Pełną piersią z puszki

Niezwykle często reprezentanci w barwach biało czerwonych, zamiast uniesienia i euforii, wywołują w swoich kibicach stres. Niestety ostatnio nie mamy zbyt wielu powodów do radości, a to, co się dookoła nas dzieje mocno dzieli i przytłacza. Nadmiar zmartwień, osobistych tragedii, w połączeniu z przekazywaniem tylko złych wiadomości, skutecznie niszczy zdrowie. Chcąc przeżyć coś pozytywnego i zobaczyć naszych sportowców jak niemal hurtowo zdobywają medale, nie można pozostać w domu.

Kolega ze szkolnej ławy „Tłuczek”, by doświadczyć czegoś niezwykłego, był zmuszony wyjechać do Chin, ponieważ paraolimpiada w naszych mediach prawie nie istnieje. Mógł podobnie jak ja, ograniczyć się do śledzenia przebiegu w Internecie, lecz to nie różniło się niczym od lizania cukierka przez papierek. Gdyby miał zapłacić krocie za każdy wstęp, jak podczas trwania olimpiady pełnosprawnych, z pewnością nie byłoby go na to stać. Jednak z chwilą zakończenia tej pierwszej ceny gwałtownie spadają i już na taki luksus po sprzedaży mieszkania odziedziczonego po rodzicach, było przyjaciela stać. Oboje jego najbliżsi odeszli w iście ekspresowym tempie, dzięki wspaniale zarządzanej naszej opiece zdrowotnej i po niespełna trzech miesiącach został sierotą. Ojciec czekał w szczycie pandemii znacznie dłużej niż dziewięćdziesiąt minut z zawałem i piach. Natomiast matula doczekała się kumulacji dolegliwości i dla lepszego efektu w opakowaniu foliowym z zachowaniem wymogów sanitarnych dołączyła do małżonka trzy alejki nowiusieńkich grobów dalej.

Jeżeli przyjrzeć się ostatnim jego przeżyciom, nikt nie powinien się dziwić, że bardzo zachęcałem go do tej podróży, zwłaszcza po jego burzliwym rozstaniu z partnerką. Nowe miejsce i nieznana kultura, mocno różniąca się od sprowadzanej tandety, powinna zresetować narzucone postrzeganie innego narodu i spojrzeć na siebie oczami nieznajomych. Wyjazd był zaplanowany znacznie wcześniej, by nawet przy dłuższej kwarantannie, mógł spokojnie przeczekać. Niedaleko od granic miasta, w dość starej wiosce znalazł niewielką tanią kwaterę. Prawie niczym nieróżniącą się od naszych zaniedbanych domków letniskowych, jakie co roku uparcie oferują niektórzy wynajmujący na polskim wybrzeżu, lub w okolicach jezior. Polak na takie niedogodności z założenia jest uodporniony i nie powinien narzekać. Tylko jemu za granicą kraju coś we łbie się poprzestawiało, oczekiwał luksusów, a jak ich nie otrzymał, codziennie mi marudził. Niesamowicie wkurzył mnie utyskiwaniem nie na jedzenie, lecz na jakość powietrza. Gdybyśmy obaj mieszkali w jakimś kurorcie uzdrowiskowym albo w Bieszczadach z pewnością podzieliłbym jego zdanie. Tylko my od urodzenia przebywamy w jednym z trzydziestu trzech najbardziej zanieczyszczonych miast kraju, które z uporem zajmują czołówkę w europejskiej pięćdziesiątce najbardziej zasmrodzonych. Zadowoleni z tego powodu są tylko właściciele trzech zakładów pogrzebowych, kamieniarze i zarządca cmentarza, ponieważ ich zyski stale rosną.

Ostatnio na spotkaniach władzy z mieszkańcami, wytykano nam nadwrażliwość i zbyt radykalne domaganie się zmian na koszt budżetu. Przez ostatnie dziesięć lat nic się nie zmieniło, nawet po spaleniu w niewielkim odstępie, dwóch wielkich hałd niebezpiecznych odpadów zwiezionych nie tylko z całej Europy. Podczas pożaru i po nie stwierdzono przekroczenia dopuszczalnych norm.

Znajomy z pracy mieszkający dość długo blisko pogorzeliska jednej z hałd, przez pół roku chorował na drogi oddechowe i z uporem maniaka starał się w tym czasie udowodnić szkodliwość środowiska, w jakim przebywał. Jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultat, ponieważ nie doliczył się nawet jednej dziesiątej ofiar Wielkiego Smogu Londyńskiego, który w przeciągu czterech dni w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku pochłonął cztery tysiące dusz. Moim zdaniem chłop z samego założenia dokonał niewłaściwego założenia i nie wziął pod uwagę, że my Polacy jesteśmy znacznie bardziej odporni nie tylko od Anglików. Dlatego dla grupy słabeuszy Światowa Organizacja Zdrowia przewidziała dopuszczalną normę stężeń dobowych na poziomie pięćdziesięciu miligramów na metr sześciennych dla PM10, a u nas wynosi ona dwieście. Jego upór i zapalczywość zaowocowały dotkliwą karą, jaką wymierzyła mu Straż Miejska, za spalenie w piecu starej dętki rowerowej i plastików, w jakich były zapakowane produkty na obiad. Własne gówno też tam wrzucił, lecz analiza popiołu nie wykazała jego obecności. Widocznie tylko to ostatnie powinien gromadzić na zimę i w dobie długoletnich zaniedbań transformacji energetycznej, używać jako opału w zimie.

Przynajmniej dzięki jego protestowi z transparentem przed ratuszem, dowiedzieliśmy się, że w dwa tysiące osiemnastym roku w naszym kraju, w domowych piecach spaliliśmy przeszło jedenaście milionów ton węgla. Przynajmniej w tym jesteśmy w czołówce, ponieważ wszystkie razem wzięte pozostałe państwa europejskie puściły z dymem zaledwie trochę powyżej trzech milionów ton.

Podczas trzeciej naszej rozmowy Mirek rozśmieszył mnie, przytaczając wiadomość, że niedaleko jego kwatery pewien mieszkaniec za pomocą odkurzacza stworzył cegłę. Ponoć codziennie przez pięć godzin, przez trzy miesiące wciągał nim powietrze, aż uzbierał na jedną cegłę. Widocznie nigdy nie odkurzał mojego mieszkania, ponieważ mam pełen worek co dwa tygodnie, a sprzęt pracuje zaledwie dwa razy po godzinie. Gdybym był uparty, jak tamten Chińczyk z pewnością po dziesięciu latach wybudowałbym willę z basenem i przynajmniej jeden samochód kupiłbym po sprzedaży zbędnych cegieł.

Zupełnie zapomniał, że niespełna pięć lat wcześniej próbowałem stworzyć spółkę z chętnych do zainwestowania. Zgromadzony wkłady miały posłużyć do powstania bliźniaczej holenderskiej wieży Smog Free Tower, która nie tylko oczyszcza powietrze, lecz produkuje biżuterię z pyłu. Gdyby mi się udało, bylibyśmy wszyscy bajecznie bogaci, a tak to mamy niewiele.

Kiedy ostatnia szansa medalowa za skoki padła, byłem podobnie jak inni mocno zawiedziony. Powodów do radości nie miałem, dopóki nie połączył się ze mną „Tłuczek”.

- Nie uwierzysz, co mnie dzisiaj spotkało? – wypalił natychmiast po usłyszeniu mojego głosu.

Pierwsze moje skojarzenie dotyczyło rodaków, następnie młodej Chinki, groźnego zwierzęcia i kilku innych mniej lub bardziej prawdopodobnych rzeczy.

- Przypadkowo kupiłem puszkę.

- Psie żarcie, czy pies w konserwie? – z zainteresowaniem zapytałem i czekałem na potwierdzenie.

- Nie, fresh air.

- Zabawkami zamierzasz handlować? – zaskoczony zapytałem.

- Jak ty mało rozumiesz.

Takie stwierdzenie mocno mnie wkurzyło i już szykowałem pakiet słów, kiedyś niecenzuralnych, wulgarnych, za które można było dać komuś w ryj. Niestety teraz przynależnych do objawów chorobowych, a jak wiadomo, chorego się nie bije.

Znaliśmy się na tyle długo, że kolega mnie wystudził i rozśmieszył, zanim wystartowałem. Okazało się, że dokładnie nie spojrzał, co kupuje i zafundował sobie puszkę wypełnioną kanadyjskim powietrzem. Plótł też o jakimś popularnym barze tlenowym, wtedy przypomniał mi letnią kolonię, na którą pojechałem nad morze. Nigdy później wybrzeże Bałtyku tak nie pachniało, jak między rozległymi zalesionymi terenami wojskowymi. Tylko tam poczułem cudowny zmieszany aromat lasu i morza. Gdybym tak potrafił wtoczyć je do cysterny i przechował, już niedługo ile mogło być to warte?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Iza Luis 17.02.2022
    Gdyby można było zamknąć każdy aromat w puszce, to w sprzedaży byłyby pieczone żeberka, ciasto drożdżowe czy pizza. Może wyeliminowałyby szkodliwe dla ludzi i środowiska świece zapachowe. Fakt faktem, że jakiś procent społeczeństwa ratuje się i dotlenia w gabinetach odnowy. Powodzenia w realizacji planu.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania