Parszywa Kompania

Parszywa Kompania

 

1.

Mały kupiecki poczet, składający się z pojedynczego krytego wozu oraz czteroosobowej eskorty, przejeżdżał przez bukowy starodrzew, który wydawał się trwać w niczym niezmąconym spokoju. Delikatna mżawka szumiała w tle, ale nie była w stanie przebić się przez gęste korony buków, jesionów i jaworów, więc biegnący poniżej leśny trakt pozostał niemal suchy i łatwo przejezdny. Sielską atmosferę dopełniał wesoły jazgot dziesiątek ptaków, które skryły się przed zmoknięciem na niżej położonych gałęziach.

Bracia Widrow, stanowiący w czwórkę eskortę wozu, byli jednak zbyt doświadczonymi weteranami setek zbrojnych potyczek, zwykłych bijatyk, pijackich rozrób i zbójeckich napadów, by pozwolić sobie na uśpienie czujności. Ba, raz czy dwa zdarzyło im się nawet uczestniczyć w walnych bitwach, choć wrodzony rozsądek kazał im trzymać się jak najdalej od pierwszych szeregów. Przede wszystkim jednak mieli niezrównane doświadczenie w zakresie leśnych zasadzek, i to zdobyte po obu ich stronach, gdyż spędzili kilka lat jako członkowie bandy rozbójników na południu kraju. Gdy sytuacja zrobiła się zbyt gorąca, a obława zbyt intensywna, udało im się zbiec na północ, i teraz już od ponad roku zarabiali wynajmując się jako zbrojna eskorta zamożnych szlachciców lub kupieckich pocztów. Zazwyczaj była to robota prosta i nudna do bólu, nieraz z tęsknotą wspominali młodzieńcze przygody, ale przynajmniej mieli niemal codziennie suchy dach nad głową i miskę ciepłego żarcia wieczorem. Ktoś, kto tak jak oni, spędził kilka lat żyjąc w leśnych ostępach, potrafił docenić wartość takich luksusów.

Teraz jednak ich droga wiodła przez cieszący się złą sławą odcinek leśnego szlaku, przed którym wielokrotnie ostrzegali ich koledzy po fachu. Teren opanowany był od kilku lat przez najgroźniejszą bandę na północy: liczną, zgraną, bezwzględną, dobrze uzbrojoną i dowodzoną przez brutalnego psychopatę, który według powszechnej opinii napadał nie z chęci zysku, lecz czystej przyjemności jaką dawała mu przemoc, gwałt i mordowanie.

Jadący z przodu najstarszy z braci, Jack, doskonale wiedział, czego powinien wypatrywać, jakie znaki mogą ostrzec przed zbliżającą się zasadzką. I bardzo dobrze wiedział, że dostrzeżenie zagrożenia choćby na mgnienie oka przed atakiem może uratować mu życie. Niestrudzenie wypatrywał więc, uciekających ptaków, nagłej martwej ciszy lasu, wydeptanej poza zwierzęcymi ścieżkami trawy czy nienaturalnie przygniecionego do ziemi krzaku. Niczego takie jednak nie dostrzegał. Obejrzał się na jadących za nim braci. Jadący po bokach wozu bliźniacy również czujnie wpatrywali się w gęstwinę drzew i krzewów, z bronią w gotowości. Jednak zamykający pochód najmłodszy z nich, Robert, jak zwykle roztargniony, zdawał się pochłonięty podziwianiem piękna ptasiej symfonii. Jack pokręcił z niezadowoleniem głową i już miał zacząć go opieprzać, gdy wyłowił jakiś nowy, obcy w leśnej głuszy dźwięk. Świst brzechwy.

- Strzały – krzyknął ostrzegawczo, ale było już za późno, strzały posypały się prawdziwym rojem.

Pierwsza dosięgła Roberta, trafiając go prosto w ucho. Jack chciał coś krzyknął do bliźniaków, ale ci już leżeli na ziemi, razem z woźnicą, naszpikowani strzałami jak jeże. Szybko ocenił sytuację i nie tracąc czasu, natychmiast poderwał swojego konia do ucieczki, ale w tym momencie poczuł ostry, paraliżujący ból w udzie. W następnej chwili druga strzała trafiła go w brzuch, tak samo jak trzecia, a czwarta uderzyła w bark z taką siłą, że wyleciał z siodła. Uderzenie o ziemię wycisnęło mu powietrze z płuc, przed oczami mu pociemniało ale zachował przytomność. Nieruchoma dotąd ściana lasu, skąd jak mu się wydawało nastąpił atak, zamigotała nagle i poczęła się rozmywać, jakby patrzył przez rozgrzane powietrze nad ogniskiem. Usłyszał głośne pyknięcie, jakby coś wessało ogromną ilość powietrza, i w tym samym momencie trakt wypełnił się wynurzającymi się z gęstwiny rozbójnikami. Jak to możliwe, że zaczaiło ich się aż tylu? Jakim cudem żadnego nie dostrzegli? I jak to możliwe, że las nie ostrzegł ich przed zagrożeniem?

Z tyłu, kilka kroków za resztą zbójów, stał gruby mnich w obszernym habicie z włosiennicy i z tonsurą na głowie. Pomimo otępienia ranami, Jacka zdumiał widok mnicha w bandzie leśnych rozbójników. Skoncentrował na nim wciąż rozmyty po upadku z konia wzrok. Oczy kapłana świeciły nienaturalnym fioletowym blaskiem, który zdawał się przygasać powoli, on sam sapał ciężko, jakby pod wpływem wielkiego wysiłku, a w obu rękach trzymał głowy sarnich kozłów, widocznie świeżo ucięte, bo krew z nich wciąż skapywała po przedramionach kapłana, tworząc małą kałuże pod jego stopami. Teraz wyglądał Jackowi raczej na jakiegoś pogańskiego druida z pradawnych legend, niż chrześcijańskiego mnicha.

Wszyscy napastnicy wyglądali groźnie: szpetni, kudłaci, brudni, uzbrojeni w dziwnie wyglądające prymitywne ostrza i maczugi, pokryci bliznami i ubrani w zielonkawo-bure stroje, które doskonale maskowały ich w zasadzce. Tylko jeden z nich jaskrawo wyróżniał się z kompani. Był gładko ogolony, ubrany w świeżo wyglądającą opończe i ciasne spodnie, tak modne obecnie na królewskich i książęcych dworach, ale w dziczy wyglądające cokolwiek nie na miejscu i po cichu obśmiewane przez kompanów jako rajtuzy. Na głowie niemal zawsze, niezależnie od pogody, zaciągnięty miał obszerny, jaskrawoczerwony kaptur. Według przychylnych opinii dodawał on mu aury tajemniczości, według ludzi bardziej zawistnych, lub może bardziej przyziemnych, skrywał on rzednące blond włosy i postępujące z roku na rok zakola. Jack natychmiast rozpoznał w nim herszta terroryzującej okolicę bandy, o którym tak wiele razy słyszał w opowiadanych na targach i w zajazdach legendach. Zbir niespiesznie podszedł do leżącego rannego i przykucnął przy nim. W skrytej pod kapturem twarzy błysnęły złowrogo przerażające oczy, które w tym momencie bardzo przypominały Jackowi wilcze ślepia.

- Tym razem któryś przeżył – powiedział cichym, lekko słyszalnym szeptem, który jednak niósł w sobie więcej grozy, niż bitewny krzyk. - To się świetnie składa, bo chciałem się właśnie o coś zapytać, a nie było już kogo. Widzisz, na wozie znaleźliśmy kuferek, pancerną szkatułę. W takim sejfie raczej nie przewozi się brudnych gaci do prania, więc bardzo nam zależy, żeby dobrać się do zawartości. Tymczasem nigdzie nie możemy znaleźć klucza.

- Mmmy, mmmy, my nie mamy klucza. Mieliśmy tylko eskortować wóz, nie wiem co jest w środku i nie mam klucza – Jack mówił najszybciej jak umiał, w panice połykał przerwy między słowami..

Herszt zbójów powoli pokiwał głową, złapał za drzewce tkwiącej w brzuchu rannego strzały, i zaczął nią poruszać, najpierw powoli, ostrożnie.

- A teraz? – spytał, lecz odpowiedział mu tylko ryk bólu, więc zaczął szybciej i szybciej wiercić strzałą w ranie i coraz głośniej wykrzykiwać pytania - A teraz? Dalej nie wiesz gdzie jest klucz? Gdzie jest, kurwa, klucz? – wyrwał strzałę z brzucha Jacka i zaczął go nią dźgać po całym tułowiu, z dziką furią. Gdy w końcu przestał, zmachany i spocony, dotarło do niego, że przesłuchiwany od dawna nie żyje.

Odwrócił się do swoich ludzi, którzy pochłonięci byli zawziętym udawaniem, że nie widzieli wybuchu herszta, nie mając pewności, czy ten wyładował się już całkowicie czy też będzie dalej szukał ujścia agresji.

On jednak uśmiechnął się szeroko i rzucił żartobliwie:

- No cóż, inkwizytor ze mnie kiepski. I chuj, klucza nie mamy, ale na naszej polanie jest przecinak i młot, poradzimy sobie inaczej. Cliff, bierz z bratem szkatułę. Will, weź sobie paru chłopaków i pozbierajcie konie. Szelma, przeszukaliście dokładnie wóz? Johnny, dobiłeś dokładnie wszystkich? Dobra, tego tu ja sprawdziłem. No to zbieramy się, robota skończona.

Zeszli z traktu, weszli ponownie w las i dosłownie zniknęli.

 

2.

 

Ryk śmiechu wybuchł wśród mężczyzn zebranych nad ogniskiem by świętować udany atak, trwał długo, wzbierając i gasnąc jak morska fala, po czym nagle ucichł, gdy pękaty bukłak ponownie zaczął krążył wkoło. Rozłożyli się pod wielkim dębem, którego szeroko rozpostarta i gęsta korona zapewniała ochronę przed siąpiącą bez przerwy od kilku dni mżawką. Zgodnie z odwieczną zbójecką tradycją banda świętowała udany napad nocną popijawą. Paru rozbójników zdążyło już spić się na umór i spali teraz w trawie, każdy tam gdzie upadł, chaotycznie rozrzuceni po całej polanie. Ci, którzy jeszcze trzymali się na nogach urządzili konkurs, kto najlepiej potrafi udawać gardłowy charkot, jaki wydawał jeden z zabitych przez nich dzisiaj członków eskorty wozu, trafiony strzała w szyje. Kolejne coraz głośniejsze próby wywoływały coraz głośniejsze salwy śmiechy.

Jeden z oprychów wziął kilka potężnych łyków z bukłaka, potężnie beknął, i krzyknął do kompanów:

- Hej kompania, noc jeszcze młoda, może skoczymy jeszcze do którejś wioski wyciągnąć kilka wieśniaczek z barłogów i trochę się zabawić?

Wszystkim pomysł wydał się wręcz genialny i został przyjęty falą okrzyków aprobaty. Kilku co rychlejszych zaczęło już nawet wstawać i zbierać się do drogi, gdy usadził ich na miejscu krótki rozkaz mężczyzny w jaskrawoczerwonym kapturze.

- Siadać na dupach, nigdzie nie idziecie. Ile razy mam wam tłumaczyć kretyni, że na jakiś czas nie chcę wszczynać żadnych burd z chłopami?

Słowa podziałały jak magiczne zaklęcie, rozbawieni i pijani, zdziczali leśni rozbójnicy, gotowi w każdym momencie wbić siedzącemu obok kompanowi nóż w żebra za krzywe spojrzenie, usłuchali polecenia swojego przywódcy jak grzeczniutkie pacholęta. Wszyscy znali go od dawna, widzieli co potrafi robić z nieposłusznymi podwładnymi. Nikt nie chciał być kolejnym przykładem krzewienia dyscypliny w bandzi,e.

Siedzący na honorowym miejscu, oparty o pień drzewa herszt raz jeszcze przebiegł wyciągnięte z rozbitej szkatuły listy, po czym wręczył je siedzącemu obok mnichowi.

- Zalakuj je tak, żeby wyglądały na nieotwierane i oddaj swojemu przyjacielowi. Listy są ważne, zażądaj podwójnej zapłaty. A ty Johnny, ustal warty – zwrócił się do siedzącego po jego drugiej ręce olbrzyma po czym wstał i wyciągnął z ognia płonącą szczapę. Oświetlając nią sobie drogę skierował się na skraj ogromnej leśnej polany, na której obozowali, gdzie znajdował się jedyny budynek. Chata raczej. Szałas wręcz. I to mający dawno za sobą najlepsze lata. Spojrzał z dezaprobatą na omszałe belki, podziurawiony dach, puste okna i pozbawiony drzwi otwór wejściowy, prowizorycznie zasłonięty starym kocem, z nostalgią wspominając rodzinny zamek, w którym się wychował, i wspaniałe pałace, w jakich pomieszkiwał w młodości. Wtedy przyjaźnił się z takimi jak on dziedzicami największych rodów, szlachetnymi młodzianami o nienagannych manierach, ogromnych majątkach i świetlanych przyszłościach. Teraz jego towarzyszami była banda zbójów, w większości zwykłych prostackich oprychów, ale w kilku przypadkach prawdziwie groźnych szaleńców.

Zaczął rozmyślać o tym, jak do tego doszło i ileż to jeszcze będzie musiał znosić tę pieprzoną tułaczkę z ludzkimi szumowinami i życie dzikiego zwierza. Pogrążył się w swoich planach i marzeniach, jak zwykle gdy zostawał sam.

Przygasił swoją pochodnię w mokrej trawie i przekroczył próg szałasu. Natychmiast wyczuł w środku czyjąś obecność, spiął się gotowy do walki lub ucieczki i położył dłoń na przypasanym sztylecie.

- Spokojnie, to ja, Allan – rozległ się cichy szept dobiegający z głębi pomieszczenia. – Powoli do ciebie podejdę, bądź łaskaw mnie nie dziabnąć.

Pierwszy impuls zagrożenia minął, gdy rozpoznał głos, ale nie rozluźnił się ani nie puścił rękojeści.

- Musimy porozmawiać w cztery oczy – wyszeptał Allan. – Musimy poważnie porozmawiać w cztery oczy, Robinie z Locksley.

 

3.

 

Mżawka wyraźnie przybrała na intensywności, jej szum zagłuszał już wszystkie dźwięki dochodzące z zewnątrz, z polany.

- Allanie z Doliny, życia nie kochasz? Mgnienie oka dzieliło cię od noża w żebrach. Po co te zabawy i podchody, po co zakradasz się do mojej chaty, jak podlotka spragniona romantycznych przygód z kuzynem. Jesteś moim przyjacielem, jesteś mile widziany w Sherwood i w mojej Wesołej Kompanii. Jeśli chciałeś pogadać to wystarczyło podejść do ognia i uprzejmie się przywitać. Upiekliśmy parę królików, braciszek przywiózł gorzałkę, poczęstowalibyśmy cię – oskarżycielskim tonem rzekł Robin, rozładowując w sobie napięcie spowodowane niespodziewanym nocnym najściem. Rozsiadł się na spróchniałej ławie i gestem zaprosił gościa do tego samego, ale ten tylko przykucnął pod przeciwległą ścianą.

- Gdy usłyszysz, czego dowiedziałem się o twojej Wesołej Kompanii, zrozumiesz czemu chciałem uniknąć spotkania z tą bandą zdrajców, morderców i złodziei. – Splunął na klepisko dla podkreślenia swoich słów.

- Hola, hola, jesteśmy szlachetnymi rozbójnikami, niesprawiedliwie wyrzuconymi poza nawias społeczeństwa przez brutalny ucisk zbrodniczej władzy, kierowanej przez samozwańczego tyrana, nielegalnie uzurpującego sobie….

- Daruj sobie te bajeczki dla motłochu. Widziałem listy gończe wystawione na każdego jednego z tych oprychów. Morderstwa, rabunki, kłusownictwo, gwałty, fałszowanie pieniędzy, bezczeszczenie relikwii, rozwadnianie piwa i zdrada króla. Doprawdy, w oskarżeniach dotyczących twoich kamratów nie brakuje żadnego przestępstwa przeciwko prawom ludzkim lub boskim.

Robin machnął lekceważąco ręką, jakby mowa była o zabawnych psotach małych urwisów.

- Przesadzasz, wszyscy oni chociażby święcie czczą swoje matki. A Ty miałeś tylko dowiedzieć się, który z chłopaków podbiera monety z mojego kufra, tylko to ci kazałem.

- Poprosiłeś. Nic mi nie mogłeś kazać, bo nie jestem jednym z twoich chłopaków, jak ich nazywasz. Jestem wolnym minstrelem, pochodzę ze szlacheckiego rodu. Uratowałeś życie mojej pięknej narzeczonej, miałem u ciebie honorowy dług, który zgodziłem się spłacić na twoją prośbę – podkreślił ostatnie słowo. – Jestem nietutejszy, nie znają mnie ani po wsiach, ani w mieście, ani na zamku. Łatwo było więc mi śledzić twoich kompanów i wypytywać o nich. Pozwól, że opowiem Ci, co robiłem od naszego ostatniego spotkania. Powiedziałeś mi, że kufer z pieniędzmi przechowuje dla ciebie w swoim rodowym zamku twoja narzeczona, Lady Marion, a dostępu do niego udziela tylko najbliższym kompanom, Szkarłatnemu Willowi, Małemu Johnowi i braciszkowi Tuckowi. Postanowiłem więc obserwować posiadłość Marion, i śledzić każdego kto ją odwiedzi aby sprawdzić, który z nich po tej wizycie zdradzi się szastając ukradzionym ci złotem, które ty zresztą najpierw zrabowałeś innym nieszczęśnikom.

- Daruj sobie takie uwagi i przejdź do rzeczy. Który z nich pojawił się pierwszy?

- Świętobliwy Tuck, a jakże.

 

4.

 

Braciszek Tuck wyjechał rankiem z posiadłości Lady Marion na zachód, na mule, który człapał z widocznym trudem, przygnieciony ciężarem otyłego mnicha, jego skromnych bagaży i niewielkiej, podróżnej beczułeczki piwa, którą mnich trzymał czule w ramionach, jak ukochane dzieciątko.

Nie ujechał daleko, na długo przed południem zatrzymał się przed przydrożną gospodą. Nie zamierzał zostawać długo, odmówił chłopakowi stajennemu, który chciał zająć się jego strudzonym wierzchowcem. Dał mułowi tylko obrok z własnych bagaży i zostawił przywiązanego do niskiego płotu.

O tak wczesnej porze gospoda była prawie pusta, Tuck od razu więc spostrzegł siedzącego samotnie w kącie mężczyznę, który usilnie starał się ukryć swoją tożsamość pod nijakimi ubraniami podróżnymi i spuszczonym na oczy kapeluszem z szerokim rondem, paradoksalnie zwracając w ten sposób na siebie uwagę każdego wchodzącego do środka.

Braciszek przysiadł się bez pytania i zawołał do drzemiącego gospodarza.

- Hejże, kmiotku, długo tu mamy na ciebie czekać? Żywo, biegaj w podskokach po piwo i jakieś ciepłe żarcie, bom zdrożony.

Dopiero co rozbudzony gospodarz podszedł niespiesznie i bez specjalnej uniżoności spytał:

- A czego się wydziera od samego rana? Zachowuj się nieco układniej, jak na pokornego i biednego sługę bożego przystało, bo zawołam zaraz pachołka…

Tuck błyskawicznie wstał ze swej ławy, z całą mocą popchnął karczmarza, który kompletnie nie spodziewając się ataku ze strony mnicha, runął bezwładnie na klepisko. Napastnik natychmiast spadł na niego, przygniótł kolanem i przyłożył do oka ostry szpic wyciągniętego nie wiadomo skąd i kiedy noża.

- Wydawało mi się, że w twoim zawodzie powinieneś wyrobić sobie umiejętność natychmiastowej oceny swoich gości, ale skoro mnie nie rozpoznałeś, to wypada mi się uprzejmie przedstawić. – przycisnął ostrze mocniej do skóry tuż obok oka, polała się cienka stróżka krwi. – Jestem braciszek Tuck, duszpasterz Wesołej Kompanii. Następnym razem, jeśli ja lub któryś z moich kompanów wejdzie w twoje nędzne progi, to masz nas na kolanach w progu witać, bo jak nie to ci ta buda do wieczora spłonie. Zrozumiałeś?

Mnich siłą przysunął twarz karczmarza do swojej. Sparaliżowany strachem gospodarz nie był w stanie odpowiedzieć, łypał tylko wytrzeszczonymi oczami na ostrze.

- Myślę, że zrozumiałeś. A to, żebyś zapamiętał – Tuck powolnym, spokojnym ruchem wykonał głębokie cięcie od kącika oka do ucha, które natychmiast zalało się krwią. Wstał, ostrym szarpnięciem postawił na nogi zawodzącego z bólu gospodarza i kopniakiem w tyłek posłał nieszczęśnika w kierunku kuchni.

- Za ten miesiąc zapłacisz podwójną daninę Wesołej Kompanii. A teraz leć biegiem po piwo, i żebym nie musiał drugi raz powtarzać. Ech, na psy schodzi obsługa w naszych zajazdach – westchnął z autentycznym żalem w głosie i wrócił na swoje miejsce.

Skryty pod kapeluszem mężczyzna przez cały ten czas nawet nie drgnął. Wyglądało na to, że kompletnie nie wzruszyła go brutalna scena, której był świadkiem.

- Nie przyjdzie ten gospodarz zaraz z kilkoma pachołkami wyrównywać rachunki? – odezwał się po raz pierwszy.

Braciszek wybuchnął głośnym śmiechem.

- Widać, żeś nietutejszy. Teraz już wie, że jestem kompanem Kaptura, będzie się bał choćby krzywo spojrzeć w moim kierunku.

- Wygodna sprawa, taka reputacja.

- Uczciwie i z wielkim mozołem zapracowana. Bóg jeden wie, ilu trzeba było kmiotów obić, pociąć, trwale uszkodzić, a nierzadko pokazowo i widowiskowo ukatrupić, żeby wbić respekt do głów tej hołoty. – Tuck rozsiadł się wygodnie, rubaszny dotąd wyraz jego twarzy nagle spoważniał. – Ale dość o tym, porozmawiajmy o interesach. Ostatnie zlecenie Jego Ekscelencji okazało się wyjątkowo trudne. Eskorta była wzmocniona, złożona tym razem z zawodowców. Koszty wzrosły, tego nasza umowa nie obejmowała, tak więc musimy ją ponownie obgadać, zwłaszcza zaś jeśli chodzi o cenę za wykonanie tak niełatwego zadania.

 

5.

 

Drobny dotąd deszcz niepostrzeżenie przeszedł w ulewę, niesione coraz bardziej porywistym wiatrem krople zaczęły wdzierać się przez pozbawione osłony otwory okienne do wnętrza izby.

- W powstałym przy okazji zamęcie łatwo wślizgnąłem się do środka aby ich obserwować. Pogadali niedługo, jeden antałek piwa zdążyli przy tym wypić, wyraźnie się kłócili, ale zbyt cicho bym mógł coś usłyszeć. Za to widziałem dobrze, jak na koniec twój klecha przekazuje swojemu gościowi jakiś pakuł w skórzanej oprawie, a w zamian otrzymuje niemałą sakiewkę. Domyślasz się, co mógł zawierać pakuł?

- Cokolwiek – odpowiedział beznamiętnie Robin po chwili ciszy. – Może relikwia? Nasz duszpasterz wysoko ceni sobie relikwie.

- Z pewnością. Gdy się rozstali, udałem się za tym nieznajomym, aby dowiedzieć się kim lub od kogo jest. Tego popołudnia dołączył do znacznego pocztu konnych jadących na północ głównym gościńcem z Nottingham. Wiesz czyj to był poczet?

- Nie wiem. Powiedz mi.

- Gotfryda Bastarda, arcybiskupa Yorku, a prywatnie przyrodniego brata miłościwie nam panującego króla. Milczysz, a w tych ciemnościach nie widzę, czy milczysz bo moja relacja cię zszokowała, czy dlatego, że wszystko to już wiedziałeś przedtem doskonale. I coś czuję, że nie zdradzisz mi tak łatwo, co o tym myślisz. W takim razie przejdźmy do kolejnej sprawy. Wróciłem czatować pod bramami Lady Marion, ale gdy tylko tam dotarłem od razu spostrzegłem twojego niedźwiedziowatego przyjaciela

 

6.

 

Mały John wychodząc tego ranka z siedziby rodu Marion dokładał wszelkich starań, by zakryć przed postronnymi swoją twarz pod za małym kapturem. Wysiłek był to o tyle żmudny, co daremny, gdyż przed każdym człowiekiem z hrabstwa jego tożsamość zdradzała gigantyczna postura.

Skierował się prosto na południe, w kierunku rolniczych osad, które licznie rozłożyły się wokół lasu Sherwood. Każda z nich początek wzięła w ogromnym wysiłkiem zakładanych i powiększanych osadach pionierskich, które wraz z upływem lat i pokoleń, niczym krople wody drążące skały, rok po roku mozolnym karczowaniem wydzierały połacie ziemi prastaremu borowi.

Nie wybrał wygodnego i prostego gościńca, lecz wszedł w leśną gęstwinę i przedzierał się wąskimi ścieżkami, co jakiś czas zatrzymując się i dłuższą chwilę rozglądając i nasłuchując, aby upewnić się, że nikt go nie obserwuje. Wkrótce dotarł do małej polany nad strumieniem, przysiadł na zwalonym pniu i niespiesznie zaczął obgryzał cienki podpłomyk, który wyciągnął gdzieś spod płaszcza. Niedługo potem na polanę wszedł jakiś starszy wieśniak, lecz jak na chłopa ubrany czysto i dostatnio. Przywitał Małego Johna i przysiadł się do niego, a ten bez słowa wyciągnął, również spod płaszcza, dosyć dużą sakiewkę i przekazał ją wieśniakowi, który dość długo i z widocznym wysiłkiem intelektualnym przeliczał zawartość. Spojrzał na ogromnego rozbójnika, zawahał się wyraźnie przestraszony, ale szybko zebrał się na odwagę i z wyrzutem skomentował wartość sakiewki.

- To ledwie połowa tego, co zabrali nam w zeszłym tygodniu poborcy Szeryfa.

Mały John dał się zaskoczyć, kompletnie nie spodziewał się po zahukanym kmiocie czegokolwiek innego niż uniżonej wdzięczności. Lotność umysłu zdecydowanie nie należała do jego zalet, więc nieprzygotowany i wyraźnie zbity z tropu odpowiedział po prostu szczerze.

- Część musimy zostawić dla siebie, na nasze żarcie i piwo. W końcu to my ryzykujemy życie walcząc z uzbrojonymi ludźmi Szeryfa. Ale na co ty w ogóle narzekasz, dla was połowa to przecież dużo lepiej niż nic.

- Niby tak, ale przez wasze ciągłe napady Szeryf co miesiąc podnosi daniny i ściąga je coraz częściej. Zanim pojawiliście się w naszym lesie poborcy zbierali po parę pensów od sioła dwa razy w roku. Teraz zbierają trzy razy tyle i to co miesiąc Nawet jak oddacie nam połowę, to i tak kiepsko na tym wychodzimy. A kolejnym razem Szeryf pewnie znowu podniesie daninę, bo i co ma bidula zrobić, jak go stale okradacie?

- Że co? – zdziwienie Małego Johna zmieniło się natychmiast we wściekłość, twarz mu poczerwieniała a głos zmienił się w niemal zwierzęcy charkot – Co ty powiedziałeś?

Stary wieśniak zdawał się nie zauważać reakcji wielkoluda, raz wziąwszy się na odwagę zaczął wyrzucać z siebie kolejne zarzuty.

- Do tego ze strachu przed napadem żadni kupcy nie przyjeżdżają już do nas z południa. Wszystkie swoje produkty musimy wozić sami na targ w Nottingham, gdzie z trudem udaje nam się utargować za nie połowę ceny, którą dostawiliśmy przed waszym pojawieniem się w lesie. A sami cholernie przepłacamy za wszystko, co musimy kupić w mieście, bo tamtejsi cechowi wiedzą dobrze, że żaden partacz nie przyjedzie do nas sam ze swoimi wyrobami. Zniszczyliście handel, przez was wzrosły nam podatki, wytrzebiliście już prawie całą zwierzynę w lesie i nie ma tygodnia, żebyście nie zgwałcili jakiejś baby. A najgorsze jest to, że strach pomyśleć do czego mogą się posunąć ludzie Szeryfa, gdy już całkiem przyprzecie go do muru.

Mały John nie wytrzymał i rzucił się na chłopa, który za późno zrozumiał, że nieco przesadził, i choć kierowany naturalnym instynktem spróbował rzucić się do ucieczki, nie zdążył. Olbrzym wymierzył mu jeden potężny cios w skroń, ogłuszając natychmiastowo, po czym chwycił go za ramiona w żelaznym uścisku wielkich jak bochny chleba łap i bez większego wysiłku podniósł nad ziemię, tak że ten mógł tylko bezradnie dyndać nogami.

Starcowi zdało się, że strach i uderzenie w głowę postradały mu zmysły, bo przez chwilę wydawało mu się, że widzi przed sobą nie twarz człowieka, lecz jakby pysk niedźwiedzi, z ociekającą śliną paszczą pełną ostrych kłów i błyszczącymi fioletowym blaskiem dzikimi ślepiami.

- Strach mówisz? Boisz się Szeryfa? – zawarczał ledwo zrozumiale John, po czym ryknął wieśniakowi prosto w twarz. – To mnie się macie bać - rzucił wieśniaka na trawę i krzyczał dalej zmienionym, charkoczącym głosem. – To ja was na strzępy rozerwę. Pozabijam każdego, kto stawi opór. Pozabijam wasze baby i dzieciaki i spalę wam te wasze słomiane chałupy, rozumiesz?

Starzec patrzył przestraszony na wielkoluda, który stał nieruchomo i tylko oddychał głęboko, próbując się uspokoić, a jego postać jakby rozmywała się w oczach we fioletowej poświacie, na mgnienia oka jakby zamieniając w ogromnego, stojącego na dwóch łapach i gotującego się do ataku niedźwiedzia.

Mały John wyraźnie się uspokajał, wracał do normalności, po chwili przemówił już swoim zwykłym, ludzkim głosem.

–Do następnej niedzieli macie przynieść dziesięć korców żyta, pięć prosiaków i pięć kur w stałe miejsce. Jakieś wieści o ludziach Szeryfa?

- Na Świętej Łucji ma zjechać komornik, zbierać kolejną daninę w pensach.

- Dobrze, postaramy się z nim spotkać gdy będzie wracać przez Sherwood do miasta. Jak zbrojenia?

- U mnie we wsi jest ośmiu gospodarzy i dziesięciu podrostków. Tak jak kazałeś, każdy z nich przygotował sobie jakąś broń. Kosa postawiona na sztorc, obity blachą cep, takie tam.

- Wystarczy. Pochować to dobrze, żeby się nikt nie zorientował. A teraz spierdalaj.

Przerażonemu starcowi nie trzeba było tego powtarzać, zerwał się na równe nogi i pędem ruszył w kierunku, z którego przybył.

Mały John spokojnie dokończył swój posiłek, odczekał jeszcze chwilę, chwycił sakiewkę w garść i, wciąż czujnie rozglądając się na boki, ruszył w ślad za wieśniakiem. W obrębie wiejskich zabudowań wyraźnie poczuł się swobodniej i zrzucił kaptur na plecy, porzucając nieudolne próby ukrycia swojej tożsamości. Jak to zwykle bywa, najpierw zbiegła się wokół niego czereda dzieci, wywołując hałas i zamieszanie, które wkrótce przyciągnęły uwagę również dorosłych. Rozpoznawszy przybysza także i oni przerwali swoje zajęcia i wylegli na majdan sioła. Ten wspiął się na beczkę dla lepszego efektu i przemówił donośnym, tubalnym głosem, adekwatnym do swojej postury.

- Przyjaciele, nikczemny Szeryf prześladuje was i wykorzystuje, bezlitośnie zawyża daniny nie dbając o to, czy zostanie wam dość żarcia, aby przetrwać kolejną zimę. Ale macie szczęście, gdyż wspaniały Robin Kaptur kocha wszystkich prostych ludzi i nie boi się przeciwstawić brutalnej straży Szeryfa, aby oddać wam to, co niesłusznie wam zagrabiono. Gdzie starszy wioski? – spytał na koniec przemowy, schodząc ze swojego podium.

Bardzo niechętnie i ostrożnie podszedł do niego ten sam starszy wieśniak, z którym John spotkał się wcześniej na polanie, i odebrał wśród wyraźnie wymuszonych wiwatów tę samą sakiewką, którą tak niedawno już trzymał w rękach, po czym nieco sztucznie i bez przekonania podziękował swojemu dobroczyńcy.

- Zapamiętajcie dobrzy ludzie, kto was okrada a kto was ratuje, i bądźcie gotowi nieść pomoc Robinowi Kapturowi i jego Wesołej Kompanii, jeśli kiedykolwiek będą tego potrzebować – rzucił na odchodne i odszedł z powrotem do lasu, poklepywany po plecach i całowany po rękach przez mniej zorientowanych w realiach wieśniaków.

Dopiero po dłuższym czasie, gdy dawno już znikł wśród leśnej gęstwiny, jedna z zebranych na majdanie chłopek odważyła się odezwać cicho do swojej kumy:

- Taki wielki chłop, olbrzym wręcz, ale słyszałam kiedyś na targu w mieście od jednej dziewki, że nie w każdym kawałeczku on taki duży, stąd na niego wszyscy wołają: Mały John.

 

7.

 

Wnętrze izby na ułamek sekundy rozświetliła błyskawica, w nagłym rozbłysku światła rozmówcy po raz pierwszy zobaczyli swoje twarze, po czym niemal natychmiast pogrążyli się z powrotem w ciemności. Odgłos grzmotu dotarł po długiej chwili, burza była jeszcze odległa.

Długo nikt nie przerywał zapadłej w izbie ciszy, do której dołączyło równie niematerialne, lecz wyraźnie wyczuwalne napięcie między mężczyznami. Minstrel stał w bezruchu, czekał na reakcję. Nie widział dokładnie, lecz czuł, że jakaś reakcja na jego słowa nastąpiła. Robin nie siedział już nonszalancko rozparty na ławie, pochylił się do przodu, postawił nogi mocno na ziemi, uważnie wpatrywał się w ledwo widocznego w mroku Allana.

Gwałtowny powiew wiatru wdarł się do środka przez nieosłonięte otwory okienne, jakby rozpraszając zbierającą się w pomieszczeniu energię. Herszt banitów oparł się z powrotem o ścianę, i cicho, niemal szeptem powiedział:

- Mały John przygotowuje bunt chłpski? Opowiadaj dalej. Bo coś mi się zdaję, że masz coś jeszcze do opowiedzenia. Co ciekawego porabiał mój kochany kuzyn? Z kim to niby on się spotyka za moimi plecami? On też był dziś rano u Marion?

- Nie. Szkarłatny Will wybrał się na zamek Nottingham.

8.

 

Spodziewać by się można, że taki plugawy degenerat, jakim bez wątpienia był sir Guy z Gisbourne, spędza czas do południa w łóżku, odsypiając brutalne zbrodnie i lubieżne rozrywki, jakim według powszechnej opinii codziennie oddaje się człowiek jego pokroju. Tymczasem tego dnia bladym świtem był już na nogach i spożywał właśnie śniadanie na wysokim tarasie zamku, z którego rozciągał się widok na całe niemal Nottingham. Odprawił już służbę i śniadał sam, spodziewając się gościa.

Nagle na blankach pojawiła się dłoń, potem druga, następnie kędzierzawa głowa i przybysz wskoczył na kamienną posadzkę tarasu z niewiarygodną sprawnością, i na chwilę przyklęknął w bezruchu. W jego oczach gasł pomału dziwny, fioletowy poblask, i dopiero gdy zniknął zupełnie, gość wstał, podszedł do stołu i bez zaproszenia rozsiadł się na ławie.

- Imponujące Will, to dobre 20 metrów pionowej, gładkiej ściany, jak ty to robisz?

- Nauczyłem się kilku pożytecznych umiejętności w Ziemi Świętej. Zgłodniałem, poczęstujesz mnie? – nie czekając na odpowiedź nalał sobie pełny kufel piwa, wypił duszkiem, i zaczął łapczywie pożerać leżące na stole potrawy.

Guy jakby w ogóle tego nie dostrzegł, nie odrywał wzroku od panoramy Nottingham, którą po chwili wskazał swojemu gościowi szerokim, teatralnym gestem dłoni i zagadał tonem lekkiej pogawędki:

- Uwielbiam Nottingham, to chyba jedyne miasto w Anglii, w którym mogę żyć. Starcem może nie jestem, ale zdążyłem w młodości odwiedzić wiele miast, dużych i mniejszych, nowych i starych, na północy, na południu i w głębi kraju. Nie polubiłem żadnego innego. Londyn to jedne wielkie ludzkie śmietnisko, pełne komediantów, eunuchów, pedofilów, sodomitów, włóczęg, handlarzy narkotyków, wróżbitów, trucicieli, lunatyków, magów, mimów, żebraków, błaznów i wszelkiego rodzaju pasożytów, w przenośni i dosłownie. W Canterbury wszyscy powariowali i czczą Tomasza Męczennika na równi z Bogiem, Oksford z trudem może pomieścić wszystkich mieszkańców, ale już wyżywić ich nie może, połowa głoduje. W Exeter ludzie i bydło jedzą kaszę ze wspólnej miski. Bath jest tak zanieczyszczone oparami siarki, że przywodzi na myśl przedsionek piekieł. Chester i Worcester pełne są Walijczyków, a to wariaci nie kochający życia, z którymi nie chciałbyś mieć nic wspólnego. Z kolei w Yorku roi się od Szkotów, w większości cuchnących karłów z krzywymi nogami, szczekających jakąś nieludzką mową. Ely jest pełne błota i butwieje w oczach, z powodu otaczających je bagien. W Durnham i Norwich więcej jest kościołów niż karczem. A najgorszy ze wszystkich jest Bristol, w którym, przysięgam ci to, nie ma nikogo kto nie jest lub nie był handlarzem mydła. Nie jesteś w stanie nikogo w tym mieście spytać o drogę czy zagadać o pogodzie, aby ten w najdalej trzecim zdaniu nie zaczął ci proponować zakupu.

- Zawsze wolałem wiejskie życie. – niewyraźnie wymamrotał Will, nie przerywając jedzenia.

- O, ja też je pokochałem, odkąd zostałem panem na Locksley. Uroczy zameczek, dostatni folwark, piękne i zadbane wsie. Tak to teraz wygląda, wszystko kwitnie pod opiekuńczą ręką przedsiębiorczego gospodarza. Gdy przejąłem te ziemie było na niej ledwie sto sztuk bydła, teraz jest blisko dwa tysiące. Owiec nie było wcale, a zeszłej wiosny przekroczyliśmy tysiąc sztuk. Było tu ledwie pięćdziesięciu zabiedzonych wieśniaków, teraz jest kilkuset, sam nie wiem dokładnie ilu. Karczują las, osuszają bagna, zakładają nowe sioła. Zmiana właściciela okazała się błogosławieństwem dla tej posiadłości.

- Robin by się z tobą nie zgodził, trochę mu się nie podoba, że zabiłeś jego ojca i zagarnąłeś jego ojcowiznę.

- Jego ojciec był zapijaczonym skurwysynem i despotą, zarówno dla swoich poddanych jak i krewnych. Robin nienawidził go tak samo jak ja, i powinien być mi wdzięczny, że się go pozbyłem.

- Skurwysyn bo skurwysyn, to fakt, ale jednak ojciec. A poza tym zostaje kwestia posiadłości.

Nastała długo cisza, w której było słychać tylko mlaskanie i siorbanie Willa. Mając już dość czekania odsunął od siebie talerz, wypił kolejny kufel piwa, beknął potężnie w kułak i odezwał się ostrym tonem.

- Słuchaj no przyjacielu, dosyć już pogaduszek, gierek i podchodów. Coś się szykuje, mówię ci, zbliża się potężna zawierucha. Nie muszę ci mówić o czym mowa, każdy kmiotek w najbardziej zapuszczonym siole w kraju wie, że dni tego Wypierdka bez Ziemi są już policzone, a z nim wszystkich jego popleczników. Polecą głowy dzisiejszych Parów i Szeryfów, a nowy władca będzie miał mnóstwo nadań do rozdania tym, którzy będą wystarczająco mądrzy, by dołączyć do zwycięzców zawczasu i okazać swoją przydatność. Ale uważaj, nie spóźnij się, nie pozwól by ktoś cię ubiegł. Robin chce twojej ostatecznej odpowiedzi teraz.

Guy Gisbourne wybijał powolny rytm stukając palcami na stole, patrząc na leżące przed jego oczami miasto. Nagle uderzył z impetem pięścią stół, pochylił się ku rozmówcy i powoli, wyraźnie wyrzekł:

- Powiem więc wprost i bez wykrętów. Mogę zwrócić posiadłość Locksley w zamian za miasto Nottingham. Czy to wystarczająco zdecydowana odpowiedź?

- Wystarczająco. I odpowiem ci równie bezpośrednio. Masz zgodę Robina, w zamian za głowę Szeryfa.

 

9.

 

Allan przerwał swoją opowieść, przez dłuższą chwilę siedzieli w ciemności i ciszy. Burza wyraźnie się zbliżyła, błyskawice strzelały teraz często, na krótkie chwile wydobywając z mroku wnętrze leśnego szałasu i wpatrujących się w siebie nawzajem mężczyzn. Grzmoty również stały się częstsze, i dużo głośniejsze, tak że gdy minstrel w końcu zdecydował się odezwać, musiał już podnieść głos.

- Robinie z Locksley, dla każdego, kto pobieżnie przyjrzy się twoim postępkom jesteś bezwzględnym, pozbawionym krztyny moralności zbrodniarzem, bezbożnym zwyrodnialcem dowodzącym bandą brutalnych, prymitywnych i zdegenerowanych morderców i złodziei. Ale jeśli ktoś poświęci tyle czasu i wysiłku co ja, aby przyjrzeć ci się bliżej, widzi drugie dno. To co tak mocno i umiejętnie starasz się ukrywać, to kim jesteś naprawdę.

- Kim jestem? – zapytał Robin cichym, spokojnym głosem, ledwie słyszalnym wśród narastając na zewnątrz ulewy.

- Jesteś sprytnym politykiem, graczem, który stworzył misterną sieć kontaktów, powiązań, zależności i zobowiązań. Graczem, który układa się z Arcybiskupem Yorku i przechwytuje dla niego korespondencję Arcybiskupa Canterbury. Graczem, który chce sam mianować nowego szeryfa Nottingham, jednocześnie pozbawiając go oparcia w postaci własnej posiadłości, aby zapewnić sobie jego zależność od siebie. Graczem, który jednym zamachem chce odzyskać swoje włości rodowe oraz zagarnąć ziemię Lorda Leaforda, żeniąc się z jego paskudną lecz posażną córką Lady Marion. Graczem, który dodatkowo próbuje zyskać poparcie mas hołoty w całym hrabstwie, aby w odpowiednim momencie podburzyć ich do generalnego buntu, i w ten sposób zagarnąć ziemie lub zhołdować również pozostałych Lordów. Graczem, który postawił sobie ekstremalnie ambitny cel, obmyślił skomplikowany, zakrojony na lata plan, i teraz jest bardzo blisko jego realizacji. Chcesz niemal w jednej chwili, za jednym uderzeniem, zamienić się z wyjętego spod prawa leśnego rozbójnika w… No właśnie, w kogo? Para? Czy celujesz jeszcze wyżej?

- Bez przesady, tytuł Para w zupełności wystarczy

- Ale najciekawsze są pewne… specjalne zdolności niektórych z twoich kompanów - gdy Allan mówił te słowa, seria błyskawic ponownie rozcięła powietrza, rozświetlając wnętrze szałasu, a gdy tylko pogrążyło się ponownie w ciemności, Robin machnął gwałtownie ręką, raz, drugi trzeci. Trzy małe, lecz diabelnie ostre noże przecięły powietrze i wbiły się z impetem w tors minstrela. Herszt banitów doskoczył, obalił przeciwnika na ziemię, przygniótł swoim ciężarem, przyłożył kolejny nóż do jego gardła i wycharczał mu ze wściekłością prosto do ucha.

- O tak, masz rację, moi chłopcy nauczyli się kilku ciekawych sztuczek w Ziemi Świętej. Ale ja jestem zbyt blisko realizacji moich marzeń, by pozwolić, aby jakiś przybłęda znikąd poznał moje plany i mógł im w jakikolwiek sposób przeszkodzić.

Szybkim ruchem głęboko przeciął gardło Allana, poprawił drugim cięciem.

- No to już sobie nie pośpiewasz, przyjacielu – zaśmiał się i wytarł nóż o jego ubranie, po czym wstał i odszedł kilka kroków w tył.

Przyglądał się swojej ofierze, myśląc czy lepiej będzie zawołać paru chłopaków, aby pomogli mu wynieść ciało, czy lepiej zrobić to samemu i zachować sprawę w tajemnicy. Ktoś mógłby zacząć się zastanawiać, co ten wymuskany dandys robił w szałasie herszta i dlaczego ten go zabił. Z drugiej strony, Robin zdążył już wyrobić sobie taką reputację wśród swoich podwładnych, że najprawdopodobniej uznają, że ten zarżnął minstrela bo taki miał kaprys i już.

Izbę szałasu delikatne rozświetlił słaby, fioletowy poblask, w którego świetle Robin ze zdumieniem ujrzał stojącego w kącie Allana z Doliny. Spojrzał pod nogi, lecz leżące tam jeszcze przed chwilą ciało zniknęło. W przeciwległym kącie dostrzegł kolejnego minstrela, i jeszcze jednego zagradzającego drzwi. Łącznie naliczył sześć identycznych postaci, otaczających go z każdej strony. W przeciwieństwie do pierwszego, ci byli uzbrojeni w długie sztylety.

- Nie tylko wy byliście w Ziemi Świętej, i nie tylko wy nauczyliście się tam ciekawych sztuczek. Myślisz, że jakim sposobem udało mi się poznać wszystkie twoje sekrety w tak krótkim czasie? Ja mogę być wszędzie naraz – słowa Allana dobiegały od wszystkich sześciu postaci jednocześnie, nabierając nienaturalnego, wzbudzającego strach pogłosu. – Nie obawiaj się, jestem twoim przyjacielem, nie wrogiem. Przysyła mnie Malik. Wiesz o kim mówię?

- Byłem krzyżowcem, walczyłem pod Akką, wiem kim jest Malik – głos Robina nie zdradzał cienia przestrachu czy zaskoczenia obrotem sytuacji. Spojrzał na wciąż trzymany w ręce sztylet. Widoczne jeszcze przed chwilą smugi niedokładnie wytartej krwi zniknęły bez śladu. Przyjrzał się dokładnie każdej postaci po kolei, lecz nie był w stanie zaobserwować żadnego szczegółu, który by je od siebie odróżniał. Nic nie wskazywało, która z postaci jest oryginałem, a które jedynie kopiami. Odezwały się ponownie wszystkie naraz.

- Malik potrzebuje takich ludzi jak ty, przedsiębiorczych, wykazujących się inicjatywą, ale również bezwzględnych i skutecznych. Doskonale zdaje sobie sprawę, że poza wąskim gronem normandzkiego rycerstwa nie jest zbyt popularny. Tak naprawdę przez całe swe życie spędził na tej wyspie ledwie pół roku, nawet nie mówi tutejszym językiem. Planuje odzyskać należną mu koronę, ale obecni władcy, z jego zdradzieckim bratem na czele, nie zamierzają oddać mu jej na klęczkach. Niektórzy stawią opór, a on nie może uderzyć wszędzie jednocześnie. Potrzebuje ludzi takich jak ty, aby go wsparli w odpowiednim momencie. Ale nie może pozwolić, abyś zamiast odzyskać władzę dla niego, wywalczył ją dla siebie. Dlatego przysłał mnie, nie tylko po to, abym sprawdził, czy nadajesz się do wykonania planowanego dla ciebie zadania, co zresztą mogę z całą pewnością potwierdzić. Przysłał mnie również abym cię kontrolował.

Chociaż Robin czujnie obserwował wszystkie postacie, nie zauważył gdy ta stojąca za nim skoczyła i powaliła go na klęczki kopnięciem w tył kolan. W tym momencie rzuciły się na niego wszystkie jednocześnie. Błyskawicznie skoczył w bok, ciął jednego z przeciwników, trafił. Zobaczył jak trafiona przez niego postać znika w gasnącej, fioletowej poświacie. Kolejny cios znowu padł niezauważony, tym razem dostał w nerkę, zgiął się, lecz natychmiast obrócił i szerokim zamachem ciął stojącego za nim napastnika, znowu go trafił, lecz ten rozpłynął się jak mgła. Kolejne dwie postacie Allana pojawiły się jakby znikąd, znowu go otoczyły i przemówiły wspólnym głosem.

- Zrozumiałeś już, Robinie? Będziesz dokładnie i skrupulatnie wykonywał przekazywane przez mnie polecenia. Jeśli będziesz się buntował, mogę cię zranić lub zabić w każdej chwili, nawet nie będziesz wiedział skąd i czym. A ty nie możesz mnie powstrzymać, nie możesz mnie pokonać bo nie możesz mnie trafić.

- Tutaj się mylisz – w oczach Robina pojawił się najpierw słaby, lecz coraz wyraźniejszy fioletowy poblask. - Tutaj się grubo mylisz. Myślisz, że poznałeś wszystkie moje sekrety, ale się mylisz. Myślisz, że tylko moi kompani mają swoje sztuczki? Ja też się coś odkryłem w Ziemi Świętej – zmienił chwyt na sztylecie, chwycił go do rzutu. Jego oczy rozbłysły intensywnym, jaskrawofioletowym blaski. – Ja, Robin z Locksley, zwany Kapturem, trafiam zawsze.

Rzucił nożem z całej siły, nie w kierunku żadnej z otaczających go postaci, lecz ponad nimi, w powałę. Nóż odbił się od belki stropowej pod nienaturalnym kątem i nie tracąc impetu, a wręcz nabierając szybkości, poleciał w stronę niewidocznej dotychczas, stojącej z tyłu kolejnej postaci Allana, wbijając się w jego udo po samą rękojeść.

- Trafiam zawsze – skomentował krótko swój niesamowity rzut Robin.

Trafiony minstrel wrzasnął z bólu i upadł, a wszystkie jego pozostałe postacie znikły w okamgnieniu. Spróbował się podnieść i pokuśtykać w kierunku wyjścia, lecz banita bez pośpiechu zaszedł i zagrodził mu drogę. Wziął do ręki opartą wcześniej o framugę grubą, dębową lagę, i zważył ją w dłoni znacząco. Z paskudnym uśmiechem podszedł do próbującego się podnieść rannego i szybkim, lecz niebyt mocnym uderzeniem trafił go w zranioną nogę, obalając ponownie na klepisko. Stanął nad pokonanym na lekko rozstawionych nogach, wciąż czujny i gotowy do natychmiastowego ponownego uderzenia.

- Jakaś dzika, pierwotna część mojej jaźni krzyczy we mnie głośno, abym dokończył sprawę i zatłukł cię na miejscu tym oto kijaszkiem – zawiesił głos w przesadnie dramatycznej pauzie. – Masz szczęście, że jestem rozsądnym człowiekiem, nie wierz fałszywym plotkom na mój temat. Naprawdę jestem rozsądny i lojalny, po prostu nie lubię być do niczego zmuszany groźbą. Wiesz, trochę przywykłem tu do bycia dowódcą. Wypuszczę cię wolno i tylko z tą jedną raną, choć mogę jeszcze dodać kolejne jeśli wpadnie ci do głowy głupi pomysł sprawiania dalszych problemów. Wypuszczę cię wolno, a ty pobiegniesz prosto do Malika, i przekażesz mu moją propozycję współpracy. Pozwól tylko, że chwilę się nad nią zastanowię.

Robin rozsiadł się wygodnie na ławie i zamyślił się, wymachując leniwie lagą i popijać niespiesznie z trzymanego w drugiej ręce bukłaka, nie przejmując się już zupełnie wciąż leżącym na klepisku i obficie krwawiącym ze zranionej nogi Allanem.

 

10.

 

Wyszli na skraj Sherwood o świcie. Nie mogąc chodzić na świeżo zranionej i byle jak opatrzonej nodze Allan jechał na mule braciszka Tucka. Wierzchowiec z widoczną ulgą przyjął tak lekkiego jeźdźca i wręcz rwał się do galopu, co chwilę z własnej woli przyspieszając kroku, powodując kolejne uderzenia bólu u rannego.

- Skąd wziąłeś takiego narowistego muła? Jemu się coś w chyba w głowie poprzewracało, marzy mu się chyba w tym oślim łbie, że jest bojowym rumakiem, który zaraz poniesie dzielnego rycerza do chwalebnej szarży na niewiernych – Allan poskarżył się idącemu obok właścicielowi muła.

- To kwestia umiejętności jeźdźca, pode mną tak nie wierzga. – odpowiedział z wyższością braciszek Tuck.

- Bo gdyby spróbował, to by sobie grzbiet złamał – bąknął pod nosem idący z tyłu Mały John. Ale po cichu, gdyż tak jak we wszystkich członkach Kompanii, dziwny kapłan i jego krwawe obrzędy wzbudzały w nim pobożny lęk.

Prowadzący pochód Robin stanął i schwytał muła za uzdę.

- Ruszaj w drogę, wierny przyjacielu. Mam nadzieję, że nie zapomnisz o naszej umowie, ani o żadnym jej szczególe, i dokładnie wszystko przekażesz naszemu wspólnemu znajomemu. Pamiętaj, że mój kochany kuzyn zaprosił twoją piękną narzeczoną do spędzenia najbliższych tygodni w odosobnionym miejscu. Aby zapewnić jej bezpieczeństwo, oczywiście.

Robin ruszył do przodu i pociągnął muła za uzdę, przykazując pozostałym kompanom pozostać na miejscu.

- Nie miej złudzeń, czy zawaham się skrzywdzić bezbronną niewiastę – odezwał się, gdy oddalili się na tyle, by pozostali ich nie usłyszeli. – Mam już kilka na sumieniu.

- Wiem.

- Jakiś ty mądry. Wszystko wiesz. A kto mi podbiera monety jednak nie udało ci się dowiedzieć.

- Mylisz się. W zasadzie to było najprostsze zadanie, wystarczyło trochę pokręcić się Nottingham.

 

11.

 

Przed Bramą Rymarską miasta Nottingham panował ścisk wśród tłumu, który jak zwykle przybył do miasta z całego hrabstwa na czwartkowy targ. Drogę tarasowali przede wszystkim przybyli pieszo chłopi z położonych najbliżej wsi, uginający się pod wielkimi tobołami noszonymi na plecach, ale także wszelkiej maści i rozmiarów wierzchowce, wozy, dwukółki i taczki przybyszów z dalszych okolic, a pod samą bramą stały dwie opancerzone fury kupieckie. To właśnie zażarta kłótnia właściciela tych pojazdów ze strażnikami bramnymi o wartość oficjalnego miejskiego myta i nieoficjalnej prywatnej łapówki tak skutecznie zablokowała wjazd do miasta. Strażnicy jednak z daleka dostrzegli i rozpoznali nadciągający orszak składający się bogato ubranej, młodej, lecz grubej, pryszczatej i ogólnie paskudnej szlachcianki, jadącej po damsku na pięknym, białym koniu, oraz biegnących za nią trzech osiłków, ewidentnie jej eskorty. Strażnicy szybko dobili targu z pyskatym kupcem i nakazali mu odblokowanie przejazdu, a pozostałych ludzi rozgonili na boki krzykami i drzewcami włóczni, także Lady Marion przejechała swobodnie, nie zwalniając kroku konia i nie zaszczycając nikogo z tłumu nawet spojrzeniem. Wjeżdżając do miasta zmienili szyk, dryblasy przesunęły się na czoło i teraz bezceremonialnie torowali drogę wśród ciżby ludzkiej zapełniającej wąskie uliczki Nottingham. Bez zatrzymywania się minęli kolejno targ solny i rybny, stanęli dopiero przed najbardziej okazałym kramem bławatnym. Właściciel natychmiast zorientował się w sytuacji i gnąc się ukłonach wylewnie zapraszał do środka. Choć wydawało się to niemożliwe, udało mu się jednocześnie prowadzić swoją klientkę do środka, zachwalać towar, szybkim ruchem schować jakiś pęk szmat zalegający na podłodze, dyskretnymi gestami wezwać do siebie pomocników i uprzejmie, acz stanowczo wyprosić dwóch klientów, którzy co prawda przybyli wcześniej, ale najwyraźniej nie rokowali specjalnie wysokim zarobkiem.

 

12.

 

- Akurat naprzeciw tego kramu jakiś zaradny gospodarz wyniósł ławę i odszpuntował beczkę piwa, więc postanowiłem poczekać wygodnie z kufelkiem marcowego. Wyszli dopiero, gdy dopijałem trzecie piwo. Jeden z jej drabów niósł wieżę pakunków tak wysoką, że musiał mocno wychylać głowę na boki, aby cokolwiek przed sobą widzieć. A to nie wszystko, tego dnia odwiedziła jeszcze dwóch bławatników, szewca, kaletnika i, na koniec, złotnika. U kaletnika oprócz zestawu pięknych pasków z jaszczurzej skóry musieli dokupić nowe sakwy, bo chyba inaczej nie zapakowali by całego tego towaru w drogę powrotną.

- A żeby ją szlag trafił, cholerę rozrzutną… – wycedził Robin przez zaciśnięte zęby. – Jak ta ropucha parchata może mnie tak oszukiwać?

- Naprawdę nie wiedziałeś? – spytał szczerze zdziwiony minstrel. – Każdy chłop na targu i każda baba na majdanie o tym gadają. Wszyscy mówią, że to co rozbójnik Kaptur z wielkim wysiłkiem zrabuje w ciągu tygodnia, to jego paskudna narzeczona wyda w czwartek.

- Co jeszcze o mnie mówią?

- Bardzo dużo. Że jesteś szalony, brutalny i bezbożny. Że twoi kompani to zbieranina najgorszych zbrodniarzy i szumowin z całego kraju. Twój mnich to pogański kapłan. Twój ochroniarz to przerośnięty impotent i debil. Że twojemu kuzynowi dla odmiany nie brakuje wigoru w sprawach łóżkowych, ale kieruje go głównie w stronę urodziwych chłopców. Mam wymieniać dalej?

- Nie trzeba. – uciął Robin, i na dłuższą chwilę zamilkł posępnie. Gdy się odezwał, głos miał odmieniony, pozbawiany buńczucznej pewności siebie. – Allanie, mam dokładny i genialny plan jak zdobyć władzę, ale chyba nigdy nie zastanawiałem się co będę robił, gdy ją zdobędę. Jak mam rządzić ludźmi z taką reputacją? Nie mogę wszystkich zabić, nie mogę wszystkich zamknąć, nie mogę wszystkich zastraszyć. Jeśli spróbuję, prędzej czy później wszyscy zbuntują się przeciwko mnie. Potrzebuję powszechnego poważania i akceptacji mojej władzy, potrzebuję autorytetu.

Allan spojrzał w niebo, po wczorajszej burzy było idealnie błękitne, bez choćby jednej małej chmurki. Od dawna nie widziane w okolicy słońce przyjemnie grzało w twarz. Delikatny wiatr szumiał wśród złotych pól pełnych pszenicy, żyta i owsa. Wszystko to bardzo pozytywnie nastroiło minstrela.

- Ja się tym zajmę Robinie z Locksley. Jeśli dotrzymasz swojej części umowy. Jeśli wypuścisz moją narzeczoną nietkniętą – jeszcze raz zwrócił twarz do słońca, przymykając na chwilę oczy, po czym spojrzał prosto w oczy herszta leśnych zbójów – Zrobię ci legendę. Jeśli wygramy, nasi wrogowie będą gryźć ziemię, a my będziemy opowiadać naszą historię. Legendę. Legendę Robina Kaptura. Nie będzie bezwzględnego mordercy i gwałciciela. Nie będzie rozbójnika i złodzieja. Nie będzie bezbożnika i zdrajcy. Będzie szlachetny banita, walczący z uzurpatorami władzy gnębiącymi prosty lud. Zrobię z ciebie bohatera, a z twojej bandy degeneratów Wesoła Kompanię sympatycznych hultajów. Ludzie zapomną morze krwi, które przelałeś, setki krzywd, jakie wyrządziłeś i zdrady jakie popełniłeś. Sprawię, że ludzie zapomną o prawdzie i uwierzą w kłamstwo. W końcu po to jesteśmy, my poeci.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Gregory Heyno miesiąc temu
    Ciekawy koncept, początek trochę mnie zamulił, ale w połowie się lekko rozkręciło ;)
  • KDownar 3 tygodnie temu
    Lepiej tak, niż na odwrót. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania