Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Perky Paula, czyli Ziemia Nie Jest Płaska

Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że w pewnym sensie wszystko zaczęło się od tego

mojego szalonego pomysłu, od tej politycznej donkiszoterii, gdy pewnego wieczora w uniesieniu

stwierdziłem, że jestem w stanie wnieść coś wartościowego w nasze życie społeczne i choć wcale, a

to wcale do zaangażowania w życie polityczne nie paliłem się, to uznałem, że jest to moim

moralnym obowiązkiem. Obowiązkiem wobec rodaków, wobec wszystkich ludzi, wobec świata,

wobec Boga. Nie, oczywiście nie pragnąłem żadnych korzyści osobistych, nie czyniłem tego z

potrzeby dowartościowania się, nie ciągnęli mnie do tego kumple (tych zawsze było jak na

lekarstwo), ot, po prostu coś strzeliło mi do głowy i nagle ujrzałem jasno, że nasza scena polityczna

jest obrzydliwie karłowata, demokracja jawiła mi się nibydemokracją, wybory nibywyborami, a

myślenie nibymyśleniem. Ok, zgoda, nic wielce odkrywczego w tym krytycznym spojrzeniu na

rzeczywistość nie ma; powiecie, że zawsze można koncentrować się na tym czy szklanka jest w

połowie pełna, czy też w połowie pusta, a ja akurat uparłem się dostrzegać tę pustą część.

Punktem wyjścia było dla mnie uznanie, że świat jest zbyt skomplikowany na to, aby tę

złożoność zrzutować na prostą składają się w najlepszym razie z trzech politycznych enklaw

zwanych lewicą, prawicą i, daj Boże, centrum. Mój problem polegał jednak na tym, że uparłem się

rozkładać to dalej na czynniki pierwsze i, jakby tego było mało, koniecznie chciałem dociec genezy

tego stanu rzeczy uwzględniając w pełni proces historyczny. I nie chodziło mi wcale o ostatnie 22

lata, ani o półwiecze, ale tak, powiedzmy dwa tysiące lat wydało mi się jak na początek całkiem

dobrą perspektywą do rozważań. W końcu tak się rozpędziłem w toku swoich niekończących się,

zawiłych rozumowań, że ostatecznie nie wiedziałem już czy chodzi mi o założenie nowej partii

politycznej, czy też nowego kościoła. „To się ustali później”, myślałem wtedy, „najpierw trzeba by

sformułować jakiś, sam nie wiem, program, statut, manifest, odezwę, czy co tam jeszcze trzeba, aby

skrzyknąć gromadkę zwolenników łamane na wyznawców, żeby w ogóle można było zarejestrować

to cudo”. Na wieczorach spędzonych w knajpie czy na przysłowiowej kanapie z potencjalnymi

współwyznawcami nieszczególnie mi zależało, liczyłem raczej na szybki efekt, w wyobraźni

widziałem już rozpędzoną kulę śniegową pędzącą po stromym białym stoku, do której przyklejały

się coraz to kolejne płaty (i nie będę słuchał złośliwców, którzy chcieliby zasugerować, że jeszcze

jedna taka kulka i bałwanek prawie gotowy). A gdzież mógłbym znaleźć więcej wyznawców, jeśli

nie w internecie? Dlatego też w każdej wolnej chwili obmyślałem coraz to kolejne fragmenty

manifestu, który porwie tłumy. Aha, prawie zapomniałbym powiedzieć, że jedną z pierwszych

rzeczy, o których pomyślałem, była nazwa tego ruchu politycznego. Dość miałem tych wszystkich

„ruchów”, „partii” czy „platform”. Nie, to nie mógł być żaden Ruch Modernizacji Sceny

Politycznej ani Partia Walki o Prawdziwą Politykę. Chciałem czegoś lekkiego, chwytliwego, czegoś

co mogłoby przyciągnąć, porwać, a ponieważ pragnąłem podkreślać złożoność świata, zwracać

uwagę na subtelności, a równocześnie wywracać do góry nogami zastane dogmaty, wiedziałem, że

to może być tylko to jedno: Ziemia Nie Jest Płaska.

Moja dziewczyna, Zuzanna, zasadniczo nie była zachwycona tymi planami i starała się

dyskretnie tłumić mój zapał albo, ściślej, kierować go w inną stronę, to znaczy na naszą relację. W

zupełności jej wystarczało, że jestem przyzwoicie sytuowanym programistą, ze stałą pracą, bez

zobowiązań. Fajna była Zuza, nawet ciągnęło mnie do niej, cała bieda w tym, że z jednej strony w

głowie miałem kolejne frazy manifestu, a z drugiej strony prawda była taka, że po nocy spędzonej z

Zuzanną czułem się, jakby ktoś mnie przepuścił przez wyżymaczkę. Podobała mi się, rwało się do

niej me serce i ciało, ale gdy sprawy zaszły za daleko, tzn. do tych miłosnych akrobacji, wszystko

stawało się nagle dla mnie prawdziwą udręką. Trochę głupio mi się do tego przyznać, ale wszystko

„grało” dopiero, gdy po powrocie od Zuzanny mogłem spokojnie pokontemplować zdjęcia Kim

Kardashian albo inne tego rodzaju. Sam się dziwiłem, że z Kim jest mi tak dobrze, a Zuzanną tak

źle...

Inna rzecz, o której zbyt dużo nie mówiłem Zuzannie, to moje spekulacje na rynku

derywatów finansowych ze szczególnym uwzględnieniem opcji. Nie szło mi to wszystko najlepiej,

miałem długie pozycje w opcjach kupna na indeks, czas płynął, a fala wytęsknionych zwyżek nie

przychodziła. Prawdę rzekłszy nasz rynek był wtedy chyba najgorszy na świecie, może jeszcze

giełda w Tel Awiwie pikowała w podobnym rytmie, no ale oni to chyba byli wtedy pełni obaw o

wybuch konfliktu z Iranem, jak mniemam. A nas czekały przecież tylko Mistrzostwa Europy w

piłce nożnej.

No i czas płynął, płynął, a ja traciłem i traciłem. Wiadomo, czas to pieniądz (tylko pszczółki

mówią, że „time is honey”), ale w przypadku długich pozycji w opcjach powiedzenie to

wielokrotnie zyskuje na znaczeniu. Do tego wszystkiego zupełnie utknąłem w formułowaniu swego

manifestu, gdy nagle z całą mocą okazało się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Któregoś razu rozpaczając w samotności niby sam Proust nad upływającym i przechodzącym

wniwecz czasem oraz (tu może Prousta zastąpmy Balzakiem?) nad dramatycznie topniejącym

stanem mego konta, usłyszałem sączący się z radia kojący dźwięk melodii. Nie jestem orłem z

języka angielskiego, ale tych słów nie mogłem przegapić, rok mieliśmy bowiem 2012, pełen

niepokojów i obaw, a ciepły głos stawiał bowiem następującą tezę: „Maybe we should all be

praying for time?”

Po kilku godzinach miałem gotowy manifest opatrzony pięknym mottem. Pozostało tylko

umieścić go w internecie na odpowiedniej stronie i sprawić, by jak najłatwiej było się do niej

dostać, czyli, innymi słowy, wypozycjonować to cudo, no ale to już była dla mnie kaszka z

mleczkiem.

 

PRZYŁĄCZ SIĘ DO NAS!!! – BO ZIEMIA NIE JEST PŁASKA!!!

ZIEMIANIE WSZYSTKICH KRAJÓW ŁĄCZCIE SIĘ!!!

 

MANIFEST PROGRAMOWY

 

These are the days of the open hand

They might just be the last

Look around now

These are the days of the beggars and the choosers

This is the year of the hungry man

Whose place is in the past

Hand in hand with ignorance

And legitimate excuses

The rich declare themselves poor

And most of us are not sure

If we have too much

But we'll take our chances

'Cause God's stopped keeping score

I guess somewhere along the way

He must have let us all out to play

Turned his back and all God's children

Crept out the back door

And it's hard to love, there's so much to hate

Hanging on to hope

When there is no hope to speak of

And the wounded skies above say it's much too much too late

Well maybe we should all be praying for time

These are the days of the empty hand

Oh, you hold on to what you can

And charity is a coat you wear twice a year

This is the year of the guilty man

Your television takes a stand

And you find that what was over there is over here

So you scream from behind your door

Say what's mine is mine and not yours

I may have too much but I'll take my chances

'Cause God's stopped keeping score

And you cling to the things they sold you

Did you cover your eyes when they told you

That he can't come back

'Cause he has no children to come back for

It's hard to love there's so much to hate

Hanging on to hope when there is no hope to speak of

And the wounded skies above say it's much too late

So maybe we should all be praying for time

„Praying For Time” George Michael (is haunting Europe)

 

Drodzy Ziemianie! Drogie Ziemianki!

Nie uwierzycie, tyle mam Wam do powiedzenia, że aż nie wiem, od czego zacząć. Przede

wszystkim jednak nie chciałbym nikogo z Was urazić. Jeśli zatem ktoś z moich Czytelników

przywiązany jest bardzo mocno do wiary chrześcijańskiej i obrazą byłoby dla Niego podważanie

podstaw, źródeł, genezy tej wiary, proszę Go serdecznie, zaprzestań dalszej lektury, gdyż napotkać

możesz treści, które nie tylko zranić mogą Twe serce, ale i wzburzyć krew w Twych żyłach, a nie

jest to moim celem.

Wierzę więc, że pozostali ze mną tylko Ci Czytelnicy, którzy bądź nie mają sztywno

określonych stanowisk religijnych, bądź też obiecują solennie, że mężnie zniosą tezy, które kłócić

się mogą z podstawami ich wiary i nie uznają tego za próbę ich obrazy.

Uspokoić muszę także zaskoczonych Czytelników, którzy spodziewając się politycznej

odezwy zdali się trafić na wyznanie wiary. Nie, nic bardziej mylnego. Jednak w toku procesów

historycznych, które miały miejsce na planecie zwanej Ziemią, to, co „boskie” mocno splotło się z

tym, co „cesarskie” i nie da się poruszyć jednego tematu pozostawiając drugi na uboczu. Albowiem

przyznacie, że w znacznej mierze prawica, tak, jak pojmujemy ją dzisiaj, pokrywa się w znacznej

mierze lub też bierze swój początek, wypływa niejako z górskich źródeł wiary, podczas gdy lewica

czerpie z renesansu i rozwoju nauki, która w znacznej mierze przeciwstawiła się dominacji wiary w

myśleniu człowieka o świecie i stała się czymś na kształt antytezy wobec dogmatów religii.

Proponuję tu postrzeganie świata łączące oba podejścia - uwzględniające, że obie strony

dzierżą w swych dłoniach cząstkę prawdy równocześnie okrutnie błądząc. Nie ma bowiem w mym

przekonaniu dylematu „stworzenie czy ewolucja” albowiem Bóg-Stwórca stworzył człowieka, by

ten ewoluował i wyewoluował na dobrą, twórczą, życzliwą, radosną istotę. I pomagał nam w

naszych zmaganiach, pomagał byśmy ewoluowali we właściwym kierunku podsuwając dyskretnie

takie np. wskazówki jak dziesięcioro przykazań i wszystko szło prawie, prawie po Jego myśli, gdy

dwa tysiące lat temu ludzkość popełniła wielki błąd i, jakby tego było mało, zrobiła wszystko, by

nadać temu czynowi post factum interpretację, zgodnie z którą wszystko, co się stało, stać się

miało. Wykorzystano szeroki arsenał technik, z których jedna to wielokrotne powtarzanie kłamstwa

tak, aby w rezultacie stało się „prawdą”. W efekcie powstała potężna organizacja religijna wielce

Bogu niemiła. To wtedy On się w pewnym sensie od nas odwrócił, postawił na nas krzyżyk, a

nawet może i trzy krzyżyki i pozostawił swoje chore dzieci samym sobie, czego efektem dwa

tysiące lat okrutnych wojen, innego rodzaju okrucieństwa i niewysłowionego cierpienia, jakie

przepełniło naszą cywilizację. Dwa tysiące lat antyewolucji, bo to, do czego doszło, było zupełnym

przeciwieństwem boskich zamierzeń: zamiast Jego planu spełniał się i nadal spełnia horror bliski

temu, który opisał Philip K. Dick w opowiadaniu pod tytułem „Second Variety”. On tylko

przyglądał się niemal pobłażliwie jak Jego dzieci hasają nim ostatecznie się wyhasają. Bo i cóż tu

miał innego zrobić w tej sytuacji? Jedyna możliwość to skrócić cierpienie – eutanazja, a może

raczej aborcja tego chorego płodu. Kto wie, może to Jemu właśnie zawdzięczamy nadejście okresu,

który dziś nazywamy Oświeceniem, a w którym można upatrywać przygotowania do

(auto)egzekucji... Tak czy owak doszło do skrajnej polaryzacji ludzkiego myślenia i postrzegania

Świata. Niby dwa Ziemskie bieguny z jednej strony mieliśmy i do dziś właściwie mamy

racjonalizm i podejście naukowe, a z drugiej... wiarę w wiarę. Ale Ziemia to nie są dwa bieguny i

odcinek je łączący, czyli oś Ziemi, niby topór albo miecz Damoklesa wiszący nad naszymi

głowami. Planeta nasza nie jest ani odcinkiem, ani nie jest płaska, jest dorodna, wspaniała, złożona.

Obudźmy się, dostrzeżmy całą jej złożoność i cały kontekst tej złożoności.

Aby nie być gołosłownym, aby nie być posądzonym o szafowanie sloganami, które w

istocie nic nie znaczą pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeden z typowych nakazów, a właściwie

zakazów, jakie odnajdujemy w większości dominujących systemów religijnych. Religie uciekały

bowiem w kierunku prostych rozwiązań, szyły szatę na miarę przeciętnego człowieka, taką, którą

zaakceptować mogłaby większość społeczeństwa, nie chciały komplikować, dostrzegać subtelności,

bo i po co? To tylko osłabiałoby przekaz, odbierało sens. Konkretny banalny przykład: jakże łatwo

zastrzec, że intymne kontakty przedmałżeńskie oraz homoseksualne są złe i stanowią ciężki grzech.

Ok, nie ma sprawy, jakieś 90% obywateli zasadniczo nie miałoby większych obiekcji. A że akurat

gejom, lesbijkom albo osobom o ponadprzeciętnym popędzie seksualnym nie spodobają się?

Trudno! Napiętnujemy ich jako grzeszników, sodomitów, zboczeńców, erotomanów, poddamy

ostracyzmowi, wykluczymy ze społeczności, dodatkowo cementując przy tym istniejące więzi. Tym

, co ja tutaj postuluję, jest uznanie czegoś tak naprawdę zupełnie oczywistego, że seks przed ślubem

i seks przed ślubem, to mogą być dwie zupełnie różne rzeczy; sam „seks przed ślubem” może być

zły lub dobry, pożyteczny lub szkodliwy, ale to już zależy od mnóstwa dodatkowych czynników, z

których najważniejsze to osobowość i wzajemna relacja ludzi, ich oczekiwania, potrzeby,

wewnętrzna uczciwość, intencje!

Na wzajemnych intencjach i uczciwości, na autentycznej miłości i prawdzie skupiłbym się i

na tych „subtelnościach” pragnę oprzeć naszą przyszłą organizację.

W warstwie politycznej postulowałbym rozróżniać lewicowość i prawicowość w wielu

wymiarach, np.:

− wiara w Boga/Stwórcę,

− stosunek do życia jako wartości,

− stosunek do ludzkiej seksualności,

− stosunek do kwestii ekonomicznych.

We współczesnych społeczeństwach istnieje silna skłonność do plasowania się po jednej

stronie wszystkich tych wymiarów: zwykle np. lewicowość w jednym z tych wymiarów, pociąga

deklarację w pozostałych wymiarach. Partia „Ziemia Nie Jest Płaska” skłania się ku:

− „prawicowości” w sprawach wiary oraz stosunku do życia,

− „lewicowości” obyczajowej,

− „centrowości” ekonomicznej.

Przyłącz się do nas! Bo Ziemia Nie Jest Płaska!!!

Scena polityczna też nie powinna być płaska jak deska, zwłaszcza w dobie telewizji

3D!!

 

***

 

− Paweł, przyjedziesz dziś do mnie? - głos Zuzanny w słuchawce przepełniony był tęsknotą, ale i

zmysłowością. Jakoś głupio mi się w tej chwili zrobiło, bo ostatnie nasze pożegnanie nie

wypadło najlepiej, na ulicy byłem nieco zbyt „wylewny” wobec Zuzy, trochę było w tym

prowokacji z mojej strony, trochę w wyniku jakiejś frustracji naszą relacją, trochę może i

zazdrości o jej wspaniałe krągłości, fakt jednak faktem, że dopóki mnie stanowczo mnie nie

powstrzymała, to dość obcesowo poczynałem sobie z jej tyłeczkiem podczas gdy wokół było

mnóstwo przechodniów. Była nieco zdumiona, bo nigdy taki nie byłem, ale, co gorsza, chyba jej

się nawet spodobało.

Spojrzałem na zegarek.

− Cześć Zuza, już skończyłem ten cholerny manifest, końcówka trochę jest niedopieszczona, bo

już zmęczony byłem i spieszyłem się, ale zaraz wrzucam to na internet i będę u ciebie za

godzinkę, góra półtorej.

Ucieszyła się. Chyba zresztą odetchnęła, że wreszcie skończyłem pisać ten manifest, bo

przez to chodziłem kompletnie zakręcony, jakby oderwany od rzeczywistości. Zastanawiałem się

czy jakoś to podpisać: swoim imieniem i nazwiskiem, jakimś pseudonimem czy w ogóle nie

podpisywać. I tak jest adres mailowy do kontaktu, do tego jest świeżutkie forum dyskusyjne, tyle że

forum łatwo „strolować”. Myślałem, żeby podpisać się jako Jeździec Burzy, w końcu machnąłem

na to ręką i zostawiłem jak jest. Odpalając samochód uświadomiłem sobie, że kompletnie

zapomniałem o tym, że miałem odnieść się do twórczości Ultravox ze szczególnym

uwzględnieniem płyt „Rage in Eden” oraz „Lament”, no ale było już za późno, co najwyżej

mogłem dodać jeszcze jakąś drobną erratę, ale zmieniać manifest co godzina nie wypadało, a i

myślami byłem już z Zuzanną.

Nadchodziło lato, było już całkiem późno, ale za oknem samochodu przesuwała się jakaś

ciemnomleczna masa, ni to dzień, ni to noc, realne obiekty wyglądały jak cienie, a cienie do

złudzenia przypominały rzeczywistość, a przydrożne światła wręcz dodatkowo utrudniały

rozeznanie, co jest czym. Mocniej przycisnąłem pedał gazu, bo jak najszybciej chciałem opuścić tę

szarą strefę i w tym samym momencie poczułem dziwne zawroty głowy, po chwili doszedł do tego

intensywny ból w skroniach i świat ściemnił się jeszcze bardziej, ale to raczej nie było zniknięcie

resztek promieni słonecznych. Wcisnąłem przycisk otwierania okna, chciałem jak najszybciej

zaczerpnąć świeżego powietrza, ale jak na złość coś się zacięło, a na dodatek przestałem widzieć

cokolwiek. Instynktownie przycisnąłem hamulec, ale delikatnie, tak aby nie stracić panowania nad

pojazdem, więc w ten sposób może ledwie powróciłem do maksymalnej prędkości dopuszczalnej, a

przy tym czułem, że słabnę, że głowa robi się ciężka jak ołów, a żadne okno wciąż nie otwiera się.

Ciągle hamowałem, a jakaś resztka instynktu samozachowawczego kazała mi z całej siły uderzyć

lewym ramieniem o szybę, wreszcie zaczęło mi się zdawać, że widzę coś, że odzyskuję kontrolę

nad swym organizmem, ale równocześnie uświadomiłem sobie, że tracę kontrolę nad pojazdem, że

koła nie reagują na obroty kierownicą. Zderzyłem się z czymś (barierką trasy szybkiego ruchu?

innym autem?) i zaraz po chwili jakiś inny pojazd z impetem wbił się w mój prawy bok. Więcej nic

z tego zdarzenia nie pamiętam.

 

***

 

Gdy się obudziłem, ujrzałem jak przez mgłę białą salę szpitalną, metalowe pręty łóżka.

Poczułem gips na nodze, nie, na obu nogach. Zaraz obok stała szafka, na niej leżała powieść. Doris

Lessing, „Szczelina”. Było ciepło, ściągnąłem kołdrę, którą miałem naciągniętą wysoko pod szyję.

Myślałem, że mam jakieś omamy, ale to była prawda: pod swoją piżamą ujrzałem dwie kształtne,

dorodne piersi. Musiałem znów stracić w tym momencie przytomność, a gdy ponownie ocknąłem

się dokonałem dokładniejszej inspekcji ruchomości, które miałem do swej dyspozycji i nie

posiadałem się, a właściwie to należałoby powiedzieć: nie posiadałam się ze zdumienia, lecz nie

było mi dane dziwić się zbyt długo, bo po chwili na salę wszedł lekarz. Uśmiechnął się serdecznie.

− Dzień dobry, pani Paulino, miała pani dużo szczęścia w nieszczęściu.

− Nie ujdzie wam to na sucho – przerwałem szorstko, przynajmniej tak chciałem, ale z mej krtani

wydobył się tylko dźwięczny kobiecy głos – Zawiadomię policję. - dodałem, ale mina mi

zrzedła, gdy usłyszałem ten swój głosik.

− Ale o co chodzi? Dołożyliśmy wszelkich starań, nastawiliśmy wszystkie kości...

− Nie jestem żadną panią Pauliną, nazywam się Paweł Babinicz, drogo zapłacicie za to, coście ze

mną zrobili.

Lekarz był lekko zmieszany, zrobił krok wstecz.

− Musi mieć pani jakieś silne urojenia powypadkowe... Mam nadzieję, że to tylko to, a nie żadne

nierozpoznane wcześniej uszkodzenie mózgu. Dostanie pani leki, jeśli nie pomogą, będziemy

musieli przenieść panią na oddział psychiatryczny. Proszę być dobrej myśli, wszystko będzie

dobrze...

Wyszedł. Myśli kłębiły się w mej głowie jak oszalałe, ale starałem się zachować rozsądek i

spokój. Niestety wykluczałem jakieś halucynacje czy inne omamy, raczej też nie znalazłem się w

centrum żadnej gry komputerowej, wszystkie zmysły pracowały prawidłowo, ręka była ręką, sufit

sufitem, okno oknem. Nie zgadzała się tylko moja płeć.

Gwałtownie obróciłem głowę i wyjrzałem przez okno. Odniosłem wrażenie, że liście drzew

mają wyraźny żółtobrązowy odcień. Jeżeli i tym razem zmysły nie omyliły mnie, znaczyłoby to, że

bez przytomności przeleżałem w szpitalach przynajmniej trzy miesiące i z całego lata zostało mi już

tylko babie lato. Jedyne logiczne wyjaśnienie, zresztą narzucające się mojej sytuacji było takie, że

wbrew mej woli zostałem poddany operacji zmiany płci.

Gdy gapiłem się w okno do sali weszła młodziutka pielęgniarka przecudnej wprost urody, o

subtelnym, kojącym, niebiańskim wręcz uśmiechu i w przykrótkim fartuchu.

− Dzień dobry – powiedziała. - Proszę spróbować przewrócić się na bok. Muszę zrobić pani

zastrzyk.

Przeturlałem z trudem swe członki od tygodni nieprzywykłe do ruchu, do tego sięgający

wysoko ciężki gips na nogach znacznie utrudniał mi zadanie. Pielęgniarka podwinęła kołdrę,

zadarła mi wysoko piżamę i wbiła się mocno tępym ostrzem w mój pośladek. Tak to przynajmniej

odebrałem, bo szarpnęło całym moim ciałem i jęknąłem z bólu. Przez chwilę pieczołowicie

wpompowywała we mnie jakąś gęstą piekącą substancję, po czym przyłożyła wacik w miejsce

ukłucia. Była wyjątkowo delikatna, miałem wręcz wrażenie, że pieści mnie.

− Ma pani bardzo piękne ciało – powiedziała cicho i ciepło, a ja wręcz zaniemówiłem ze

zdumienia, zaparło mi dech w piersiach.

Potem leżałem sam i rozmyślałem, jednak zastrzyk nie działał tak jak tego mogłem się

spodziewać – czułem się raczej jakbym wypił jednym haustem trzy kawy, a myśli, które i wcześniej

stanowiły szalone niekończące się kłębowisko, teraz przelatywały mi przez czaszkę z prędkością

światła, uderzając z impetem o czoło, skroń, potylicę, zmieniały kierunek i leciały dalej. Zacząłem

lekko trząść się.

I wtedy miało miejsce dość dziwne zdarzenie, więcej coś takiego później już się nie powtórzyło

i może będziecie dziwić się, że cytuję Wam takie błahe i mocno niesmaczne zajście. Ale muszę

przyznać, że poruszyło mnie ono. Oto po korytarzu zaczęły powoli przetaczać się ciężkie kroki

dwojga mężczyzn, pacjentów szpitala. Byli głośni, a sądząc po akcencie i zaciąganiu pochodzili ze

wsi. „A znasz dowcip o manifeście?”, zapytał jeden i nie czekając na reakcję huknął tubalnie:

„Mani fest cycki wyrosły!”. Zaśmiewali się z tego jak idioci. „He he, tak znałem to”, potwierdził po

chwili drugi, „tylko w wersji Mani fest dupa wyrosła, niezłe, niezłe, mocne, no”. Słyszałem jeszcze

przez długą chwilę oddalający się odgłos ich rechotu i przyznam, że jakoś odruchowo zacząłem się

interesować nieco rozmiarami tego, co miałem poniżej pasa i przyznać muszę, że nie przypominało

to wszystko tego, co miałem wcześniej, a było znacznie bardziej rozłożyste i obszerne. Jeszcze to

może nie byłoby takie dziwne, bo przecież trzy miesiące z okładem musiałem leżeć bez ruchu, a

jeśli uprawiałem przez ten czas jogging, to nic mi o tym nie wiadomo. Dziwne było to, że talię

zdawałem się mieć węższą niż wcześniej. Aż paliłem się, żeby zobaczyć się przed lustrem, ale na

razie pozostawało mi tylko zadumać się nad tajnikami chirurgii plastycznej. „Czyżby naprawdę

możliwe już były takie rzeczy?!” Ale nie było mi dane długo nad tym rozmyślać, bo ponownie

wszedł lekarz.

− Hmm – wydawał się zdziwiony – widzę, że teraz czuje się pani całkiem nieźle, prawda?

− Tak, troszkę dosze.. doszłam do siebie.

− No, no, no... Tak... Ale widzę, że lekko panią telepie. Co pani powie na jeszcze jeden zastrzyk...

albo nie, może po prostu podamy środek doustny, który troszkę uspokoi skołatane nerwy. Aha,

pani bliska przyjaciółka, Karolina, ma dzisiaj dyżur ma sąsiednim oddziale, dałem już tam cynk,

teraz mają tam jakieś urwanie głowy, ale pewnie za jakąś godzinę lub dwie wpadnie do pani na

ploteczki. No i oczywiście zawiadomiliśmy męża, że wybudziła się pani, ale powiedział, że

teraz akurat jest w delegacji zagranicznej i będzie mógł się z panią zobaczyć dopiero jutro.

Oczywiście proszę mówić, gdyby tylko czegokolwiek pani potrzebowała, może włączyć pani

telewizję? Co prawda jest płatna, trzeba wrzucić monetę, ale za to 3D, najnowsza technologia.

Nie? W każdym razie naprawdę zrobimy wszystko, aby pani pobyt w naszym szpitalu był jak

najprzyjemniejszy no i oczywiście, by jak najrychlej mogła pani wrócić do domu, do męża.

Szczęka mi opadła i to dość konkretnie, ale żeby nie dać zbyt znać po sobie kiwnąłem lekko

głową na potwierdzenie, że przekaz do mnie dotarł. „Nieźle się zaczyna”, pomyślałem, „mąż na

mnie czeka z utęsknieniem... o rany...”

Nie miałem czasu zastanawiać się głębiej nad implikacjami, jakie pociągały za sobą wszystkie

te informacje, zwłaszcza odnośnie mojego stanu cywilnego, gdyż Karolina przyszła szybciej niż się

spodziewałem, wpadła zdyszana i na powitanie wycałowała mnie tak wylewnie, że zakręciło mi się

w głowie z wrażenia. To raczej nie był zwykły pocałunek powitalny dwóch przyjaciółek, nawet jeśli

jedna z nich właśnie wybudziła się po wypadku. O ile oczywiście mogłem właściwie to ocenić, bo

nigdy jeszcze nie byłem niczyją przyjaciółką.

Karolina była bardzo energiczną trzydziestolatką, kipiała wprost od tej wewnętrznej mocy,

zapału, entuzjazmu i na ile udało mi się ocenić nie było to żadną grą, żadną pokazówką, ona po

prostu taka była: piękna, inteligentna, błyskotliwa, a przy tym świadoma obu tych zalet i wrażenia,

jakie robiła nimi na otoczeniu, co dodatkowo wzmacniało jej wewnętrzną harmonię i siłę. Co

zdumiewające. nie była przy tym zadufana w sobie, próżno było szukać w niej śladu

zarozumiałości, jej intelekt z łatwością przekładał się na niebywały takt. Była w tym wszystkim tak

niesamowita, że za zupełnie naturalne przyjąłem, gdy po jakichś dziesięciu minutach serdecznej

rozmowy w sposób zgoła niezawoalowany zaczęła okazywać mi czułość i namiętność, którą

chętnie odwzajemniłem. Przecież to oczywiste, że po tak długim okresie rozłąki może zechcieć

przypomnieć sobie jak smakuje dotyk zakamarków mego ciała; komu jak komu, ale Karolinie

miałbym bronić dostępu?!

Tak, to było zupełnie niesamowite, zwariowane, ale jakie wspaniałe! Ominę dalsze pikantne

szczegóły tego spotkania, skupię się za chwilę na przekazaniu Wam paru ważnych informacji z

naszej rozmowy z Karoliną, ale muszę lojalnie uprzedzić, że w całej tej historii nie jest to jest

jednostkowy przypadek, w którym dochodzi do zgoła nieoczekiwanych kontaktów intymnych, a ich

zdawkowy przynajmniej opis wydaje mi się kluczowy dla oddania istoty zachodzących zdarzeń.

Dlatego też zmuszony jestem przestrzec pruderyjnego Czytelnika, że być może sięgnął po

niewłaściwą lekturę. Wszystkich pozostałych proszę o zrozumienie: staram się po prostu opisać

zdarzenia takimi, jakie były. A były wspaniałe, zapierające dech w piersiach i podniecające, czasami

nawet za bardzo. Zresztą może wcale nie będę się rozpisywać, tylko wszystko z grubsza naszkicuję.

W każdym razie z pierwszych słów rozmowy z Karoliną, a właściwie jej monologu i moich

krótkich odpowiedzi na temat stanu zdrowia, wywnioskowałam, że mój mąż ma na imię Piotr, jest

prezesem i współwłaścicielem jakiejś dużej firmy budowlanej i właśnie w wyjechał w interesach do

Włoch, w okolice Mediolanu. Z kontekstu niejednoznacznie wynikało też, że Karolina jest córką

jednego z moich przełożonych. „No pięknie”, pomyślałem, „romans z córką szefa...” Jakby tego

mało, to Karolina zaczęła coś opowiadać o nowej sekretarce Piotra w taki sposób, jakby było

oczywiste, że musi łączyć ich coś więcej niż relacje czysto zawodowe. Zmrużyłem nieco oczy

jakby nie dowierzając tym rewelacjom, ale Karolina szybko skarciła mnie.

- No nie krzyw się, nie rób z siebie takiego niewiniątka, oboje jesteście siebie warci –

powiedziała to z serdecznym uśmiechem, jakby mówiła o czymś naturalnym, oczywistym, tak

jakby chciała dodać: „Nam, ludziom renesansu, nic, co ludzkie, nie jest obce, a obca jest jedynie

pogarda wobec odmienności; pogardzamy tylko pogardą, chyba że jest to pogarda wobec tych,

którzy pogardzają odmiennością”.

Piotr wpadł jak burza następnego dnia. Będziecie się ze mnie śmiać, ale przed jego przyjściem

dręczyła mnie jakaś paranoja, że będzie zwracał się do mnie per Mania. „Mania, Maniuśka moja

najdroższa, tak się stęskniłem za tobą...” Że niby moje drugie imię albo po prostu tak się utarło

między nami. Ale nie, było Paula, Paulinka i w ogóle wszystko cacy, a przy tym był wylewny

wobec mnie nie mniej niż Karolina poprzedniego dnia. Istotnie sprawiał wrażenie mocno

stęsknionego i wyposzczonego, aż musiałem, ok, musiałam trochę go hamować i obiecywać, że w

domu wszystko zrekompensuję mu w dwójnasób. Nie wyglądał na szczególnie wysokiego, był

mniej więcej mojego wzrostu, ni krępy, ni szczupły, tak jakby nie mógł się zdecydować pomiędzy

zdrowym trybem życia a popijaniem piwka z koleżkami. W każdym razie ogólne wrażenie robił

sympatyczne, więc na wszelki wypadek na razie nie mówiłam, że chcę rozwodu.

Co ciekawe lekarz podczas rozmowy z nami stwierdził, że skoro się wybudziłam, to nie widzi

większych przeciwwskazań, żeby lada dzień wypisać mnie ze szpitala. W zasadzie to i gips można

by zdjąć już jutro, tylko żebym nie zaczęła się za bardzo forsować. Piotr był po prostu w siódmym

niebie.

Na drugi dzień przyjechał po mnie pod szpital wypasioną Toyotą, przyniósł mi jakieś ciuchy,

żebym nie wyglądała jak strach na wróble. Zresztą w międzyczasie, pierwszy raz o własnych siłach

odwiedziłam łazienkę i zdarzenie to było podwójnie ekscytujące, bo jak wiadomo pomieszczenia

takie zwykle zawierają lustro. Nie spodziewałam się cudów, lecz omyliłam się. Oczom moim

ukazała się całkiem urodziwa i ewidentnie kobieca twarz. „Fajna bruneteczka”, powiedziałam do

siebie. „Trochę makijażu i ogólnej troski o kondycję i będą z ciebie ludzie”.

Najbardziej obawiałam się, czy obuwie, które przywiózł mi Piotr wejdzie na moje stopy i czy w

ogóle będę potrafiła się w tym poruszać. No ale z drugiej strony czego można ode mnie oczekiwać

po wypadku i świeżo po zdjęciu z gipsu? Zasadniczo więc katastrofy nie było, choć oczywiście

dryfowałam na niewysokich obcasach jak statek zawijający do portu pod komendą pijanego

kapitana. Zresztą bardzo byłam ciekawa jak wygląda ten nasz „port”, spodziewałam się dużej willi

z ogrodem, lecz tu spotkało mnie spore rozczarowanie i poczułam przez moment wyraźny niepokój:

kierowaliśmy się do mojego starego mieszkania! Serce skoczyło mi do gardła, a w windzie Piotr

jeszcze przywarł do mnie mocno i namiętnie, ale chyba szybko zreflektował się skąd mój niepokój,

bo uśmiechnął się serdecznie i powiedział, że na weekend pojedziemy na naszej willi nad jeziorem,

żebym mogła sobie solidnie odetchnąć. Istotnie była to dobra wiadomość, choć na razie czekał mnie

stres związany ze „starymi śmieciami”. Gdy przekroczyłam próg mieszkania otworzyłam usta ze

zdumienia: nawet z grubsza wszystko poznawałam, tyle że to mieszkanie było chyba ze trzy razy

większe; przez wyburzenie ścian musiały być do niego dołączone przynajmniej dwa inne

mieszkania. Szafy wypełnione były naszymi ciuchami, na półkach mnóstwo książek i płyt. Bardzo

byłam ciekawa moich osobistych rzeczy, bo wyglądające znajomo segregatory i albumy leżały na

swych starych miejscach, ale nie było mi to na razie dane. Piotr był naprawdę wyposzczony. Było

zadziwiająco przyjemnie. Miałam dwa orgazmy, on też. Potem zasnęliśmy jak dwa aniołki. Przed

snem Piotr jeszcze szeptał mi do ucha, że jeśli Mazury już mi się opatrzyły, to możemy w sumie

jechać do naszej górskiej posiadłości, tyle że strome podejścia chyba nie są teraz dla mnie wskazane

po tym wypadku. Skwapliwie mu przytaknęłam.

 

***

 

Na drugi dzień Piotr nie budził mnie, wymknął się z łóżka i poszedł do pracy. W kuchni na stole

znalazłam śniadanie dla mnie i słodki liścik pełen serduszek, kwiatków i buziaków. „Niesamowity

jest...”, pomyślałam. Zresztą na lunch na wczesne popołudnie zapraszał mnie do restauracji.

Spojrzałam na zegar. „O, to mam tylko niecałe trzy godzinki, żeby się rozeznać, co i jak”,

pomyślałam i uśmiechnięta od ucha do ucha zjadłam śniadanie.

Najbardziej korciło mnie, żeby zajrzeć do torebki, przejrzeć dokumenty, a także do segregatora,

gdzie leżały różne akty, umowy, świadectwa szkolne i tego typu starocie. Z nie mniejszym

niepokojem myślałam o swoim albumie ze zdjęciami, a także różnych kontach internetowych

(bankowe, e-mail, Facebook...)

Nie wiem dlaczego, ale mimo dreszczyku emocji byłam dziwnie spokojna, co tam zobaczę. Nie

omyliłam się. Wszystkie dokumenty, jakie odnalazłam włącznie ze świadectwami szkolnymi

wystawione były bądź to na Paulinę Babinicz (sprzed ślubu), bądź to na Paulinę Szymańską (po

ślubie; nawiasem mówiąc: wreszcie wiedziałam jak mam na nazwisko!!) i opatrzone zdjęciem

uroczej dziewczynki, jaką rzekomo byłam. Miejsce urodzenia zgadzało się co do joty, natomiast

szczęka opadła mi przy dacie urodzenia: byłam dwa lata młodsza niż mi się zdawało! Tylko 30, a

nie 32 lata! Pobieżnie przejrzałam też swój prywatny albumik ze zdjęciami, który zresztą nigdy nie

był zbyt obszerny; poprzednio składał się z kilku zdjęć, głównie wakacyjnych, z kumplami lub

byłymi dziewczynami, nie wyłączając Zuzanny. Teraz figurowałam roześmiana wśród koleżanek

lub obejmowana czule przez jakichś „byłych”, a na koniec... parę całkiem udanych fotek ślubnych.

Z uśmiechem na ustach oderwałam się od wertowania zakurzonych nieco stronic, żeby

sprawdzić, jak się „ma” moja wirtualna, internetowa tożsamość. Strona na Facebooku, którą

ujrzałam była zupełnie nieporównywalna do tej poprzedniej zarówno jeśli chodzi o formę, jak i o

treść; to było jak ziemia i niebo. Aż trochę się zaniepokoiłam, bo naszły mnie poważne wątpliwości,

czy będę potrafiła dalej utrzymać ten poziom. Poza tym martwiło mnie, czy będę potrafiła być

wiarygodna wobec aż tylu przyjaciół, których zupełnie nie znam!

Ale prawdziwa niespodzianka spotkała mnie na koncie bankowym: nie wiem skąd wzięły się te

dodatkowe trzy „zera”, ale stan ten miał moją pełną akceptację. Więcej niż pełną. Aż niemalże

zapomniałabym o stronie z manifestem... ale takowa nie istniała: tak w internecie, jak i wśród

plików komputera próżno było szukać stworzonego przeze mnie kilka miesięcy temu dokumentu.

Przeszłam nad tym do porządku dziennego. Pocieszenie znalazłam bardzo łatwo: przymierzałam

wspaniałe kreacje i inne seksowne wdzianka, jakie tonami zalegały w szafach. Niemal wszystkie

pasowały na mnie jak ulał.

Przed weekendem odwiedziliśmy jeszcze... moich rodziców. Przyjęli nas bardzo ciepło, na moją

prośbę wyciągnęli moje stare albumy ze zdjęciami, wertowałam je chciwie, mój najlepszy kumpel

ze szkoły okazał się być moim pierwszym chłopcem, rodzice opowiadali różne anegdotki o psotnej

i rozbrykanej Paulince i tak nam czas szybko zleciał.

Zaczęła się sielanka, która trwać miała aż do niedzieli, bo wraz z końcem weekendu przyszedł

czas na aktywność zawodową. Jednak to, co zastałam w pracy, przeszło moje najśmielsze

oczekiwania. Była to bowiem kontynuacja towarzysko-erotycznej sielanki z poprzednich dni.

Wręcz zaczęłam się czuć jak element zestawu Perky Pat z „Trzech stygmatów Palmera Eldritcha”

albo po prostu jak lalka Barbie. Najgorsze było to, że to wszystko mi się... cholernie podobało, to

znaczy na krótką metę, bo w długim terminie nie wyobrażałam sobie takiego życia. No ale po kolei.

Przede wszystkim w miejscu mojej „starej” pracy była teraz zupełnie inna firma, choć układ

pomieszczeń był ten sam. „Moje” miejsce pracy znajdowało się w sekretariacie prezesa, wszystkie

karty do drzwi pasowały, więc weszłam i zajęłam miejsce przy komputerze włączyłam go,

zalogowałam się – udanie! - i przewertowałam skrzynkę pocztową, co pozwoliło mi się z grubsza

zapoznać z moimi bieżącymi obowiązkami. Chwilę później do pokoju weszła druga sekretarka

prezesa, dwudziestoparoletnia Monika, jak dowiedziałam się później zaoczna studentka ekonomii,

przywitała mnie niezwykle czule, po czym okazało się, że i z nią łączą mnie kontakty intymne... A

co gorsza na wieczór zaplanowane było posiedzenie rady nadzorczej, a dwóch z pięciu jej członków

okazało się moimi kochankami...

Wszystko wokół mnie było ekskluzywne, eleganckie, piękne, sycące, ale nie muszę mówić, jak

potężny był to dla mnie szok. Po kilku tygodniach takiego intensywnego życia pojawiło się... nie,

nie zmęczenie, co to, to nie, nie miałam dość, chciałam jeszcze, ale moralnego kaca oraz poczucia,

że to życie jest puste i plastikowe nie dało się przezwyciężyć wyjściem do teatru czy opery raz na

dwa tygodnie.

W jednej z chwil kryzysu dopadło mnie pragnienie odnalezienia Zuzanny. Wyrwałam się na

moment z pracy, przemierzyłam parę przecznic, weszłam po schodach i zapukałam do drzwi. Cisza.

Przycisnęłam dzwonek. Brak reakcji. Chciałam już wracać, ale coś mnie podkusiło, żeby nacisnąć

na klamkę, a drzwi nieoczekiwanie ustąpiły. Uchyliłam je, ale... wejście było zamurowane!

Dotknęłam muru – nie, to nie były żadne halucynacje. Ruszyłam biegiem z powrotem po

schodach, wybiegłam z klatki schodowej i dosłownie po paru metrach wpadłam na Karolinę. W tej

chwili słabości, chciałam być z nią jak najzupełniej szczera, zresztą lubiłam ją najbardziej ze

wszystkich osób, które poznałam w tym „nowym wspaniałym świecie”. Powiedziałam, że chciałam

odwiedzić dawną przyjaciółkę, ale za drzwiami zastałam tylko zamurowaną ścianę. W złości

poniosło mnie nawet nieco:

− To wszystko jest straszne, tak potwornie Kafkowskie!

Karolina spojrzała na mnie z prawdziwą troską, powiedziała, żebym urwała się już całkiem dziś

z pracy, że zajdziemy na chwilę do kawiarni, a potem, jeśli tylko nie mam nic przeciwko temu,

zabierze mnie do kina na pewien film. Ale nie chciała powiedzieć, jaki. Powiedziała tylko, że choć

skierowany do młodych widzów, nie jest to film lekki ani łatwy w odbiorze („bardziej Kafkowski

niż sam Kafka”), ale może mieć na mnie działanie terapeutyczne.

Wychodziłam z kina poruszona do głębi, ale chyba uspokojona i pogodzona z losem. Po długim

milczeniu Karolina zapytała melancholijnie:

− Czy nie jest tak, że i Ty, podobnie jak Koralina, raz na zawsze pozbyłaś się klucza do tych

drzwi?

Choć pokrętnie opaczne, jakże boleśnie prawdziwe były jej słowa.

 

***

 

Tu wspomnienia, czy też pamiętnik Pawła/Pauliny urywa się.

Dlatego też spróbuję opowiedzieć Wam choć parę istotnych faktów z tej niedokończonej

historii.

Życie Pauliny płynęło starym rytmem. Może trochę częściej bywali z mężem w środowiskach

artystycznych, galeriach obrazów, częściej wypuszczali się za granicę, w tym do dalekich i

egzotycznych krajów, ale poza tym były w kółko te same rytuały i zabawy ociekające alkoholem i

seksem, czasami też narkotykami.

Ale wszystko do czasu. Latem następnego roku Paulina spoglądając na siebie w lustrze ujrzała

niepokojąco zaokrąglony brzuszek. Owszem, nie wiedzieć czemu miała coś, co można by uznać za

w miarę regularną miesiączkę, jednak brała to, i całkiem słusznie, za jakiś sprytny artefakt. Zresztą

początkowo myślała, że to mogą być jakieś niebezpieczne upławy i poszła z tym do ginekologa,

który miał z niej niezły ubaw i nie bardzo nawet się z tym krył.

No ale teraz sytuacja była trochę inna, więc Paulina opowiedziała o tym brzuszku Monice, a

koleżanka z pracy przyjrzała się temu uważnie i uznała, że dobrze by było skonsultować się z

ginekologiem, co też Paulina uczyniła. Jednak w najśmielszych snach nie spodziewała się diagnozy,

którą otrzymała: czwarty miesiąc ciąży. Gdy powiedziała o tym mężowi, ten w sumie cieszył się,

ale też nie omieszkał wymamrotać:

− Byłem przekonany, że się zabezpieczałaś...

A Paulina intensywnie rozmyślała, kto też może być ojcem...

Potem jeszcze parę razy pokazywano jej na USG śliczne małe ciałko. Dziewczynka.

Urodziła cesarką, tydzień przed terminem. Maleństwo ważyło 3.5 kilo.

Zosia chowała się dobrze.

Choć Paulina porzuciła pracę, to jej tryb życia uległ zmianie tylko na krótko. Ciągle wokół niej

w sposób zupełnie naturalny pojawiali się różni adoratorzy i adoratorki i, co tu dużo mówić, wielu z

nich naprawdę trudno było się oprzeć. To luksusowe życie nie było pozbawione wad, ale Paulina

wyciągnęła wnioski: nadzwyczaj dobrze nauczyła się spostrzegać tę pełną część szklanki, ignorując

albo wręcz wypierając fakt, że druga część jest pusta.

Mieszkali teraz w podmiejskiej willi z dużym ogrodem. Mieli opiekunki do dziecka, ogrodnika,

okresowo zatrudniali też inną służbę.

Był ciepły letni dzień. Trzyletnia Zosia spała. Paulina nie miała już najmniejszych wątpliwości,

że dobrze się stało, że przestała być Pawłem, że ten świat jest wspaniałym miejscem pełnym

troskliwych ludzi, rozumiejących, wręcz antycypujących ukryte potrzeby innych ludzi.

„Raj, raj na Ziemi!”, myślała Paulina całując śliczną au-pair, podczas gdy młody ogrodnik z

wprawą zajmował się innymi partiami jej ciała. A wszystko to pośród ciepłych promieni słońca

przebijających się przez gęste liście drzew i krzewów, wśród świergotu ptaków i delikatnego szumu

wiatru w centrum jej dużego, bardzo dużego, zadbanego ogrodu.

Z tym rajem to miała rację nie całkiem i to z dwóch względów. Po pierwsze, jak sama zresztą to

czuła porównując się do Barbie czy Perky Pat, życie takie było raczej plastikowe, płaskie i wręcz

nierealistyczne, a rzadkie rozrywki kulturalne nie wypełniały istniejących braków. Inna sprawa, że,

i tu dochodzimy do drugiego punktu argumentacji, ramówka była ustalana ze znacznym

wyprzedzeniem i jeśli miał być seks, to miał być i koniec, a nie, że głowa boli – zespół technikówchemików był cały czas w pogotowiu zapewniając właściwe stężenie odpowiednich substancji w

mózgu. Bo nadawane 24 godziny na dobę reality show 3D „Perky Paula, czyli o obrotach ciał

niebieskich” cieszyło się ogromną popularnością i przynosiło telewizji prawdziwe kokosy: „real

killing”, jak powiedzieliby Amerykanie. Ale widzowie, nawet ci najwierniejsi i tak do programu

odnosili się albo z ironią, albo z pogardą i zgodnie mówili o nim „Trupman Show”.

Średnia ocena: 3.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania