Perła- Łza Bogini [fragmęt 2]
Aria poczuła że ktoś mało delikatnie szturcha ją w bok
- Ostrożnie Pani- gdzieś bardzo blisko usłyszała męski głos
Obok niego zadziwięczał drugi, radosny i melodyjny, zdecydowanie dziewczęcy .
- Przecież to naga kobieta, rozbitek, to gdzie u licha miałaby schować broń? Czy ona wygląda na zamachowca?
Słowa dziewczyny przywróciły ją natychmiast do rzeczywistość. Boże, zupełnie zapomniała że niema na sobie ubrania. Błyskawicznie zerwała się na równe nogi
usiłując dłońmi zasłonić strategiczne miejsca. Dwaj mężczyżni i dziewczyna uskoczyli w tył ale widząc że obca nie jest niebezpieczna i do tego bardzo zawstydzona
odprężyli się. Jeden z mężczyzn zdjoł pelerynę do tej pory lużno zwisającą z pleców i podał jej. Aria z wdzięcznościom zasłoniła się zieloną tkaninom od szyi
aż po palce u nóg. Przyglądała się obcym w niemym zdumieniu. Przyboczni, bo takie określenie od razu przyszło Ari do głowy ubrani byli w jednakowe uniformy
z czarnego materiału i wysokie buty do połowy łydki. Jedynym barwnym akcentem były zielone peleryny. Przyglądali się jej czujnie stojąc po bokach dziewczyny
a w zasadzie młodej kobiety o roześmianych oczach. Ciemne loki miała zaplecione w warkocze i misternie ułożone w koronę nad czołem. W długiej sukni
koloru świeżej trawy usianej haftowanymi stokrotkami wyglądała jak wiosenny poranek. Cała trójka wyglądałaby jak zwyczajni choć ekscentrycznie ubrani
ludzie gdyby nie jeden szczegół. Czoła przybyłych zdobiły błyszczące kamienie nieco tylko mniejsze od przepiórczego jaja i nie wyglądały jakby były sztucznie
przymocowane do skóry. Ręka Ari mimowolnie powędrowała do jej własnego czoła. Wciągneła powietrze i z wrażenia niemal nie usiadła z powrotem na piasku
gdy pod opuszkami palców na własnym czole wyczuła zgrubienie. O jasna cholera, pomyślała.
- Lejdi- bardziej stwierdziła niż zapytała dziewczyna, kamień na jej czole był chyba szafirem.
Słowo lejdi znaczy tyle co dama lub szlachetnie urodzona i Aria miała ochotę zaprzeczyć. Wyjaśnić że jest pisarkom i że pochodzi z miasta, ale coś kazało jej zachować
milczenie i tylko skinąć głowom.
- Jesteś rozbitkiem? skąd się tu wzięłaś? dlaczego nic nie mówisz?- panienka była zniecierpliwiona brakiem odpowiedzi.
Jeśli się odezwę na pewno chlapnę zaraz coś głupiego i okaże się jaka zemnie leidi, myślała gorączkowo. Przezorniej będzie milczeć, udawać niemom przynajmniej
do czasu aż nie zoriętuję się co to za miejsce i jak się stąd wydostać, dlatego tylko dotknęła gardła i z udawanym smutkiem pokręciła głowom. Czytała ostatnio
książkę gdzie bohaterkę w obcym, nieznanym świecie prowadził tajemniczy wewnętrzny głos. Szkoda że jej jakoś nikt nic nie podpowiadał, nie było żadnego niewidzialnego
suflera. nieznajoma podeszła bliżej i zmarszczywszy brwi przyglądała się Ari w skupieniu na dłużej zatrzymując wzrok na tym czymś na czole i na teraz już wyschniętych
i sterczących we wszystkie strony włosach. Czuła się nieswojo, mocniej ścisnęła poły okrywającej ją peleryny.
-Jestem Elisabet- przedstawiła się dziewczyna z szafirem po czym stwierdziła- masz niezwykły klejnot, ale raczej nie znam rodu z którego pochodzisz
Aria ponownie przyłożyła rękę do gardła przypominając że nie może odpowiedzieć. co do klejnotu, sama chętnie dopadłaby jakiegoś lustra żeby sprawdzić co też
nagle wyrosło jej na czole, chociaż zaczynała mieć pewne podejrzenia.
-Jesteście ranne pani?- teraz pytał jeden z przybocznych, wzrokiem badając jej szyje, szukając ran bądz opuchlizny- nie możecie mówić?
Tym razem Aria skwapliwie przytaknęła i dopiero teraz dokładniej przyjrzała się mężczyznom. Byli podobni jak bracia lub kuzyni ale to ten który przemówił zwracał
na siebie większą uwagę stalowym spojrzeniem szarych oczu i mocno zarysowanym kwadratowym podbródkiem. Rysy drógiego,choć podobne były delikatniejsze
jakby mniej zdecydowane. Czoła obu zdobiły przejrzyste kamienie.
- Jesteście tu same? potrzebujecie pomocy?- indagował dalej mężczyzna
I znów Ari nie pozostało nic jak tylko skinąć głowom, bo pomocy potrzebowała i to bardzo. Elizabet złapała ją za rękę o mały włos nie powodując tragedii bo
peleryna omal nie opadła.
- Matka będzie wiedziała jak ci pomóc, pojedziesz z nami- zadecydowała i wraz z przybocznymi ruszyła przed siebie
Ari nie pozostało nic innego jak podreptać za nią. Droga po miękkim piasku była przyjemna ale tam gdzie kończyła się plaża a zaczynała leśna ścieżka Aria
w dosyć nieprzyjemny sposób odczuła brak obuwia. Nie zawsze udawało się uniknąć korzeni i gałązek pod stopami. kilkakrotnie mało nie zaklęła z bólu gdy nadepnęła na jakiś
kamień. Ukradkiem rozglądała się po bujnie otaczającej ich roślinności. Była przekonana że nigdy nie widziała drzew obsypanych dużymi kwiatami podobnymi
do żonkili, ani czegoś co przywodziło na myśl krzewy konwaliowe. Wszystko barwne i niezwykle urzekające. Ukryte w gałęziach swoje trele wyśpiewywały jakieś ptaszki.
Pisarka była tym wszystkim oczarowana. Jestem w jakiejś baśniowej krainie,myślała sycąc oczy pięknem krajobrazu. Po chwili jednak mina jej nieco zrzedła.
W baśniach prócz rycerzy i pięknych dam bywają też smoki którym składa się daniny z młodych kobiet, a kogo jeśli nie obcą łatwiej poświęcić?
Uśmiechnęła się krzywo pod nosem, grunt to pozytywne myślenie dziewczyno. Nie szli długą a ich oczom ukazała się polana na której pasły się trzy konie. Na widok
zwierząt Aria przystanęła gwałtownie. Były olbrzymie, prawie dwukrotnie większe niż normalne. Wierzchowce na sterydach spojrzały na przybyłych, zastrzygły uszami
i jak wcześniej wróciły do skubania zielska. Przyboczni podeszli do koni i podprowadzili wszystkie trzy do ścieżki. Nie pojadę na tym,chciała krzyczeć, po chwili jednak ciekawość
zwyciężyła. Ciekawe jak dostają się na grzbiet tych bestii. Szukała wzrokiem czegoś jag by drabinki którą można by przymocować do siodła ale niczego takiego nie znalazła.
Drabinki okazały się zbędne bo konie ugięły przednie nogi, pochyliły masywne karki i uklękły ułatwiając dosiadanie. Gwardziści spojrzeli na swoją paniom, ta bez słowa
skinęła im głowom i usadowiła się wygodnie na grzbiecie brązowego ogiera z białymi skarpetkami i gwiazdkom na czole.
- Pani- odezwał się ten sam mężczyzna co poprzednio- mamy z sobą tylko trzy wierzchowce, pojedziecie więc zemną
Nie zdążyła zaprotestować a już znajdowała się w siodle, na szczęście bokiem, a mężczyzna obejmował ją ramieniem by nie spadła, drugom rękom pewnie prowadził
konia. Jechali gęsiego przez jakieś dziesięć minut gdy ścieżka rozszerzyła się i ich oczom ukazała się osada a za nią na niewielkim wzniesieniu stał najprawdziwszy
w świecie zamek z dwiema strzelistymi wieżami i powiewającymi na wietrze sztandarami w złote i zielone pasy. Po obejściach krytych strzechą domków krążyli
zajęci swoimi sprawami ludzie. Bose dzieciaki obojga pułci ganiały z patykami bawiąc się w wojnę. Wszyscy mieli na czołach jednakowe kryształy jak przyboczni
a na grzbietach szare lub brązowe znoszone ubrania. Przy jednej z chałup zaszczekał pies a zamiatająca próg gospodyni trachneła go miotłom. Aria z szeroko otwartymi
oczami rejestrowała to wszystko
- Nie wierćcie się tak Pani bo spadniecie- ciepły oddech mężczyzny owiał jej szyje unosząc meszek na karku
Zaczerwieniła się aż po korzonki włosów i wyprostowała jak struna. Boleśnie zdała sobie sprawę że pod zieloną pelerynom jest zupełnie naga a od szerokiej klatki
piersiowej mężczyzny dzielą ją tylko dwie warstwy materiału a mianowicie rzeczoną peleryna i jego bluza. Dyskretnie zerkneła na mężczyznę i wydało jej się że
się uśmiecha. Bawi cię to, pomyślała rozeżloną i niby przypadkiem wbiła mu łokieć między żebra. Uśmiech na twarzy gwardzisty zastąpił wyraz zdumienia. Teraz z kolei
Aria uśmiechnęła się zadowolona. Na niewielkim placyku pośrodku osady stał drewniany słup z przymocowanymi doń kajdanami. Dopiero po chwili do Ari dotarło
że patrzy na pręgierz, średniowieczne narzędzie tortur. Po plecach przeszedł ją dreszcz i pośpiesznie odwróciła wzrok. Poza wioskom kręta droga pięła się lekko
w górę aż do zamku. Żołnierze przy bramie zasalutowali i przesunęli się przepuszczając jeżdżców.
Komentarze (8)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania