Piana sprawiedliwości

Niedzielne popołudnie. Blok przy ulicy Metalowców tonął w sennym bezruchu. Marcin właśnie kończył prezentację do poniedziałkowego calla z niemieckim klientem, kiedy z dołu dobiegł potężny ryk silnika, klakson i… wrzask.

 

Znał ten wrzask. To był jego ojciec – Janusz.

 

– No ja pier… znowu coś – westchnął Marcin i podszedł do okna.

 

Na parkingu pod blokiem zaparkowany był dostawczy van. Obok, trzech Wietnamczyków w roboczych ubraniach wypakowywało z niego paczki z napisem "Pho Express". Najwyraźniej ktoś z sąsiedniego lokalu otwierał knajpę. Problem w tym, że van stał dokładnie na trasie świętego przejazdu Janusza – między trzema słupkami, które traktował jak swoją prywatną bramę.

 

Janusz stał na zewnątrz w dresie, z kuflem piwa w jednej ręce i zaciśniętą pięścią w drugiej. Ryczał:

– Co to, kurła, jest?! Tu się nie parkuje, to jest dojazd techniczny! Techniczny, mówiłem!

– Przepraszamy, pięć minut, tylko rozładunek – powiedział jeden z Wietnamczyków spokojnym tonem.

– Pięć minut to ja robię siku, a nie przejazd blokuję! – wydarł się Janusz i kopnął pustą paczkę. – To jest Polska, tu się nie zastawia, rozumiesz?! Polska!

– Tata… – zawołał Marcin, który wybiegł już na balkon. – Daj im chwilę, zaraz pojadą.

– Ty się nie wtrącaj, Niemców se pilnuj! – wrzasnął Janusz w stronę syna, a potem… sięgnął po gaśnicę z klatki schodowej.

 

Marcin zamarł.

 

Janusz, jakby prowadzony przez jakąś starą siłę spod monopolowego, podszedł do vana i z ceremonialną powagą oprószył jego przednią szybę białą pianą.

 

– Żebym cię więcej tu nie widział, wietnamski TIRze! – zakrzyknął, z dumą obracając się dookoła.

– Przepraszam, panie, my już jedziemy – powiedział starszy z Wietnamczyków, zdezorientowany, ale wciąż uprzejmy. Wsiadł do auta i odpalił silnik. Van powoli ruszył, zostawiając za sobą smugi piany i pustą flaszkę po piwie, którą Janusz rzucił jak znacznik zwycięstwa.

– I tak się robi porządek – mruknął, wracając do bloku. – Kiedyś to było prościej. Zastawiasz – dostajesz w ryj. A teraz tylko rozładunki, aplikacje i pho...

 

Wieczorem, kiedy Grażyna próbowała go przekonać, że przesadził, Janusz tylko odburknął:

– Ja nie mam nic do Wietnamczyków. Ale do zasłaniania przejazdu? Mam.

 

A Marcin? Dokończył prezentację. Na callu poniedziałkowym, kiedy Niemiec zapytał, czy w weekend wszystko było „ruhig”, odruchowo odpowiedział:

 

– Nein… mein Vater hat die Vietnamesen mit Feuerlöscher angegriffen.

 

Zapanowała cisza.

A potem Niemiec się roześmiał.

 

– Klingt… sehr polnisch.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania