Parzymiechy
W moim pierwszym poetyckim wzlocie zaklinałem lód na jeziorach. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Gdybym miał napisać więcej niż trzy zdania sklecone na zasadzie wesołego wygłupu, napisałbym o miłości. Najlepiej romans, harlequin o wiejskiej dróżniczce, która podnosi szlaban, wpatrzona w światła wielkiego miasta.
Nocami łuna odbija się na niebie, w jej oczach, w oknach przejeżdżających pociągów. Każdej jesieni pojawia się on. Zawsze w tej samej podartej jesionce, pomaga w sadzie i ględzi w zimowe wieczory. Po prostu sielanka.
Dramaturgii dodawałby klimat letniska w zapadłej dziurze i rozterka kobiety. Wahanie między stałością a porzuceniem znanego świata. Pisanie o miłości jest jak mówienie o własnym alkoholizmie. Terapia w ośrodku odwykowym letniska Parzymiechy.
Letnisko w Parzymiechach budziło się w dniu, gdy pojawiali się pierwsi wczasowicze. Ich przyjazd zapowiadały cieplejsze noce i pierwsze koncerty świerszczów. Dróżniczka Olga lubiła ten dzień, gdy z oddali nadciągał tuman kurzu, a autobus wiozący pierwszy turnus ożywiał smutek telegraficznych słupów przy drodze.
Parzymiechy były nikomu niepotrzebną leśną osadą, w której dzieci nadal chodziły w długich do ziemi koszulach; ich jedyną zabawką była ciągnięta na sznurku pusta półlitrówka. Ośrodek wczasowy położony był na wąskim cyplu jeziora. Małe domki z dykty pomalowano olejną farbą, która odłaziła strupami, tworząc mapy wciąż nieodkrytych kontynentów. Pośrodku stała świetlica ze stołówką i kolorowym telewizorem marki „Rubin”, obiektem kultu i dumy całej wsi.
Lato rządziło się swoimi prawami. Zmieniało sposób widzenia, jaskrawiło dachy domów i szarość codziennej egzystencji. Latem wszystko było proste. Myśli nabierały słonecznego blasku, a korony drzew sięgały nieba. Zakiszone ogórki po trzech dniach nabierały królewskiego aromatu i, tak jak one, świat pachniał rosnącym na rowach chrzanem, ogrodowym koprem i czosnkiem.
Olga pomyślała, że dobrze byłoby dzielić z kimś tę radość. Wpatrzona w biegnące poza horyzont tory marzyła, by jej jesienny gość, mężczyzna, którego kochała, zamieszkał tu na stałe.
Tęsknota za tym, by mieć go tuż obok, była silniejsza niż zwykle. Niestety wszyscy dotąd poznani mężczyźni przypominali koty: włóczęgów, którzy za nic mieli prawa własności. Na małą stacyjkę, położoną na bocznicach kolejowych szlaków, trafiali tylko uciekinierzy i żaden z nich nie miał zamiaru, jak Kolumb, zdobywać dla niej nowego świata.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania