Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

PASIAK. (uporczywie chore opowiadanie hobbystyczne)

PASIAK.

(uporczywie chore opowiadanie)

(hobbystyczne)

 

Podobno: " Wędkarstwo: to jest nudne ".. całkiem możliwe, jednak: nie wówczas, gdy poświęca się mu życie.

 

Jako kolejny dzień nad spowitą mgłą, spokojną taflą jeziora, wcale nie musiał być wyjątkowym. Co więcej: charakteryzował go tak przenikliwy spokój, iż nawet leczenie w zamkniętym oddziale psychiatrycznym, chyliło przed nim czoła uznaniem, powoli spychając słońce ku rantowi czapki horyzontu. Dozowane garściami, niczym leki, kolejne krople chemicznej nadziei, chlustając ochoczo, jedna za drugą, zgodnie z założeniem: dawały złudzenie odczucia, że wszystko ulegając zmianie, chybiwszy porażki, stanie się jednym z kolejnych sukcesów, wobec samego siebie. Sam już nie wiedział, czy rzuca owe kule, ostatnie momenty przed zanoszeniem się histerycznym szlochem, a może: zwyczajną klątwę. Takowe odniósł wrażenie, z wzrokiem tkwiącym w czeluści błotnistej kaźni, mającej na celu przyciąganie nieuniknionego... jak uznał: jego własnej klęski. Nie czuł już jakichkolwiek emocji, wpatrzony niczym kapitan w bezkres oceanu, dumnie stojąc na pogrążającym się sztormem okręcie, bezwiednie w niemrawo bujający się podmuchami wiatru, kolisty kształt, jakby niewzruszony jego goryczą. Przeklinał go, błagał, modląc się wewnątrz pokrętności własnych myśli... co wzbierawszy w nim, zaowocowało szaleńczym zanurzeniem zmarzniętych, niczym u zahibernowanego w lodzie yeti, dłoni... po kres nadgarstków, zatrzymanych przed łokciami plastikową granicą, znowu ponownie: w owej krwawej czeluści, lepiąc z niej kulę, wielkości jego własnego serca, które ciśnięte z nienawiścią w knąbrność kulistości, wydało adekwatny, na moment odwrajacjący jego uwagę: mokry, przekomicznie dziwny plusk... Nareszcie! Wzbudził życie. Jako kaczkę, w popłochu opuszczającą szuwary. Miał dość. W takim stopniu, że nie tyle chciał ją zastrzelić, co powoli wypiórowując: tłuc kolejno zniesione przez nią jajka... na jej oczach. Napawał się tym wzniośle, gdy zrozumiał, że ogarniająca go zgroza, powoduje w nim uczucie niepewności. Rozwiało się samoistnie. Był obecnie pewien, że nawet wzbierająca miarka rządzy mordu, nie jest w stanie tego zmienić. W doczesnym ferworze, złapał się na tym, że nie wiedział właściwie od jak dawna. Chciało mu się kupę. Panicznie musiał, a jak na ironię: każdy jopił się na każdego, jakby chcąc wydrzeć hak z mordy, niemo klaszczącego pyskiem szczęścia, otwieraniem ust nie mniej bezwiednym zachwytem. Katorga więc trwała, aż ujrzał spełnienie marzeń ściskającego serce świtu, zamglonego poranka. Spławik drgnął. Uradowany, postanowił dopomóc szczęściu, niczym pchając kolejne monety w jednoręki automat. Niewzruszony utkwionym w nim poruszeniem... zaczął srać. Dotknąwszy go otuchą, wzbierające w nim szczęście prysnęło, gdy czując parszywie mokry, kojąco ciepły ciężar, zdał sobie sprawę, iż zewsząd, gdzie mógł: nasrał sobie do kalosza... upadłszy na kolana, aby nie pogrążać się w klęsce. Wznosząc zapłakaną twarz z goryczą, wobec mgielnych odmętów, ujrzał najcudowniejszy brak, w całym jego życiu. Spławik zniknął. Nie bacząc zatem na gówno, przy każdym kroku nadające mu bezwładem własnego ciężaru iście taneczny krok, majestatycznie dopadł wędziska, podrywając je ku górze, jakby zatykawszy sztandar, na polu chwały. Runął na twarz, czując, iż nieznana siła usiłuje pozbawić jego dłonie smukłej doczesności. Lekcewarząc ogromną ropuchę, która korzystając z bumu nieruchomości, postanowiła zakwaterować się w jego ustach, skupił się na zwijaniu żyłki, pomijając splunięciem aspekt pocałunku. Siedział. Nie tylko on sam, czując, iż woda powoduje drętwienie dupy. Kipieliczny klask oznajmił rozwianiem złudzeń, iż na haku siedział Pasiak. Ogromny, zielony stwór, smagany od kolczastej płetwy na grzbiecie, aż do purpurowych płetw, dziko czarnymi pasami. Niebawem, dobył łapą szorstkości jego skóry. Ćwierćkilowe bydle, spojrzało z niewypowiedzianą nienawiścią w jego oczy, potrząsając główką, naprzemiennie z wrzecionowatym ogonkiem. Pogardliwie wypluł wbity w jego przełyk hak, zwracając na wpół żywą, przynętową rybkę, ze skórą pociętą jego ząbkami, co pozwoliło jej konać, w niewyobrażalnych męczarniach. Pasiak nie reagując, nie odwracał spojrzenia, z wnętrznościami, wraz z jego brzuchem, ściskanymi palcami chorego podniecenia. Obaj wiedzieli, co teraz nastąpi. Dostanie w łeb. To bydle upoluje go, nie tyle z głodu, co dla własnego triumfu. Zresztą: i tak nie był pierwszym w jego wędkarskiej karierze. Takich, jak on: miewał już na tyle sporo, aby rozprawić się z nim brutalnie, jednak w oziębły, uwłaczający jego pojmowaniu sposób. Zawsze tak robił. Teraz także. Doskonale wiedział, że zrobi to za moment... dlatego czując uścisk zelżony zdrętwieniem palców na swoim brzuszku, zatrzepotał ciałem, z całą goryczą odwetu utraconego życia, którego zaznał, strosząc zajadle kolczastą płetwę, wprawioną w poprzeczny wir, dobrze już mu znanym zaskoczeniem, odczutym szarpnięciami w jego muskularnym grzbiecie. Nie robiąc tego pierwszy raz, miał zupełną świadomość, iż przecinając w ten sposób tętnicę szyjną, zawsze odniesie sukces: uwolniony dłońmi, broczącymi w szkarłacie, jakby z miłosierdziem zatrzymania go w sobie, powodującym jego bolesny upadek. Przewalając się bezwładnie, z boku na bok, uzyskał pomoc narastającej średnicą ciepła letniej toni, kałuży. Nareszcie. Plusnął wdzięcznie do wody, spoglądając po raz ostatni, z pod jej powierzchni. Jego zdobycz, kręcąc ostatni piruet życia, wylądowała w podbieraku, przeszywając przy okazji swoje serce wbitą w ziemię podpórką. Zawsze ich wypuszczając, zostawił ją w spokoju. Pozwolił mu odpłynąć: jego własnym, powierzonym życiem.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania