Perspektywa

Natalia po raz kolejny wzdrygnęła się na myśl o mężczyźnie, którego mijali, gdy ten szedł poboczem szosy. W ciemności wszystko wygląda inaczej, nawet ludzie zaczynają przypominać różnorakie abominacje, kreatury wprost z zakamarków koszmarnych wizji.

– To mógł być diabeł – powiedziała, patrząc na zalany mrokiem światem za szybą auta.

Arek tylko westchnął głośno.

– Zwykły pijaczek, pełno takich – odparł krótko. Jechali już trzy godziny i czuł lekkie zmęczenie z tego powodu. – Może zajedziemy na jakąś stację benzynową. Odpocząłbym trochę.

Natalia wzruszyła ramionami.

– Okej, skoro musisz.

Ostatnią stację mijali już jakiś czas temu. Trasa nie było główną arterią, Arek nienawidził ekspresówek, ciągłego zapieprzania ile fabryka dała i cholernych ekranów dźwiękochłonnych, przez które czuł się jak zamknięty w jakimś labiryncie.

Noc był zimna i pochmurna. Reflektory rozrywały z trudem zasłonę mroku. Arek starał się nie tracić czujności. Jechali przez las, więc potencjalna szansa na bliski kontakt auta ze zwierzyną rosła. W oddali zaczęły majaczyć światła neonów bilbordu z cenami paliwa. Arek, widząc je, uśmiechnął się pod nosem.

– W końcu – powiedział uradowany.

– O co chodzi?

– Stacja benzynowa.

Natalia nachyliła się bliżej przedniej szyby Seata i rozejrzała dokładnie. Nie widziała nic prócz drzew i pasu asfaltu, po którym jechali.

– Jesteś pewny?

Arek spojrzał na nią z wyrzutem. Znowu zaczyna, pomyślał.

– Nie zgrywaj się – syknął. – Jestem naprawdę zmęczony.

***

Nie miała mu bardzo za złe słabego nastroju, zresztą wydawało się, że wcale nie jest taki zły, skoro Arek bez ogródek włączył prawy migacz, zwolnił i po chwili, redukując bieg, skręcił na zatokę, gdzie pewnie kiedyś parkowały maluchy, duże fiaty i żuki, a okazjonalnie też inne auta epoki komuny, o wiele rzadsze do spotkania na drogach publicznych.

Teraz walący się budynek stacji benzynowej z zadaszonymi czterema dystrybutorami przed nim, mieli za sobą. Arek zaparkował naprzeciwko przekrzywionej lampy, z której powyłaziły zardzewiałe druty zbrojeniowe.

– Nienawidzę tych starych latarenek – powiedział. – Żółte światło mnie usypia.

Natalia patrzyła na niego z niedowierzaniem. Powoli zaczynała też czuć, że granica cierpliwości jest już niedaleko. Ale chciała dać mu jeszcze szanse. Może to jego sposób na przezwyciężenie zmęczenia, o ile jakieś w ogóle było. Nie mogła jednak nie odnieść wrażenia, że ta cała szopka nie jest śmieszna, raczej niepokojąca i trochę, co było w tym najgorsze – straszna.

Wyszedł z auta i skierował się w stronę budynku. W połowie drogi zawrócił. Odetchnęła z ulgą. I tak ciągnął to zbyt długo. Nie chciała stać na tym upiornym zadupiu ani chwili dłużej. Wszędzie tylko las, ciemność i szelest wiatru muskającego suche gałęzie. Czuła jakby wszystkie upiory zeszły się w jedno miejsce i obserwowały ją swymi ślepiami.

– Chcesz coś? Ja chyba wezmę hot-doga. Może jakieś mają.

– Żartujesz sobie? Wsiadaj i jedziemy.

Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Natalia czekała na wybuch śmiechu Arka, takiego jak zawsze – przypominającego odgłosy dławiącego się nadmiarem wiśniówki menela.

– Mogłaś po prostu powiedzieć nie – prychnął i odszedł w stronę budynku.

Wyjęła telefon z kieszeni i włączyła latarkę. Zaczęła się bać. Nie na żarty. Gęsia skórka przyozdobiła bladą skórę przedramion. Nie miała już argumentów, żeby zakładać iż to ciągle jego teatrzyk. Owszem, istniała taka szansa, ale była tak mała jak widziana z ziemi gwiazdka, pierwsza od wielu godzin, kiedy niebo przysłaniały chmury.

***

Stał przy ladzie, za którą zdewastowana półka niebezpiecznie pochyliła się do przodu. Usta poruszały się powoli, słyszała, że rozmawia. Podeszła blisko wejścia, ale bała się przekroczyć próg budynku. Wszędzie wokoło walały się kawałki szkła z okien i drzwi, papierki, kilka plastikowych butelek po wodzie i oranżadach. Wiatr pchnął jedną w stronę Natalii, która słysząc szuranie plastiku po betonowym podłożu, podskoczyła jak wystrzelona na trampolinie.

Arek spojrzał w jej stronę, ale nie odezwał się. Już nie rozmawiał, z kimkolwiek robił to wcześniej, teraz po prostu czekał. Na co? Przecież powiedział. Był głodny, chciał hot-doga. I dlatego teraz stał przy ladzie, w opuszczonym i zdewastowanym do granic budynku stacji benzynowej, który wyglądał, jakby ostatni zatankowany samochód odjechał stąd wiele lat temu.

Mgła pojawiła się od strony lasu i z miejsca okryła swym całunem większość parkingu, niemalże dosięgając auto Arka. Natalia poczuła jak dreszcz biegnie jej po plecach. Była zdana na siebie. Jej chłopak, do niedawna wybranek serca (ślepota późno wykryta jest nieuleczalna) najwyraźniej nadal gaworzył z wyimaginowanym kasjerem i czekał na swojego pieprzonego hot-doga. Uśmiechał się, ale nie do niej. Nie wiedziała do kogo. Z włączoną latarką w telefonie stała przed wejściem, próbowała nie trząść się ze strachu i logicznie myśleć. Ale z każdą sekundą było coraz trudniej. Do tego ten szelest. Czy coś czaiło się na nią we mgle?

***

– Pańska dziewczyna chyba nie jest dzisiaj w humorze – zauważył kasjer, przewracając parówkę na ruszcie.

Arek uśmiechnął się tylko. Wiedział o tym doskonale. Nie, żeby od razu rozumiał, na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. Na już mógł tylko usprawiedliwiać ją długą podróżą. Zachciało im się w tym roku jechać na Mazury, więc podróż do domu będzie trwać jeszcze co najmniej trzy godziny. W tym równaniu jednak to on powinien być tym kapryśnym, narzekającym. W końcu był kierowcą.

– Długa podróż. Wracamy z urlopu.

Kasjer pokiwał lekko głową.

– Jak większość. Dzisiaj było prawdziwe obłożenie. Jaki sos?

– Meksykański. Postawi mnie na nogi.

– U nas jest wyjątkowo ostry. Tak tylko ostrzegam. – Mrugnął porozumiewawczo, ale Arek tego nie zarejestrował. Kątem oka spoglądał na Natalię. Wyglądała na przerażoną.

– Straszne odludzie – powiedział.

Kasjer wzruszył ramionami.

– Nie jest to centrum świata, ale nie jest najgorzej. Dużo lasów, na szczęście bez wilków. Co jakiś czas po parkingu przechadza się łoś, ale to jedyna atrakcja.

Blondyn napakował do bułki pokaźną ilość sosu, potem włożył doń parówkę i wręczył Arkowi.

– Można tu trochę się zdrzemnąć? – zapytał, odbierając zamówienie.

– Na własne ryzyko – uśmiechnął się kasjer, widząc na twarzy Arka lekkie zmieszanie.

***

Auto zniknęło w białej pierzynie. Przez moment myślała, że zdąży, ale w połowie drogi wszelkie złudzenia odeszły precz. Niebo zaczynało się rozpogadzać. Widziała coraz więcej gwiazd. Arek wciąż był w budynku. Nie chciała, a może nie mogła, na niego patrzeć. Uznała, że zwariował do reszty. Teraz cały świat wydawał się jej największym wrogiem. A ona, sama, bezbronna, co mogła zrobić? Skulić się gdzieś po drzewem i cierpliwie czekać?

– Natka! – usłyszała zza pleców. Głos Arka brzmiał jak ryk potwora. Wzdrygnęła się. – Natkaaaa! – zawodził, a ona na prostych nogach, jak manekin szła powoli w stronę auta, które wciąż brało kąpiel w mglistym puchu.

Minęła niewielką wyspę na środku placu. Kolejny krok miał być tylko formalnością, ale wtedy poczuła, jak coś napiera na jej plecy coraz mocniej i mocniej. Straciła równowagę i plaskiem uderzyła w brukowany plac. Usta wypełnił metaliczny smak krwi, która zaczęła wydostawać się z kącikami po obu ich stronach. Nie mogła się podnieść. Coś dociskało ją do ziemi. Z trudem łapała kolejne hausty powietrza.

– Złaź ze mnie, idioto! – krzyknęła. Nie miała wątpliwości, że to Arek. Nie mogła też zrozumieć, dlaczego to zrobił, wszystko, począwszy od zjazdu na walącą się stację benzynową.

***

Czuł się, jakby w ustach miał piekło. Facet nie kłamał. Meksykański sos palił jak cholera, niczym dobry detergent, który wypiłeś, bo znajomi postawili na ciebie dwudziestkę i głupio ich teraz zawieść. Gdy wychodził budynku, usłyszał jej krzyki. Leżała na placu niedaleko parkingu, wijąc się jak glista. Krzyczała jego imię, ale nie wzywała pomocy. Chciała, żeby ją zostawił, chyba pięć razy z nim zerwała i powtarzała, że strasznie boli. Po chwili dopiero zauważył, że bluzka na jej plecach jest w czterech miejscach rozcięta. W świetle latarki widział skórę pleców i krew, dużo krwi. Kiedy podszedł bliżej, traciła już siły. Miał szansę. Złapał ją za barki i przekręcił. Spojrzała na niego z wyrzutem i strachem. Wzięła głęboki oddech, jakby chcąc zebrać siły przed tym co teraz powie.

Nie zdążyła. Klatka piersiowa przestała się unosić i opadać. Źrenice, mimo jasnego światła latarki nie zamierzały się zwężać już nigdy. Spojrzał w stronę budynku. Kasjer wiedział, co się dzieje, miał przy uchu komórkę, pewnie dzwonił na ratunkowy.

Sam się sobie dziwił, że przyjął jej śmierć z takim spokojem. Może to przez te zmęczenie. Nadal chciało mu się spać. Hot doga wyrzucił w przypływie paniki, leżał kilka metrów dalej.

Jeszcze raz zerknął na jej plecy. Cztery głębokie rany, jakby ślady potężnych pazurów. Instynktownie spojrzał w stronę lasu. W świetle lamp nie widział nic niepokojącego, mając z tyłu głowy, że to, co najgorsze czai się w ciemności, o wiele głębiej. Choć równie dobrze może być rezydentem ludzkiego umysłu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania