Czwarty kamień

Rok temu, dokładnie w rocznicę, przeszedłem się szlakiem pod Czarną Granią. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni wcześniej zostawiłem tam jej plecak – pod tą samą granią, na tej samej trasie, której nikt nie lubi. Zostawiłem, bo nie byłem w stanie go nieść dalej. Jestem tylko człowiekiem, mój Boże!

Wyszedłem o świcie. Mgła wisiała jeszcze w dolinach, ale nad granią niebo było czyste, ostre. W moim plecaku – termos, nóż, stara busola po dziadku i nic więcej. Telefon zostawiłem w samochodzie. Nie chciałem, by cokolwiek mnie rozpraszało, a już zwłaszcza telefon.

Pierwsze dwie godziny – cisza. Tylko moje kroki i szelest liści. Potem coś się zmieniło. Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie. Po prostu przestałem słyszeć własne myśli.

Zatrzymałem się, żeby napić się herbaty. Gdy odstawiałem termos, usłyszałem drugi dźwięk. Cichy. Jakby ktoś postawił but obok mojego, o pół sekundy później. Odwróciłem się – nikogo. Ruszyłem – znowu dźwięk. Zawsze w tym samym odstępie. Ani bliżej, ani dalej.

Szlak wszedł w las świerkowy. Igły tłumiły kroki, powietrze zrobiło się ciężkie, pachniało żywicą i czymś pradawnym, rzekłbym prasłowiańskim. Zobaczyłem kamień. Mały, wielkości pięści, wbity w ziemię tuż przy ścieżce. Miał twarz. Nie wyrzeźbioną – po prostu był twarzą. Oczodoły puste, usta rozchylone, jakby chciał coś powiedzieć. Ziemia wokół była czarna, spalona. Dotknąłem go. Zimny.

Poszedłem dalej. Po godzinie znalazłem drugi. Leżał na mchu, jakby ktoś go dopiero co położył. Ten sam grymas. Tylko na czole miał smugę rdzy. Albo krwi. Nie sprawdzałem.

Wąwóz był już blisko. Ściany skalne ociekały wodą, echo odbijało każdy oddech, jak w opuszczonej katedrze. Usłyszałem śpiew. Nie głośny. Raczej szept. Kołysanka bez słów dla kogoś, kto nigdy nie zasnął.

Zatrzymałem się. Dźwięk nie ustał. Płynął z góry, z dołu, z wnętrza skał. Jakby wąwóz sam sobie nucił. Albo las.

Wyszedłem na polanę. Trawa pożółkła, martwa. Pośrodku – spróchniała kapliczka bez dachu. Lubię spróchniałe, z historią. Na belce ktoś wyrył: „Dla tych, co nie wrócili”. W środku leżał trzeci kamień. Ciepły. Pulsował lekko, jakby pod „skórą” miał serce.

Nie dotknąłem go. Cofnąłem się. Instynkt zadziałał.

Śpiew urwał się nagle. Zrobiło się tak cicho, że usłyszałem własne tętno.

Wtedy je zobaczyłem.

Stały między drzewami. Nie jedna. Kilka. Może więcej. Wszystkie w tych samych łachmanach, przesiąkniętych wodą i błotem. Twarze jak kamienie, puste oczodoły. Nie ruszały się. Patrzyły.

Zacząłem się wycofywać. Powoli. Nie odwracałem się plecami, nie okazywałem strachu. One też się nie ruszały. Tylko ich liczba rosła. Z każdym krokiem pojawiała się nowa. Jakby bór je rodził.

W końcu pobiegłem.

Biegłem długo. Ile – nie wiem. Mgła wróciła, gęsta, lepka. Szlak zniknął. Biegłem po omacku, po głazach, korzeniach. W pewnej chwili upadłem. Coś złapało mnie za kostkę – zimne, wilgotne. Szarpnąłem się. Puściło.

Kiedy mgła się przerzedziła, byłem już na dole, na czerwonym szlaku do Kuźnic. Siedziałem na skale, dyszałem. Ręce miałem czarne od ziemi. W prawej dłoni ściskałem kamień. Czwarty. Z moją twarzą. Oczodoły jeszcze nie wyżłobione – tylko zarys. Jakby ktoś dopiero zaczął rzeźbić.

Wyrzuciłem go najdalej jak potrafiłem. Usłyszałem, jak upadł w liście. Głuchy, miękki szelest. Pach!

Od tamtej pory nie chodzę w góry sam. Czasami w nocy budzę się z mocnym przekonaniem, że pod łóżkiem w suterenie coś leży. Ciężkie i ciepłe. Czeka, aż skończy swą rzeźbiarską robotę, a wtedy... wtedy rozstąpi się ziemia i mnie pochłonie. Czarna, fermentująca, czekająca cierpliwie, by włączyć mą cielesną powłokę w krwiobieg podpowierzchniowych swych soków.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania