Pokaż listęUkryj listę

Perypetie Gustawa-Konrada, czyli karykatura III części Dziadów

AKT I SCENA I

 

Bohaterowie:

Gustaw, Matka, Ojciec

 

(Jadalnia w rodzinnym domu Gustawa. Śniadanie. Wszyscy siedzą przy stole. W ciszy cieszą się posiłkiem podanym przez służbę. Spokój poranka kończy się, gdy tylko Gustaw się odzywa.)

 

GUSTAW:

(Patrząc na rodziców.)

Ojcze, matko po raz pierwszy w życiu zrozumiałem o czym mówią przeczytane przeze mnie książki.

(Matka i Ojciec nie reagują na wyznanie syna pochodzące z głębi serca. Gustaw kontynuuje.)

 

GUSTAW:

(Przełykając ślinę, zdenerwowany.)

 

Zakochałem się. Nie znam jej nazwiska ani nie wiem z jakiego domu pochodzi, jednak wiem, iż to prawdziwa miłość. Na całe życie.

(Bierze głęboki wdech.)

Otwieram przed wami moje serce. Obnażam swe skrywane głęboko uczucia. Proszę o zrozumienie. Błagam o błogosławieństwo.

 

MATKA:

(Spoglądając wreszcie na syna.)

Błogosławieństwo?

 

GUSTAW:

Dokładnie.

 

MATKA:

Na co?

 

GUSTAW:

Na ślub.

 

MATKA:

Nie znasz nawet nazwiska tej dziewczyny i już chcesz brać z nią ślub?

 

GUSTAW:

To prawdziwa miłość.

 

MATKA:

Od kiedy?

 

GUSTAW:

Od wczoraj. Zobaczyłem ją w kościele na mszy. Była tak piękna, gdy niczym najsłodszy nektar spijała słowa Księdza Piotra. Przez całą mszę nie mogłem oderwać od niej wzroku. I wiem, że mimo, iż jej prawdziwe oczy były zwrócone na ołtarz, patrzyła na mnie oczyma swej duszy. Mówiła do mnie głosem swego serca. Wyznała uczucia swym milczeniem.

 

MATKA:

(Zrezygnowana.)

Gustaw, ona nawet nie wie, że ty istniejesz. Znowu się naczytałeś tych bzdur na temat miłości od pierwszego wejrzenia. Mówiłam ci to już wcześniej. Miłość to bujda. W życiu liczy się tylko dobre ustawienie społeczne i finansowe. Ślub to interesy dwóch obcych sobie ludzi. Świadoma decyzja, która prowadzi do poprawy życiu obojga. Miłość...

 

GUSTAW:

(Przerywa.)

To najpiękniejsza rzecz stworzona na tym świecie. Prawdziwa miłość może przenosić góry, wysuszyć oceany i podpalić wszystkie lasy świata jednym westchnieniem. Właśnie taka jest moja miłość. Teraz poproszę o błogosławieństwo.

 

MATKA:

(Zaciska palce na srebrnym widelcu.)

Nawet nie znasz tej...

 

GUSTAW:

Maryli.

 

MATKA:

Skąd wiesz jak ma na imię?

 

GUSTAW:

Kiedy podążałem za jej wdzięczną niczym nimfa wodna postacią, usłyszałem pewnego mężczyznę, wołającego ją tymże imieniem. Muszę przyznać, iż to imię nie zostało stworzone dla niej. Rodzice powinni ją nazwać Różą, Fiołkiem bądź Wschodem Słońca, gdyż stała się nowym świtem w moim skąpanym w mroku życiu.

 

MATKA:

(Coraz bardziej tracąc nerwy. Wciąż nad sobą panując.)

Śledziłeś ją? Nie, nie odpowiadaj. Nie dostaniesz błogosławieństwa. Wróć do swojego pokoju i rób to, co zazwyczaj robisz, a normalnych ludzi zostaw w spokoju.

 

GUSTAW:

(Z determinacją.)

Nie uda wam się mnie powstrzymać. Możecie zamknąć mnie w celi i przykuć łańcuchami do ściany, ale nie powstrzymacie płomienia mojej miłości. Ten płomień wzrósł do rozmiaru pożaru. Nikt nie jest w stanie go zgasić. Stanę u boku mej ukochanej choćbym miał przypłacić to życiem. Nawet jeśli to znaczy wyrzeczenie się wszystkiego co posiadam.

 

MATKA:

(Tracąc panowanie.)

Słuchaj, ty...

 

OJCIEC:

(Nie przerywając jedzenie, wtrąca się do rozmowy.)

Nie posiadasz nic, wszystko, co masz zawdzięczasz nam, a twoja wielka, namiętna miłość nie ma szans na przetrwanie. Poddaj się póki jeszcze masz czas. Oszczędź sobie czasu i nam wstydu.

 

GUSTAW:

(Ze łzami w oczach.)

Skąd to przypuszczenie Ojcze.

 

OJCIEC:

(Wciąż równie zobojętniały.)

Z doświadczenia. Już wiele razy próbowałem cię wyswatać, ale twoja reputacja przegania ciebie. Nikt nie chce cię w rodzinie. Ona też nie zechce. Posłuchaj rady kogoś mądrzejszego i poddaj się. Z czegoś, co nie ma szans na powodzenie lepiej rezygnować od razu.

 

GUSTAW:

(Z przeszklonymi oczami i furią w głosie wstaje z krzesła. Patrzy na ojca z urazą wymalowaną na urodziwej twarzy.)

Nie jesteś prorokiem, żeby znać przyszłość, ojcze. Nie czytasz myśli, nie możesz wiedzieć czego pragnie Maryla. Tylko ja to wiem! I tylko ja mogę zaspokoić nieutuloną tęsknotę jej osamotnionej duszy. Albowiem ja jestem obiektem tej tęsknoty. Jej pragnieniem i marzeniem sennym.

(Prostując się dumnie.)

Mam zamiar wam to udowodnić. W tej chwili wyjdę na zewnątrz, a kiedy ponownie przestąpię próg tego domu, zrobię to z moim Wschodem Słońca u mego boku.

(Wychodzi. Rodzice w spokoju kończą śniadanie.)

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • zsrrknight godzinę temu
    chciałem napisać, że Mickiewicz (a raczej to, co z niego zostało) w grobie się przewraca, ale nie jest ten tekst na tyle zajmujący (w dobry lub zły sposób), by pisać o nim takie komentarze. W zasadzie możnaby zmienić tytuł i imię głównego bohatera i nic by się nie zmieniło. Karykatury tu nie widzę

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania