Partita, która nie domyka ciszy

Leżałem jeszcze wilgotny.

Nie cały — tylko przy dolnych pięcioliniach, tam gdzie atrament zbierał się odrobinę grubiej. W jednym miejscu kropla zatrzymała się na ułamek sekundy za długo i zostawiła ślad, który już zawsze będzie odrobinę ciemniejszy niż reszta.

Nie wiedziałem wtedy, kim jestem.

Byłem naciskiem dłoni. Tempem oddechu. Śladem decyzji, które zapadały szybciej niż mogłem je przyjąć. To, co we mnie zapisano, istniało najpierw gdzie indziej — ja tylko uczyłem się to utrzymać.

Słyszałem go.

Nie tak, jak słyszą ludzie. Raczej jako napięcie powietrza, które wprawiało mnie w drżenie, kiedy skrzypce odpowiadały na to, co przed chwilą zostało we mnie zamknięte. Niektóre miejsca oddychały spokojnie. Inne ściskały się w sobie, jakby chciały coś powiedzieć naraz.

Raz, kiedy odłożył pióro, jego palec — lekko wilgotny od potu — przesunął się przez jeden takt. Zostawił smugę, cienką i matową. Tego miejsca nie da się już czytać tak samo. Zawsze będzie odrobinę bardziej ciche.

Na górze strony wpisał: Partita II d-moll na skrzypce solo.

Potem świat się oddalił.

Nie od razu. Najpierw światło przychodziło rzadziej. Kroki traciły kierunek. Dźwięki przestawały mnie szukać. Aż w końcu zostałem złożony — niedokładnie, jeden róg zagiął się pod zbyt ostrym kątem — i wsunięty między inne kartki, które pachniały podobnym wysiłkiem ręki.

Nie wiedziałem, że to było pożegnanie.

*

Późniejsze dłonie — Carl Philipp Emanuel i Wilhelm Friedemann — uczyły się jego muzyki na nowo.

Jedne były cierpliwe. Otwierały mnie szeroko, jakby bały się uronić cokolwiek z tego, co we mnie zostało. Zatrzymywały się przy trudniejszych miejscach, wracały, porównywały. Pod ich ciężarem prostował się nawet mój zagięty róg.

Rozpoznawałem w nich potrzebę zachowania.

Byłem układany, przekładany, zestawiany z innymi. Należałem do porządku.

Ale nie na długo.

*

Drugie ręce przyszły szybciej niż powinny.

Niosły ze sobą pośpiech, który nie miał rytmu. Otwierały mnie tylko do połowy, czasem jedną stronę przytrzymywał łokieć, a druga opadała bezwładnie. Papier w powietrzu zachowuje się inaczej — traci pewność.

W tym miejscu nauczyłem się dźwięków, które nie mają nic wspólnego z muzyką: szelestu monet, bo wszystko można przehandlować, krótkich śmiechów bez powodu, słów urywanych w pół zdania.

Ktoś kiedyś pochylił się nade mną dłużej.

— Kto to dziś zagra? To takie anachroniczne.

Nie wiedziałem jeszcze, że to pytanie może pozostać bez odpowiedzi na całe lata.

Zamknięto mnie zbyt szybko. Palce, które to zrobiły, zostawiły przy krawędzi drobne wgniecenie. Do dziś czuję je przy każdym otwarciu.

*

Raz ktoś spróbował poprawić jeden takt — cienkim, obcym atramentem.

Linia była niepewna. Zatrzymała się w połowie, jakby sama nie wierzyła, że może coś zmienić.

Ślad pozostał. Niczego nie naprawił.

*

Potem byłem już tylko czasem: nie byłem dniami ani latami — raczej ciężarem, który osiada na papierze. Wilgoć przyszła raz i została na dłużej, zostawiając na mnie zapach, którego nie da się wywietrzyć. Atrament ściemniał, ale nie osłabł.

To, co we mnie zapisano, nie potrzebowało jednostkowej pamięci.

Nie potrzebowało nawet ciszy.

Trwało. Nie w dźwięku — raczej tam, gdzie coś miało się wydarzyć i nie wydarzyło.

Czekałem, choć nie wiedziałem, na co.

*

Kiedy znów mnie otwarto, zdawało się, że zrobiło to same światło.

Było jaśniejsze, bardziej bezpośrednie. Dłonie, które mnie trzymały, nie znały ciężaru tej jednej smugi ani historii zagiętego rogu. Nie znały jego oddechu.

Znały jego imię — imię kantora z Lipska.

Czytały mnie ostrożnie, jak coś, co trzeba najpierw odtworzyć w sobie, zanim spróbuje się to wypowiedzieć. Zatrzymywały się tam, gdzie wcześniej nikt się nie zatrzymywał. Jakby słuchały czegoś, co dopiero miało się wydarzyć. Było tyle wątpliwości, tyle pytań, jak mnie grać.

A potem — po raz pierwszy od bardzo dawna — znów zostałem wprawiony w drżenie.

Nie tak jak wtedy.

Wtedy byłem początkiem. Teraz — powrotem.

Dźwięk szukał mnie po omacku, sprawdzał, czy jeszcze istnieję. W miejscach, gdzie zostałem dotknięty zbyt mocno, był ostrożniejszy. Tam, gdzie atrament przybrał, brzmiał pełniej.

Ale nie wszędzie wróciłem. Jedno miejsce pozostało zamknięte — jakby ktoś nadal trzymał tam palec.

I zrozumiałem: nie należę do dłoni, które mnie przenoszą, ani do tych, które próbują mnie ocalić.

Należę do chwil, w których ktoś ryzykuje ciszę, żeby mnie usłyszeć —

albo zatrzymuje się o ułamek sekundy za krótko i się poddaje.

Średnia ocena: 3.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Pewnego razu byli sobie ojciec i jego dwaj synowie – dobry i marnotrawny, ale to wszyscy wiemy. Opowiem historię podobną do tej, ale jednak trochę inną. Opowiem o tym, jakie podejście do spuścizny po ojcu mieli dwaj synowie. I chyba nie tylko o tym.

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Wersja bardziej strawna:
    „Wędrówka się nie kończy”
    Leżałem jeszcze ciepły.
    Atrament nie zdążył do końca wsiąknąć w papier, gdy jego ręka — pewna, bez wahania — postawiła ostatnią kreskę. Nie wiedziałem wtedy, kim jestem. Byłem tylko szeregiem znaków, gęstwiną nut, które układały się w coś, co istniało najpierw w nim, a dopiero potem we mnie.
    Słyszałem go.
    Nie tak, jak słyszą ludzie — raczej jako drżenie powietrza, które przechodziło przeze mnie, kiedy skrzypce odpowiadały na to, co przed chwilą zostało zapisane. Każdy takt był jak oddech. Każda fuga — jak rozmowa, której sens rozumiał tylko on.
    Potem zapadła cisza.
    Nie od razu. Najpierw było mniej światła, mniej kroków, mniej dźwięków. Aż w końcu zostałem zamknięty. Złożony. Odłożony między inne kartki, które szeptały podobnymi liniami, podobnym rytmem ręki.
    Nie wiedziałem, że to koniec jego czasu.

    Dłonie, które przyszły później, były inne.
    Jedne ostrożne. Zatrzymywały się na mnie dłużej, jakby czytały nie tylko nuty, ale i jego obecność między liniami. Te dłonie należały do Carl Philipp Emanuel. U niego panował porządek. Czułem, że jestem częścią czegoś większego — zbioru, pamięci, dziedzictwa.
    Ale nie zostałem z nim.
    Zabrano mnie gdzie indziej — w pośpiechu, bez ceremonii. Nowe miejsce pachniało kurzem i niepokojem. Tam ręce były nerwowe, czasem drżały. Przeglądały mnie szybko, jakby szukały czegoś, czego nie potrafiły nazwać.
    To był Wilhelm Friedemann.
    U niego nie było ciszy. Były rozmowy, targowanie się, stuk monet o stół. Czasem leżałem rozłożony, gdy ktoś obcy nachylał się nade mną, marszcząc brwi.
    — Kto to dziś zagra? — zapytał kiedyś jeden z nich.
    Nie odpowiedziałem. Nie umiałem jeszcze wtedy rozumieć, że muzyka może istnieć i nie być słyszana.

    Pewnego dnia zniknąłem.
    Nie wiem, czy zostałem sprzedany, czy oddany, czy zapomniany w zamian za coś pilniejszego niż ja. Znalazłem się w miejscu, gdzie nikt mnie nie otwierał. Lata mijały jak ciężkie, nieruchome powietrze.
    Atrament ściemniał. Papier stwardniał.
    Ale nuty trwały.
    Nie potrzebowały pamięci ludzi. Były zamknięte we mnie, cierpliwe. Czekały.

    Kiedy znów mnie rozłożono, świat był inny.
    Dłonie, które mnie dotykały, nie znały jego głosu, ale znały jego imię: Johann Sebastian.
    Czytały mnie powoli. Z niedowierzaniem.
    A potem — po raz pierwszy od bardzo dawna — usłyszałem siebie znowu.
    Nie tak jak wtedy, gdy powstawałem. Inaczej. Ostrożniej. Jakby ktoś próbował odtworzyć sen, którego nigdy nie śnił.
    I zrozumiałem coś, czego wcześniej nie mogłem:
    nie należę do rąk, które mnie trzymają.
    Należę do czasu, który mnie odnajduje.

  • droga_we_mgle 2 miesiące temu

    Fajnie było przeczytać. Zwłaszcza fragment: "Należę do chwil, w których ktoś ryzykuje ciszę, żeby mnie usłyszeć".

    Pozdrawiam

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Dzięki, Drogo. Cieszy mnie, że na Twój komentarz zawsze mogę liczyć. Również pozdrawiam. :)

  • Shira 2 miesiące temu

    Maciek, czytałam to kilka razy. To jest tekst genialny. Muzykę kocham potężnie i bez niej żyć nie
    umiem. Twój tekst zawiera kilka złotych myśli, a sztuką jest takową napisać.Wybrałam sobie jedną:
    "Należę do czasu, który mnie odnajduje."Gdy patrzę na oceny portalowych znawców, ogarnia mnie
    przerażenie. Zostawię Ci mój aforek: Warto kruszyć kopie, żeby nie kruszono oryginałów.
    P.S. żal, że Opowi dla aforystów jest zamknięte.

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Radość czytać taki motywujący komentarz, Shira. Bardzo Ci dziękuję. :))

    Sam tekst to jedno, ale historia, która mnie do niego doprowadziła, jest – mam wrażenie – jeszcze ciekawsza. I bardzo filmowa. Właściwie aż prosi się o dłuższą formę, może nawet scenariusz. Jeśli znasz „Purpurowe skrzypce” i „Wszystkie poranki świata”, możesz wyobrazić sobie, w jakim kierunku mogłoby to pójść.
    Ja jednak jestem raczej krótkodystansowcem – nie mam pewności, czy uniósłbym ciężar tak rozbudowanej opowieści.

    Kilka rzeczy, które szczególnie mnie w tej historii poruszyły:
    Po pierwsze – losy Sonat i partit na skrzypce solo są dość dobrze udokumentowane. Pojawiają się w nich konkretne nazwiska i instytucje, jak choćby Pruska Biblioteka Państwowa. Dla miłośników historii to prawdziwe pole do opowieści. Chodzi m.in. o zawieruchę wojenną (II wojna światowa).
    Po drugie – paradoks. Johann Sebastian uważał podobno Wilhelma Friedemanna za najzdolniejszego ze swoich synów. A jednak ten niespokojny duch – lekkoduch, jak mówią niektórzy alkoholik – nie rozwinął skrzydeł. Tułał się, nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca, nie zdobył stałej posady i w efekcie nie zostawił dzieł na miarę ojca.
    Po trzecie – kontrast. Podczas gdy Carl Philipp skrupulatnie przechowywał rękopisy ojca (i to dzięki niemu wiele z nich przetrwało), jego brat – Wilhelm Friedemann – część tej spuścizny zwyczajnie roztrwonił.
    I wreszcie po czwarte – tajemnica. Do dziś nie wiemy, jak dokładnie brzmiała ta muzyka za życia Bacha. Jak wykonywano arpeggia w słynnej chaconie? Jak wyglądała praktyka wykonawcza? Interpretacja, percepcja, recepcja dawniej i dziś – to wszystko wciąż pozostaje otwartą przestrzenią dla muzykologów i badaczy dziejów. Wiemy sporo, ale sporo też nie wiemy, taka prawda.
    I może właśnie dlatego ta historia nie daje spokoju.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania