Perypetie Gustawa-Konrada, czyli karykatura głównego bohatera III części Dziadów

AKT I SCENA II

 

BOHATEROWIE:

GUSTAW, PAN ĆWIREK, DUCH DZIADKA.

 

(Wciąż cmentarz. Gustaw siedzi wtulony w nagrobek swojego zmarłego przed dziesięciu laty dziadka. Kolana pod brodą, ręce złożone na kolanach, twarz ukryta w przedramionach. Płacze, pociągając nosem. Przylatuje Pan Ćwirek i siada mu na ramię.

 

PAN ĆWIREK:

 

(Przykłada swoje pióro do potylicy Gustawa.)

 

Ćwiiir...

 

GUSTAW:

 

(Spogląda na ptaka pełnymi łez oczami.)

 

Możesz chełpić się swoim triumfem. Wszyscy możecie. Mieliście rację. Jestem naiwnym idiotą. Niechcianym przez nikogo romantykiem. Teraz już dokładnie wiem jak czuł się Werter. Rozumiem jego pragnienie odebrania sobie życia.

 

PAN ĆWIREK:

 

(Ze smutkiem.)

 

Ćwir.

 

GUSTAW:

 

(Pociągając nosem.)

 

Dziękuję, Panie Ćwirku. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Jedynym przyjacielem.

 

PAN ĆWIREK:

 

(Próbuje podnieść Gustawa na duchu. Podskakuje mu na ramieniu.)

 

Ćwiiir. Ćwir. Ćwir, ćwir, ćwir, ćwir. Ćwirćwirćwirćwir.

 

GUSTAW:

 

(Depresyjnie.)

 

Nie mam siły mój drogi przyjacielu. Sztylet w mym sercu obraca się z każdą sekundą zagłębiając się coraz bardziej. Z każdą mijającą chwilą powoduje coraz większy ból. Nie sądzę bym jeszcze kiedyś mógł zaznać szczęścia. Nie takiego, jak podczas gdy miałem Marylę na wyciągnięcie ręki. Mój Wschód Słońca zaszedł zanim jeszcze na dobre zagościł na niebie. Nastała noc. Pozbawiona światła księżyca i baldachimu gwiazd. Brzydka, zimna, wieczna noc.

 

(Z przesadną rozpaczą i dramaturgią.)

 

Ach! Gdybym tylko miał odwagę! Uderzał bym głową w ten zimny głaz za mną. Uderzał bym do rozlewu krwi. Do rozbicia czaszki. Do utraty przytomności. Do ostatniego tchu. Ach! Tchórzostwo! Czemuż mnie nawiedzasz w takiej godzinie? Ach! Chęci życia! Czemu nie odejdziesz, nie przeminiesz? Ach! Me serce. Czemu się nie poddasz, nie spłoniesz? Gdyby tylko ziemia zechciała otworzyć przede mną swe wrota. Gdyby mnie przyjęła jak zaginionego syna. Gdyby chór aniołów zagrał pożegnalną pieśń. Gdyby Pan Bóg dał ostatnie namaszczenie. Gdyby oddech mój uwiązł w piersi i mnie zadusił. Gdybym tylko utonął w tej rzece słonych łez. Gdyby tylko z nieba spadł grom i uderzył w me udręczone ciało. Wyzwoliłby mą duszę. Zakończył to cierpienie.

 

DUCH DZIADKA:

 

(Przezroczysty twór z całkowicie białymi oczami i dziwnie falującym ogonem zamiast nóg. Oparty o swój nagrobek, pali fajkę.)

 

I to się nazywa poemat. Sam Adam Mickiewicz by się nie powstydził.

 

GUSTAW:

 

(Zrywa się na nogi i odskakuje od pomnika oraz zjawy. Pan Ćwirek ucieka. Chowa się wśród drzew na cmentarzu. Gustaw rozluźnia się, gdy rozpoznaje swojego dziadka.)

 

Dziadek Maurycy? Co ty tu robisz? Czyżby twoja dusza nie zaznała spokoju? Czyżbyś był błąkającym się po ziemi duchem, szukającym rozgrzeszenia? I kimże jest ten Adam Mickiewicz, którego wspominasz?

 

DUCH DZIADKA:

 

(Pociąga bucha i wypuszcza chmurę dymu prosto w twarz Gustawa.)

 

Autor oryginału, nie znasz i nie poznasz. Moja duchsza zaznała dokładnie takiego spokoju, jakiego mi potrzeba. Podziwiałem właśnie kostki twojej babki, kiedy twoje lamenty przywołały mnie na ten padół. Na następny raz płacz na grobie kogoś innego. Twoja babka właśnie miała pokazać mi kolana.

 

GUSTAW:

 

(Z nadzieją.)

 

Przybyłeś zabrać mnie tam do was?

 

DUCH DZIADKA:

 

Zgupiałżeś? Przeżywamy z twoją babką pośmiertną młodość. Ostatnie czego nam trzeba to wnuczek, któremu mleko jeszcze pod nosem nie wyschło. No, to która cię tak załatwiła?

 

GUSTAW:

 

(Przesadnie zbolałym głosem.)

 

Maryla. Moja pierwsza miłość. Podarowałem jej serce, a ona wzięła w swe piękne, delikatne dłonie, upuściła na ziemię i zdeptała niczym dzika bestia. Nie jestem w stanie dłużej kochać. A czymże jest życie bez miłości? Jedynie pustą skorupą, w której zawsze będzie czegoś brakować. Jamą zamieszkaną przez potwory! Trupem zjadanym przez robaki!

 

DUCH DZIADKA:

 

(Wzdycha nostalgicznie.)

 

Pierwsza miłość, co? Nawet po śmierci pamiętam swoją. Dojrzała kobieta o nadmiarze ciałka tam gdzie trzeba. Znajoma mojej mamy. Dama, która zerwała mój kwiatek, a później nie chciała mnie znać. Trzy miesiące za nią rozpaczałem, a później pojawiła się Maryśka. To była dziewczyna! Za dnia zimna niczym lód, nocą mogłaby wywoływać pożary.

 

GUSTAW:

 

(Zaskoczony mruga. Po chwili urażony.)

 

Myślałem, że babcia była twoją pierwszą i jedyną miłością. Taką na całe życie.

 

DUCH DZIADKA:

 

(Wybucha śmiechem. Dławi się dymem. Kaszle. W końcu się uspokaja.)

 

Naiwny chłopcze! Przed twoją babką kochałem wiele razy. Każda z nich była ,,miłością na całe życie". Każdą kolejną kochałem mocniej od poprzedniej. Z każdą przeżyłem cudowny czas. Za każdą tęsknie, jak szalony.

 

GUSTAW:

 

(Lekko zdegustowany.)

 

Nie rozumiem, jak mogłeś kochać kogoś poza babcią.

 

DUCH DZIADKA:

 

To ja powinienem się dziwić, że ty wciąż nie kochałeś! Jesteś już mężczyzną, a mogę założyć się o swoje zwłoki, że twój wazon jest pusty. Nie ma w nim żadnej róży, fiołka czy stokrotki. Jak mogłeś do tej pory nie kochać, chłopcze? Miłość to jedyne, co ma w życiu znaczenie. Nieważne, jak krótka. Każda płonie jasnym płomieniem. Gdy jeden płomień zgaśnie, rozpalasz kolejny i tak do skutku aż znajdziesz ten, który rozpali twój płomień jeszcze bardziej. Na tym polega życie. Na tym powinieneś się skupić. Jedna kobieta nie jest warta tyłu łez. Znajdź taką, która z radością cię przyjmie. Taką, która sama odda ci swój kwiatek.

 

(Dziadek Maurycy blednie, aż całkowicie rozpływa się w powietrzu. Zostaje po nim tylko bezzapachowy dym z fajki. Gustaw stoi przez chwilę, otępiały po usłyszanych słowach. Całe jego przekonania trzęsą się w posadach. Jego ukochany dziadek, który był dla niego wzorem całe życie okazał się niczym więcej niż zwykłym casanovą. Czuł się oszukany. Zraniony. Ponad wszystko zdradzony.)

 

GUSTAW:

 

(Wściekły zaciska dłonie w pięści. Nagle zaczyna chodzić tam i z powrotem, wymachując zamaszyście rękami.)

 

Miłość to tylko iluzja! Nic więcej! Ludzie nie potrafią kochać! Wszyscy żyją w swoich ciasnych klatkach. Nie szukają niczego, poza chwilową przyjemnością! Zauroczeniem, trwającym sekundę! Zatracili zdolność kochania aż do śmierci! Nie pojmują głębi miłości! Wzięli ją w swoje brudne dłonie i spaczyli! Zbrukali! Skrzywili!

 

(Zatrzymuje się na moment, po czym wznawia swój marsz.)

 

Nie będę kochał w tym skrzywionym świecie. Nie potrzebuję miłości bez znaczenia. Zmienię ten świat. Zmienię ustalony porządek. Nauczę niegodnych, jak być godnymi. Sprawię, że ateiści uwierzą. Głusi usłyszą. Niemi przemówią. Ślepi zobaczą. Dokonam cudu! Stanę się bohaterem! Koniec z Gustawem romantykiem! Od tego momentu stanę się bohaterem narodu polskiego. Moje czyny przejdą do historii, a dusza przeżyje wieki. Będą pisać o mnie ballady, wiersze, książki oraz dramaty!

 

(Pan Ćwirek zlatuje z gałęzi i ponownie siada na ramieniu patrzącego gdzieś w dal Gustawa.)

 

GUSTAW:

 

Tak, Panie Ćwirku, przejdziemy do historii. Ty i ja. Bohater i jego wróbel. Duet, który ocalił świat. Zapamiętają nas na wieki.

 

PAN ĆWIREK:

 

(Uradowany.)

 

Ćwir.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Beloniusz 2 godz. temu
    Jesteś szalona! Tekst godny Witkacego. Podziwiam.
    Widzę, że masz tego więcej. Muszę nadrobić lekturę. Tylko, żebym nie zwariował. Hmm... A, co tam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania