby ktoś ich zauważył.

Zauważyli Burego.

Trzech ruszyło w jego stronę.

Stałem pod sklepem po drugiej stronie ulicy. Poczułem ucisk w brzuchu, jakby szli do mnie.

Bury schował niezapalonego papierosa za ucho.

Potem wszystko wydarzyło się tak szybko, że przez lata zastanawiałem się, czy pamiętam samą scenę, czy to, co później o niej opowiadałem. Dwóch napastników zderzył głowami. Trzeciego zatrzymał uderzeniem czoła. Jeszcze przed chwilą otaczali go ciasnym półkolem, a teraz leżeli przy jego butach.

Pozostali stanęli.

Bury wyjął papierosa zza ucha. Zapalniczka nie zaskoczyła za pierwszym razem. Osłonił ją dłonią, spróbował ponownie.

Ten drobiazg pamiętam najwyraźniej.

Zaciągnął się, przekroczył nogi jednego z leżących i odszedł.

Przez następne dni ćwiczyłem przed lustrem jego spojrzenie. Wychodziło mi tak, jakbym miał pretensje do własnego odbicia.

W końcu go zaczepiłem.

— Nauczysz mnie?

— Czego?

Wiedział doskonale.

— Bić się. Tak jak ty.

Obejrzał mnie od butów po włosy. Najpierw z politowaniem, potem jakby z ciekawością.

— W sobotę idziemy na dyskotekę.

— Gdzie?

— Na Łazarz.

Roześmiałem się, bo byłem pewien, że żartuje.

Nie żartował.

Przed wejściem chciałem jeszcze zapytać, czy to dobry pomysł.

— Ze mną jesteś — powiedział.

Wystarczyło.

W środku dudniła muzyka. Kolorowe światła przesuwały się po twarzach i znikały w papierosowym dymie. Kilku chłopaków przy wejściu skinęło mu głowami. Jeden podał rękę. Nikt nie spytał, czego tu szukamy.

Usiedliśmy przy barze. Bury zamówił coś do picia, ja trzymałem szklankę oburącz i czekałem na początek lekcji.

Wyobrażałem sobie, że pokaże mi, jak ustawiać nogi. Co zrobić z rękami. Kiedy uderzać.

On tymczasem obserwował parkiet.

— Widzisz tego przy blondynce?

Chłopak był mniej więcej w moim wieku. Tańczył nieporadnie, ale dziewczynie najwyraźniej to nie przeszkadzało.

— Widzę.

— Podejdź i daj mu w mordę.

Spojrzałem na Burego.

— Za co?

— Naraził mi się.

— Ale…

Odwrócił ku mnie twarz.

— Chcesz się uczyć czy nie?

Poczułem wstyd. Siedziałem obok człowieka, którym chciałem się stać, i właśnie okazywałem się za mały nawet na pierwszą lekcję.

— Jesteś ze mną — dodał.

Odstawiłem szklankę.

Do dziś pamiętam dłoń tamtej dziewczyny na ramieniu chłopaka. Jasne paznokcie. Pierścionek z niebieskim oczkiem.

Dotknąłem jego drugiego ramienia.

Odwrócił się, a ja uderzyłem go w twarz.

Nie zdążyłem nawet zobaczyć, jak upada. Ktoś chwycił mnie za kark, ktoś inny za sweter. Podłoga uciekła mi spod nóg. Przez chwilę widziałem tylko plecy, sufit i drzwi.

Na zewnątrz było zimno.

Potem przestałem zauważać zimno.

Zwinąłem się na ziemi, osłaniając głowę. Buty pojawiały się i znikały. Wydawało mi się, że trwa to bardzo długo. Pewnie krócej, niż zapamiętałem.

Miałem wtedy swoją podwórkową teorię: jeden kopiący potrafi zrobić więcej niż dziesięciu, bo dziesięciu przeszkadza sobie nawzajem. Leżąc, kurczowo się jej trzymałem. Dzisiaj wiem, że po prostu miałem szczęście.

W końcu odeszli.

Poleżałem jeszcze chwilę, nasłuchując.

Pierwsze zobaczyłem buty Burego.

Podniosłem głowę. Stał nade mną z rękami w kieszeniach. Muzyka sączyła się przez zamknięte drzwi.

— Gdzie byłeś? — spytałem.

Przykucnął.

— Pewnie się dziwisz.

Krew spływała mi do oka. Wytarłem ją rękawem i dopiero wtedy zobaczyłem, że sweter jest rozdarty.

— Miałeś mi pomóc.

— Wstań.

Nie ruszyłem się.

— No, sprawdź, czy możesz.

Podniosłem się powoli. Bolało, ale nogi mnie utrzymały.

— Ilu ich było? — zapytał.

— Nie wiem. Dziesięciu.

— Bałeś się?

Popatrzyłem na niego ze złością.

— A jak myślisz?

— I co? Było ich dziesięciu. Dalej stoisz. Zapamiętaj to, jak następnym razem podejdzie jeden.

Wtedy uwierzyłem mu bez reszty. Nawet nie przyszło mi do głowy zapytać, czym naraził mu się chłopak z parkietu.

To pytanie przyszło znacznie później.

Kilka tygodni potem w szkole zaczepił mnie chłopak większy ode mnie o głowę.

Pchnął mnie na szafki. Czekał, aż spuszczę wzrok. Znałem ten moment: zaraz miał przyjść ucisk w brzuchu, potem gorąco na twarzy i rozpaczliwe szukanie czegoś, co mógłbym powiedzieć.

Ucisk przyszedł.

Ale tym razem zauważyłem też, że chłopak oddycha przez otwarte usta. Że zerka na kolegów, sprawdzając, czy patrzą.

— Chcesz się bić? — spytałem. — To chodź na dziedziniec.

Poszedł natychmiast.

Stanąłem przy ścianie. Powiedziałem coś, po czym poczerwieniał. Już nie pamiętam co. Pamiętam za to chwilę zdumienia: on był silniejszy, a jednak to ja widziałem, co się zaraz wydarzy.

Rzucił się na mnie ze złością. Usunąłem się z jego drogi. Chwilę później siedział pod murem, oszołomiony zderzeniem, a ja stałem obok.

Nie czułem triumfu.

Patrzyłem na własne dłonie. Były spokojne.

Z dziewczynami odkryłem to samo znacznie przyjemniej.

Moi koledzy byli przystojniejsi. Mieli lepsze włosy, lepsze kurtki i całe zapasy zdań, które koniecznie chcieli wypowiedzieć jako pierwsi.

Pozwalałem im.

Dawniej milczałem, bo bałem się odezwać. Później potrafiłem poczekać, aż będę miał coś do powiedzenia.

Pewnego wieczoru dziewczyna, którą przez pół godziny zabawiali dwaj moi koledzy, usiadła obok mnie.

— A ty co taki cichy?

— Słucham.

— I czego się dowiedziałeś?

— Że chciałaś opowiedzieć o czymś śmiesznym, co ci się dzisiaj przydarzyło, ale żaden nie dał ci skończyć.

Popatrzyła na mnie, a potem zaczęła się śmiać.

Kiedy odprowadzałem ją do domu, mówiła prawie przez całą drogę.

Nie musiałem udawać Burego. Nie zastanawiałem się nawet, co zrobić z rękami.

Przed jej bramą trochę się bałem. Tego, czy mogę ją pocałować.

Tym razem strach niczego mi nie utrudniał.

— Mogę? — spytałem.

Przysunęła się bliżej.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania