Perypetie Gustawa-Konrada, czyli karykatura głównego bohatera III części Dziadów

AKT I SCENA VI

 

BOHATEROWIE:

Konrad, Ojciec, Matka, Pan Ćwirek.

 

(Wciąż śniadanie w jadalni. Pan Ćwirek nadal w zupie Konrada. Z Konrada upadło podniecenie i ponownie usiadł przy stole. Zajada się grubą pajdą chleba posmarowaną obficie masłem.)

 

OJCIEC:

 

(Rzuca pytające spojrzenie na posiłek Konrada.)

 

Weź mięso. Samym chlebem z masłem się nie najesz.

 

MATKA:

 

Ojciec ma rację. To dlatego jesteś taki chudy i blady. Twój ptak je więcej od ciebie. Niedługo ludzie zaczną mówić, że cię głodzimy.

 

KONRAD:

 

(Spokojnie gryząc swój chleb z masłem.)

 

Nie mam prawa do podobnych rarytasów. Mięso, ciasta, masło, chleb, kawa... Na całym świecie żyje tyle ludzi, którzy nigdy nie mogli zaznać podobnych rozkoszy, a których my w swej pysze doznajemy codziennie. Sama myśl o tym sprawia, iż gardło me zaciska się ze smutku.

 

OJCIEC:

 

(Patrzy na Konrada, ze smakiem, zajadającego się swoim "śniadaniem".)

 

Wyjątkowo dobrze to ukrywasz.

 

KONRAD:

 

Jak sam dobrze wiesz, ojcze, cierpienie to coś wyjątkowo osobistego. Patrząc na drugiego człowieka nie wiemy czy za jego uśmiechem nie kryją się setki nieprzespanych nocy, tysiące przepłakanych godzin. Właśnie dlatego wziąłem na siebie tę trudną misję. Ukoję każdą duszę.

 

MATKA:

 

(Wciąż martwi się wstydem, jaki narobi jej syn tym razem. Zła.)

 

I niby jak zamierzasz ukoić duszę skoro nawet nie wiesz czy cierpi?

 

KONRAD:

 

(Zjadając drugą kanapkę.)

 

To cierpienie nie jest widoczne dla zwykłych śmiertelników, którzy widzą tylko to, co widoczne dla oczu. Dla tych, patrzących sercem żadna cierpiąca dusza nie umknie.

 

(Po czterech dodatkowych kanapkach, zjedzonych w milczeniu, wstaje.)

 

Wychodzę! Mam misję do spełnienia!

 

(Odchodzi. Pan Ćwirek podąża za nim.)

 

MATKA:

 

(Załamana ukrywa twarz w dłoniach.)

 

Co my z nim poczniemy? Jeden pomysł za drugim. Każdy kolejny głupszy od poprzedniego. Nie mam już na to siły. Wszyscy wytykają nas palcami.

 

OJCIEC:

 

(Odsuwa dłonie żony od jej twarzy i ujmuje je w swoje duże ręce. Patrzy jej w oczy.)

 

Nie martw się, moja droga. Każdy w mieście od dawna wie, iż wybryki naszego syna to nie nasza wina. Zapewniam cię, że nikt nas nie wytyka za plecami. Jeśli już to nam współczują.

 

MATKA:

 

(Histerycznie.)

 

I to ma być niby lepsze?!

 

OJCIEC:

 

(Delikatnie klepie jej drżącą dłoń.)

 

Oczywiście, że nie, jednak zapewniam cię, że to ostatni wybryk naszego syna. Rozmawiałem z moim bratem. Od września Gustaw będzie uczęszczał do Szkoły Zamkniętej im. Juliusza Słowackiego. Tam go naprostują.

 

MATKA:

 

(Odrobinę zmartwiona.)

 

Nie uważasz, że to zbyt drastyczne?

 

OJCIEC:

 

(Zdecydowanie.)

 

Potrzebujemy drastycznych środków, jeżeli chcemy, aby nasz syn wreszcie wyszedł na ludzi.

 

MATKA:

 

(Z westchnieniem.)

 

Mimo wszystko do września został jeszcze tydzień.

 

OJCIEC:

 

Miejmy nadzieję, że przez ten tydzień nie wydarzy się nic godnego uwagi osób trzecich.

 

KONIEC AKTU I

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Beloniusz wczoraj o 15:43
    W tym, co Konrad mówi o jedzeniu, pobrzmiewają echa „Odejścia Głodomora”. Jako osoba trzecia żywię nadzieję, że poleje się krew. Publika żąda kaszanki!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania