Pasieka wujaszka Władysława Cupała
Jak trudno jest zatrzymać te okruchy, te ingrediencje najpiękniejszych i najwonniejszych dań, jakie serwuje nam życie, i sprawić, by ułożyły się w łańcuszek wiecznego trwania. Można przejrzeć stare rodzinne albumy ze zdjęciami, odkurzyć piękne wspomnienia i nasycić dzień teraźniejszy przeszłością. Niech melodie z dawnych lat zabrzmią ponownie i – przedłużane przez kolejne fermaty, spowalniane, a nawet zapętlane – wybrzmią urodzajem prasłowiańskiej magii; niechaj pozwolą przeżyć to nasze liche życie raz i jeszcze dwa razy może. Niechaj zabrzmią, a wysłuchane – pozwolą wyrwać się swoim melomanom z lejców czasu, manifestującego się poprzez tykanie zegarów z kukułką i pianie wiejskich, krewkich kogutów. Pragnąłbym z całego serca zachować kwintesencję smaku, zapachu i koloru utraconych lat, które mi przeleciały bezpowrotnie wraz z całym złotem arkadii, gdym daremnie poszukiwał żyły modernizmu i pozytywizmu w uczonych księgach i w wielkich miastach. Skonstruować rad byłbym alembik do produkcji marzeń, wspomnień i majaków; zagęścić do esencji postaci radosne rymy przeszłości; zogniskować i zmieszać w oszałamiającą grę świateł, jak w soczewce, jak w kinoteatrze, jak na dyskotece, każdą pojedynczą tęczę nad Racławicami; wyizolować i na wieki zachować klarowne efemerydy, duszy incytatory, mego jestestwa skrzydła, człowieczeństwa mego podwaliny; podsycić języki ognistych zmysłów, obudzić prastare duchy i chochliki. I ocknąć bym się chciał z letargu codzienności i, może ze sto razy jeszcze, odbębnić repryzę! Pędzą me myśli ku temu właśnie.
To było bodaj na Głogóweckim rynku. To tam ją ujrzały me oczy pacholęce, wypatrujące błahostek, detali, drobin wszelakich, które się ma pod nogami, okruszków tego intrygującego i przerośniętego w oczach dziecka świata. I pamiętam jak dziś, jak na widok zgubionej przez kogoś niefortunnie, topiącej się w słońcu, gałeczki lodów, niczym telluryczna lizawka, niczym ssana właśnie przez Ziemię pypka – pienił się spocony, straszliwie wkurzony bruk, ułożony jeszcze za Niemca w tej oto małomiasteczkowej malowanej scenerii.
Rano moja pościel, zdjęta z łóżka i wystawiona przez babcię na świeże powietrze, zażywała słonecznych kąpieli, pod wpływem których, niczym apetyczna bylina, pączkowała, puszyła się i bujniała... aż wreszcie zakwitała wszystkimi stopniami połysku, całymi menzurami grubych płatów bieli, które by można było kroić i sprzedawać na gramy oraz na kilogramy.
Działkowicze z domów kolejowych Prudnika i Racławic: stare babcie, wiecznie kręcące się po ogródku, w którym cegłówki, ułożone filuternie w poprzek i jeno częściowo zanurzone w ziemi, tworzyły ten niezwykły rodzaj strefy buforowej, oddzielającej grządki od chodnika i od reszty obejścia. Ci działkowicze z domów kolejarskich, te powiatowe zielarki i wiejskie znachorki… I ten, wożący się na swoim anachronicznym bicyklu, Lankamer – Pan bez fletni, który zaopatrywał naszą rodzinkę w świeże owoce: „jabluszka” i gruszki. To był zupełnie inny świat, jakiego nie znacie i już nie poznacie.
Akurat trwały wakacje. Ten pocący się nektarem słoneczników sierpień, zatykający zielonymi noskami nozdrza bawiącym się nieopodal klonu dzieciom, pozostawił w mej pacholęcej głowie obfite, kolorowe odpryski wspomnień z czasu późnego peerelu, utkane z migotliwej łuny żarzącego się rydwanu słoneczników, egzemplarycznych, wyrwanych z gruntu i pozbawionych kontekstu znaczeń oraz wyekstrahowanych oleistych obrazów – całej gamy lepkich, wiejskich pejzażyków: na czele z oazą wonności wszelakiej, z kuferkiem strzeżonych przez pająki sekretów, z orzeźwiającym czyśćcem przydrożnej kapliczki, z zagonem kłębiących się strąków roślin z rodziny bobowatych, pękających od skwaru popołudnia, i z harcującym lubieżnie ścierniskiem-mrowiskiem. Te obrazki, składające się na racławicką arkadię, w które wsiąkła, niczym w lessy, fantastyczna słodycz lata, posiadły jak gdyby swoje drugie, ukryte dno w postaci miąższu ze złotej moreli, wodzącego za nos pachnidła gruszy i – prostodusznego, choć wzmocnionego bogactwem konotacyj – posmaku babcinego kompotu ze starej, jeszcze poniemieckiej papierówki – prawdziwego eliksiru rozkoszy, sił witalnych i orzeźwienia.
Mieszkałem podówczas z bliskimi w sennej chatce na tajemniczo majaczącym z oddali stoku Racławii. A ma familia była jeszcze wtedy liczna i roztaczała nade mną parasol ochronny, rozpostarty ponad całe szmaragdowe sioło. Najchętniej w słoneczne dni lata przyjmowałem tę dobroczynność ze strony babcinej siostry – cioci Jadzi i jej męża, wujka Władysława.
Wujostwo mieszkali w pobliżu kolei w strupieszałym, pamiętającym jeszcze niemieckich wysiedleńców domu z nagiej cegły, który znajdował się na kresach wyższych partyj racławickiej panoramy i – wraz z bujnym ogrodem oraz pasieką – tworzył pępek, plexus solaris mojego ówczesnego grajdołka. Ten mur ceglany domostwa, jak przesuszony zgred, gubił kruchą zaprawę, niczym solarny Pan swą jajeczną żółć, i był wszystkim tym, na co stać było i czego w istocie pragnęli gospodarze – zapomniani w swych skansenach na zapomnianej kędyś ogrodowej ławce ostatniej, zasklepieni propolisem różanych okularów, pielęgnujący ogólniejszą ideę chodzącej zacności i dobroci.
W dni takie jak ten, którego wszystkie minuty pałały blaskiem i oślepiały światłem, skansen przeistaczał się w sprawną machinę pełną przodowników i z cicha bzyczących bohaterów. W ruch szły nagle, zniesione z olimpijskiego strychu i przeniesione naprędce z tellurycznej komórki-piwnicy, zakurzone akcesoria: wyciskarka do miodu, wielka niczym pralka Frania, podkurzacz, odważniki od sędziwej wagi i inne atrybuty wujkowej obecności. Ów siwy, łysiejący starzec królował nad tym wszystkim ręką Midasa władającego Frygami, a czego się wujek tknął, natenczas zmieniało się w złoto i mleczną ambrozję. „Trutniąc” u jego boku, łasuchowałem ochoczo ogryzając plastry sześciokątnych uśmieszków, a wraz z nimi – małe miodowe słoneczka i oblizując co chwila umorusany swój pychol.
Nieopodal wujkowej pasieki znajdował się kompostownik komunalny. Jeśli idzie o jego kształt, to był to – można rzec – rodzaj wielkiej murowanej wanny, z której na okrągło wylewało się wpienione powietrze i rozlewało po na wpół zdziczałych sadach i ogrodach. Tu wiecznie czuło się zapach gnijących jabłuszek, usychającego kopru; kiszącego się w sosie własnym, niczym na solarnej patelni, ogórasa: Pallasa, Echiona czy innego Toasa z rodu Gigantów...
Moja druga babcia zwana babcią z Murcek namiętnie zbierała płatki dzikiej róży, z których wyrabiała konfitury. Podpalała denka i zakręcała opasłe słoje, a ogień (ten wielki sztukmistrza i alchemik) wyczarowywał próżnię doskonałą i robił resztę roboty. I wypalało się to powietrze, ten eter w imię przenajświętszych pasteryzacyj prześwietnych. Ach, ten głęboki aromat dziki i dziwny, w którym się ziszczały murckowskie słoneczne godziny i czas babciny. Ta bliska sercu mistyczka i roztropna proroczka jawiła się jako osoba skryta i małomówna, którą znać było po efektach jej ciężkiej pracy. Niewiele o niej wiem, nic o niej konkretnego powiedzieć nie mogę.
Bywało, że jeździłem z babcią i ciocią Jadzią na zakupy do miasteczka. W miasteczku Głogówku było łatwiej o dziecięce łakocie. Nigdy nie zapomnę smaku waty cukrowej, zapachu gofrów, konsystencji lodów z kawałkami startej skórki pomarańczy, w ich lodowym miąższu się znajdującej. Widok, jaki już na zawsze pozostanie ze mną – to widok gałki topiącej się na rynkowym bruku, tak, na rynkowym. Mała architektura tak zwana i maciupcia gałeczka zmarzliny. Tylko tyle i aż tyle.
U cioci Józi w górnej części Racławii dostawało się suszone makówki, które pochodziły wprost z zaczarowanego jej ogrodu, znajdującego się zaraz przy starej poniemieckiej trakcji. Suszone na strychu (tym najwyższym, świecącym oczami pająków podniebnym firmamencie murowanych labiryntów pękatego ciotecznego domu), stanowiły bazę surowcową – podstawową ingrediencję kutii oraz makowców. Dzieciom wioski ów napar makowy aplikowało się tuż przed ich snem dziecięcym. Dostawszy rzeczony susz i przekroczywszy bramy makowej ezoteryki, latałem ci ja po podwórzu i potrząsałem owocnikiem, tak jak potrząsa się ministrancką terkotką: „trr, trr, trr”. Ach, jak bardzo fascynowała mnie ta gruchawka Panny Dziewanny Ziewanny, jej niezwykła morfologia!
Hardo maszerując w stronę rzeki, wcinałem zerwane po drodze poziomki. Te prosto z krzaczka były najsmaczniejsze, a jedzenie stanowiło nagrodę za trud spaceru oraz dzielne znoszenie pragnienia, towarzyszącego upałowi. Zebrane w ten sposób różowate grzeszyły słodkością i pachniały. Pachniały! I dałbym przysiąc, że widywałem w ich pobliżu skrzaty basałyki. Czasem się zdawało, że to ich czerwone czapeczki tak efektownie mienią się w słoneczku, a tułów i nogi miniaturowego ludzika są niewidzialne.
Babunia, czyli moja prababcia ze strony matki i dziadka Stanisława, była bardzo bogobojną i pobożną niewiastą. Przystawała przy każdej przydrożnej kapliczce i się modliła, modliła, a w kościele – śpiewała. Śpiewała tak, jak śpiewać może najpiękniej największa operowa diwa. Nigdy nie zapomnę tej chwili uświęconej, trwającej wieczność, nigdy nie wymarzę z pamięci tego, jak zstępowała w senne popołudnia w mój świat dziecięcy, niczym ta Madonna pomiędzy Niebem a Ziemią kursująca, ani tego, jak przynosiła mi orzeszki laskowe i cukierki, nigdy nie wywabię tej jej do bólu świętobliwej aury, przynoszącej ukojenie i chłód w dni upalne.
Komentarze (7)
Pozdrawiam i zycze milej nocy!
Co do "pipohy", to wyraz ten oznacza po ukraińsku "szczyt" i w rodzinnym socjolekcie albo własnym idiomie oznacza zakończenie butelki na grysik i/lub mleko dla małego dziecka. Wyraz był używany przez moją babcię, niestety już nieżyjącą, która urodziła się na terenach dzisiejszej Ukrainy.
Pozdrawiam serdecznie! :)
https://sjp.pl/pipeta
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania