Festyn, piana, telewizja

Racławice miały kilka warstw – kolejarską, poniemiecką i kresową, przywiezioną tu przez ludzi. Do tego dochodził filtr lat osiemdziesiątych, które zapamiętałem jako pełne kolorów. Oto moje dzieciństwo — pełne światła, zapachu lip i gorącej trawy.

Miałem może osiem lat i widziałem świat inaczej. A może nie chodziło o sposób patrzenia, lecz o samą jego naturę. Ludzie wydawali się piękni — wszyscy, nawet starcy: pomarszczeni, oparci na laskach, cisi. Najpiękniejsze jednak były dziewczyny. Taki był ten świat — bez brzydoty, ostrzejszy w konturach, pełniejszy.

Tego dnia poszliśmy z ojcem na festyn za podstawówką. Festyn to zresztą za duże słowo. Swawole, muzyka w kole, Koło Gospodyń, „Kaczuszki”, mecz na boisku. Ale prawdziwą gwiazdą była Ochotnicza Straż Pożarna. To był jej dzień.

Stanęliśmy przy linii bocznej i wtedy to powiedział:

– Do Racławic przyjedzie dziś telewizja. Cieszysz się?

Serce mi podskoczyło. Ojciec nieraz mnie podpuszczał, ale tym razem mówił serio.

– A wie w ogóle, gdzie są Racławice? – zapytałem.

W głowie już miałem gotową mapę: pi razy drzwi lewy dolny róg Polski, granica z Czechosłowacją. Miejsce, którego nie da się przegapić. Chyba.

Moi rówieśnicy zwykle chcieli zostać strażakami, milicjantami albo górnikami. Ja od zawsze chciałem być kamerzystą. Zrobiłem sobie nawet obiektyw z rolki po papierze toaletowym. Na zjazdach rodzinnych kuzyni wołali:

– Maciuś, filmuj to, filmuj tamto!

Przykładałem „obiektyw” do oka i kręciłem wyimaginowaną korbką.

Ojciec, widząc, że odpłynąłem, powtórzył cicho:

– Telewizja wie wszystko.

– Telewizja wie wszystko – wyrecytowałem jak w transie.

– Telewizja widzi wszystko.

– Telewizja widzi wszystko – potwierdziłem z powagą.

Wtedy wtoczył się organizator – gruby Zenek z wąsem tak okazałym, jakby hodował go wyłącznie na potrzeby dramatycznych wejść. Spojrzał na nas, puścił oko i zagaił basem:

– Telewizja? Przyjedzie… jak trafi.

– A trafi? – spytałem.

– Do Racławic? – prychnął. – Ja tu mieszkam i czasem nie trafiam – zaśmiał się głęboko, gardłowo. – E, co tam telewizja... – Machnął ręką z pogardą. – Są na tym świecie ciekawsze rzeczy. Na przykład ptaki. To od nich powinniśmy się uczyć latać.

– Ludzie to ludzie, a ptaki to ptaki – odparłem. – Nigdy nie będziemy jak one.

Zenek spojrzał na mnie z politowaniem.

– Tak sądzisz, mały? No to patrz!

Rozłożył ramiona jak wielki bociek i zaczął nimi machać. Śmiech poszedł po ludziach.

A potem — do dziś nie wiem, czy to przez słońce, czy przez ten cały gwar — przysiągłbym, że na moment oderwał się od ziemi. Uniósł się odrobinę, jakby go ktoś podciągnął za niewidzialną nitkę, i poszybował kawałek nad boiskiem, okrągły, czerwony, z rozwianym wąsem.

Mrugnąłem i już stał z powrotem, ciężki, sapiący, jakby nigdy nic.

Jego odpowiedź, że gdzieś błądzą, mnie uspokoiła. O dziwo. Wystarczyło czekać. Ojciec wrócił do meczu, a ja pobiegłem na pokazy strażackie.

Najpierw chłopaki z OSP opryskali trawę pianą – niby gasząc ją. Do dziś nie wiem, od kiedy trawę gasi się pianą. Potem spuszczali się na linach z dachu szkoły. Jeden miał efektowne zejście – gacie zjechały mu do kolan. Ktoś zawołał:

– Tu są kobiety. Bracie, załóż gacie!

Spuszczający odkrzyknął:

– Wypinam się, bracie, na cię!

Te strażackie popisy mnie nie porwały. Ale piana… piana była inna. Wciągała zupełnie. Jak baśniowy ocean.

Po pokazie zostało jej morze. Zlecieli się od razu Adam i Tomek z Ogrodowej. Tomek – drobny, piegowaty, pierwszy do wszystkiego. Adam – wysoki, chudy jak szczapa, poważny jak jego ojciec z pegeeru. Już teraz nosił w kieszeni scyzoryk oraz przekonanie, że świat dzieli się na tych, co jadą, i tych, co tylko patrzą.

– Patrz, Maciuś, robię zamek! – wrzasnął Adam, zgarniając puch w wielką kupę.

– Zamek? – prychnął Tomek, biały jak upiór. – To jest czołg, baranie! Ognia!

Rzucił we mnie garścią. Odwinąłem mu się podwójnie.

– To ja wam teraz pokażę prawdziwą bitwę! – krzyknąłem i rzuciłem się w pianę jak w zaspę; zacząłem wymachiwać rękami i rozrzucać ją na boki.

Próbowaliśmy zrobić zamek – runął. Czołg – rozsypał się. W końcu po prostu tarzaliśmy się, ciskaliśmy pianą i śmialiśmy się do rozpuku. Gacie mokre, włosy białe, w ustach smak chemii i czystego szczęścia. Zabawa przednia, ale cały czas w głowie kołatało: przyjedzie czy nie przyjedzie?

W końcu oderwałem się od nich i wróciłem do ojca.

Stał na skraju boiska, gawędził z łysym wuefistą – tym, co rzucał dzieciakom piłkę i szedł na piwo – o sporcie, o pucharach, o pocie czoła. Spojrzał na mnie i westchnął:

– Synu, wracamy. Wygląda na to, że telewizja dziś nie przyjedzie.

– Nie przyjedzie… – zrobiło mi się pusto w środku.

Po tygodniu dowiedziałem się, że koło Góry Świętej Anny wylądowało UFO. Mówili o tym wszyscy. Ekipa z Warszawy zamiast do nas pojechała tam.

A potem dorosłem i nie zostałem kamerzystą.

I wiecie co? Może to i dobrze.

Bo dziś każdy ma kamerę w kieszeni — tylko nikt nie potrafi już zobaczyć tego, co ja wtedy widziałem.

Średnia ocena: 3.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Nemo1214 2 miesiące temu
    Jak niewiele kiedyś trzeba było do szczęścia... Ja z rolki po papierze robiłem lunety i też nie zostałem astronomem;). Pozdrawiam autora i daje 5*
  • maciekzolnowski 2 miesiące temu
    Dzięki. Piękne to były czasy. Nie to, co teraz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania