Pasożyty

Obudził mnie dźwięk kościelnych dzwonów, który przerodził się w stukot, dochodzący z zewnątrz. Nie mogłem ponownie zasnąć, bo oprócz natarczywego odgłosu, swędział mnie tyłek.

- Cholera jasna! – wrzasnąłem w końcu, budząc przy okazji moją ukochaną, Melissę.

Wstałem i podszedłem do okna. Pomimo tego, że na zewnątrz panowała ciemność, od razu dostrzegłem źródło hałasu. Niedaleko domu stał włóczęga i bez przerwy uderzał w sporej wielkości bęben.

- Co on robi? – zapytała Melissa, która oparła mi się o ramię.

- Zakłóca ciszę nocną.

- Trzeba to zgłosić na policję.

- Taa… Powiedzą, że nie jest agresywny, po prostu kolejny ubogi, co to żebrze o jedzenie.

- Od kilku dni obserwuje nasz dom. To podejrzane. A teraz jeszcze przyniósł ze sobą ten bęben.

- Drań, ale chyba nic nie możemy zrobić. Kurde, na dodatek swędzi mnie dupa.

- To się podrap.

W oczach Melissy nie znalazłem ani krzty zrozumienia.

- Nie o to chodzi. Myślałem, że coś mi doradzisz.

- Masz hemoroidy albo pasożyty.

- Cholera. Liczyłem na słowa otuchy. Może jakaś maść pomoże…

W następnej chwili zobaczyłem jak coś ciemnego nadlatuje od strony bezdomnego. Początkowo myślałem, że to ptak, ale kiedy przebiło szybę i znalazło na podłodze sypialni, okazało się, że to cegła.

- Teraz rozumiem – powiedziałem. – To kamień z napisem love. Czerwony jest kolorem miłości. Ten włóczęga się w tobie zakochał.

- Co? To zwykła cegła, a debil właśnie rozwalił nam szybę. Zrób coś.

- Co takiego?

- Pogoń go.

- Przecież to wariat. Może mnie skrzywdzić.

- No i?

- Nie martwisz się o mnie?

- Właśnie rozwalił nam okno, a ty nawet w takiej chwili myślisz tylko o sobie. Czemu ja się z tobą związałam…

- No dobra, dobra. – Nie mogłem już dłużej znieść jej narzekań. – Idę.

- Tylko nie daj się zabić, bo wtedy przyjdzie po mnie. Nawet nie chcę myśleć, co mi zrobi.

Nie chciałem wychodzić w piżamie, więc założyłem spodnie i koszulę. Otworzyłem drzwi i ostrożnie wyjrzałem na zewnątrz. Włóczęga walił w bęben jak szaleniec. Melissa zbliżyła się do mnie i szepnęła mi coś do ucha.

- Co? – zapytałem, zbyt przejęty, by zrozumieć, o co jej chodzi.

- Już dziewiąta rano.

- Jakie rano? Przecież jest środek nocy.

Wyciągnąłem telefon, by udowodnić jej, że się myli i mnie zamurowało. Faktycznie była już dziewiąta rano, ale słońce najwyraźniej tym razem zaspało.

- Co jest? Na zewnątrz panują egipskie ciemności.

- To przez niego. Podobno szamani potrafią przywołać deszcz graniem na bębnach. A co jeśli on jest jednym z nich?

- Przecież nie pada.

- Tak, ale może dopóki gra, dzień nie nadejdzie.

- Chyba sobie żarty robisz. Spóźnię się do pracy… Już się spóźniłem! Dość tego, muszę go stąd przegonić.

Wziąłem leżący obok kominka pogrzebacz i z nowo nabytą odwagą ruszyłem w kierunku włóczęgi. Kiedy się zbliżyłem, przestał grać.

- Wynoś się stąd – warknąłem. – Bo inaczej pogadamy.

- Dlaczego?

- Co zrobiłeś z dniem? Gdzie jest słońce?

- Ja tylko gram na bębnie.

- Po co?

Włóczęga wyszczerzył zęby i rzucił się na mnie. Zamachnąłem się pogrzebaczem, ale wyglądało to tak, jakbym oganiał się od natrętnego komara. Szaleniec przewrócił mnie i wgryzł w szyję. Krew sikała na prawo i lewo, a ja wcale nie czułem bólu. Bezdomny złapał za pogrzebacz i zaczął mnie tłuc nim po głowie, aż w końcu zobaczyłem gwiazdy i Michaela Jacksona wykonującego moonwalk.

Kiedy się ocknąłem, był już dzień. Z trudem podniosłem się z ziemi i udałem w kierunku domu.

- Melissa! – krzyknąłem, ale nikt nie odpowiedział.

Przeszukałem dom od góry do dołu oraz wzdłuż i wszerz, ale jej nie znalazłem. Albo uciekła, albo ten bydlak ją porwał. Teraz już nie miałem wątpliwości, że to szaleniec.

Zadzwoniłem pod sto dwanaście. Przez kilkanaście minut słyszałem zapętloną piosenkę ”Cops are in Heaven” zespołu Niagara Beach, po czym połączenie zostało przerwane. Sprawdziłem inne numery alarmowe, ale rezultat był identyczny.

- Co to się podziało? – syknąłem. – Już nawet nie ma gdzie zgłosić napaści.

Zadzwoniłem na numer Melissy, ale również nie odebrała. Obawiałem się najgorszego.

Nie zwlekając wsiadłem na rower i popedałowałem w kierunku miasta.

W pewnym momencie przeleciało nade mną coś ogromnego. Wyglądało jak posterunek policji, ale nie zdążyłem się przyjrzeć, bo wpadł na mnie rozpędzony tłum. Zleciałem z roweru i tylko cudem nie zostałem rozdeptany. Odczołgałem się na bok. Na samym końcu peletonu kuśtykał starzec, więc zatrzymałem go i zapytałem:

- Za czym oni tak biegną?

- Za posterunkiem policji.

- Ale czemu on lata?

- Skąd mam wiedzieć? Skoro ucieka, to trzeba go gonić.

Miałem rower, więc szybko prześcignąłem biegnących. Kilka osób rozjechałem, ale tym nie miałem nawet czasu się przejmować. Posterunek policji zatrzymał się przy pizzerii. Widocznie gliniarze mieli ochotę wrzucić coś na ruszt. Ze spodniej części budynku zwisała lina, która skojarzyła mi się z pępowiną. Chwyciłem za nią, ale była potwornie śliska i nie potrafiłem utrzymać się na niej dłużej niż kilka sekund.

Jeden z policjantów wystawił głowę przez okno.

- O co chodzi? – zapytał.

- Chciałem zgłosić porwanie i napaść.

- Pan został porwany? Faktycznie, brakuje panu kilku kawałków.

- Nie, chodzi o moją dziewczynę.

- Co z nią?

- Uprowadził ją jakiś włóczęga.

- I co mamy z tym zrobić?

- Szukajcie jej.

- Właśnie trwa przerwa obiadowa. A tak w ogóle to proszę nie zawracać nam głowy.

- Ale…

Policjant rzucił czymś w moim kierunku. Uchyliłem się. Okazało się, że o mało nie dostałem w twarz zeszytem w szkocką kratę.

- Wynocha! – wrzasnął. – Bo psem poszczuję. Edward, bierz go.

Wtedy w kieszeni zawibrował mi telefon. Zerknąłem na wyświetlacz.

Melissa.

Od razu odebrałem.

- Kochanie, gdzie jesteś? Mam nadzieję, że ten brutal nic ci nie zrobił.

- Rodzę.

- Słucham?

- Przyjedź szybko. Będziesz tatusiem.

- Ale my nawet… Znaczy… Okej, już jadę.

Co prawda Melissa ostatnio trochę się zaokrągliła, ale myślałem, że to zasługa dobrego jedzenia. Do tego byłem pewien, że wciąż jest dziewicą.

Zauważyłem, że nadciąga tłum, więc pospiesznie się oddaliłem.

Na szczęście szpital stał twardo na ziemi i przynajmniej na razie nigdzie się nie wybierał.

Znajomy lekarz zaprowadził mnie do Melissy, która najwyraźniej już urodziła. Ściskała coś w rękach, ale nijak nie przypominało to dziecka. Wyglądało jak miniaturowy budynek.

- Co to jest? – zapytałem.

- Nasz dzidziuś.

- Ale to jest jakiś… mutant.

- Nie mutant, tylko posterunek policji. Musimy się nim zaopiekować.

- Nie rozumiem. To nawet nie jest moje… khm, dziecko.

- Chcesz, żeby wychowywał je ten włóczęga? Zgwałcił mnie, a potem okazało się, że jestem w ciąży. To on jest ojcem, ale to zwykły spermosiej. Kocham ciebie i chcę wychować wspólnie naszego potomka.

- Ale to jest…

- Nie przesadzaj. Teraz już za późno na aborcję.

Leżąca na łóżku obok kobieta również zaczęła rodzić. Od razu przybiegł lekarz. W ręce trzymał maczetę.

- Co pan wyprawia? – zapytałem zszokowany, choć i tak nie wywarło to na mnie takiego wrażenia, jak widok mojego dziecka.

- Muszę odciąć pępowinę.

- A tego się nie robi przy użyciu jakichś… bardziej specjalistycznych narzędzi?

- Ty jesteś lekarzem, czy ja?

W pewnym momencie spomiędzy nóg rodzącej wyskoczył niewielki prostopadłościan. Lekarz podbiegł prędko i odciął pępowinę.

- Moja noga! – jęknęła kobieta.

- Przepraszam, za mocno się zamachnąłem. To się przyszyje. Khm… Ma pani… czteropiętrowy blok mieszkalny.

- Naprawdę? Zawsze o takim marzyłam. Mój słodki bobasek.

- Co tu się dzieje? – wtrąciłem się. – Czemu wszystkie kobiety rodzą budynki?

- To zupełnie normalne.

- Nie dla mnie.

- Ewolucja, proszę pana. Po co rodzić jedno dziecko, skoro można od razu cały blok zamieszkany przez kilkudziesięciu miniaturowych obywateli. Hmm… Ma pan straszne rany na szyi. Powinien już pan dawno nie żyć.

- Nic mnie nie boli.

- To też wynik ewolucji. Ból stał się zbędny. Trochę obawiam się o sadomasochistów. Jak oni teraz będą osiągać seksualne spełnienie? Ale co tam… Szczerze powiedziawszy mam ich w dupie. Pokażę panu.

Doktor ściągnął spodnie i wystawił goły tyłek. Rozległ się odgłos podobny do grzmotu, po czym z lekarskiego odbytu wyleciało dwóch miniaturowych osobników ubranych w lateksowe stroje. Jeden okładał drugiego pejczem.

- Pieprzone pasożyty zalęgły mi się w tyłku, ale przynajmniej zachowują ciszę nocną i zbytnio nie hałasują. Nie to, co pańscy.

- Słucham? Jacy moi? – obruszyłem się. Znów usłyszałem dźwięk podobny do bicia kościelnych dzwonów.

- Dzwonią na nonę.

- Co takiego?

- Ma pan w swoich wnętrznościach zapewne jakichś zakonników. Już nawet zdążyli zbudować klasztor.

Nagle poczułem, jakby faktycznie ktoś w moim brzuchu właśnie biegł na popołudniowe modlitwy.

- I co ja mam teraz zrobić?

- Sprawa jest prosta. Przyzwyczaić się albo… W tym przypadku zalecałbym trochę pogrzeszyć. Szybko się wyprowadzą.

Nie było wyjścia. Od tamtej pory piłem na umór, nie chodziłem do kościoła, oglądałem twardą pornografię, sodomiłem i gomorzyłem, a na koniec pobiłem kilka osób. Zakonnicy wynieśli się bardzo szybko. Odetchnąłem z ulgą. Znów byłem wolny. W moim tyłku już nikt nie mieszkał.

Niestety radość nie potrwała długo. Bardzo szybko zyskałem nowych lokatorów. Tyle nagrzeszyłem, że swoim nagannym zachowaniem przyciągnąłem grupę miniaturowych satanistów.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Fanthpmas↔Zakręcony tekst, lecz akcja wartka oraz pomysły... bębniące, domowe i pasożytnicze:)
    W guście mym:)↔Pozdrawiam🙂:)
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Fanthomas*↔To co napisałem wyżej, nieco trudno wysłowić nawet:)
  • fanthomas 3 miesiące temu
    Dzięki :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania