Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
PIĘĆ ODCIENI CZERNI. (mroczne opowiadanie mystery)
PIĘĆ ODCIENI CZERNI.
(mroczne opowiadanie mystery)
Z Dedykacją dla Użytkowniczki Opowi. pl : o nicku ~ Mona Demona , której sztuka: jest pozaobrazowo nieprzewidywalną.
PROLOG
Chromestezja - powszechną formą synestezji jest kojarzenie dźwięków z kolorami. Dla niektórych, codzienne dźwięki, mogą wyzwalać widzenie kolorów. W przypadku innych: kolory są wyzwalane, gdy odtwarzane są nuty lub gamy. Głos, muzyka i różne dźwięki otoczenia, takie jak stukot naczyń lub szczekanie psa, wyzwalają kolory, które pojawiają się, poruszają, a następnie zanikają, gdy dźwięk się kończy.
I.
Nie miała wątpliwości, że są Złodziejami: mijając na posiadającym zabytkową bezimienność skwerze, dwóch przysiadłych w neogotyckiej ławce, Gentlemanów. Odziani w niezapomniane ołowiowymi fotografiami garnitury, spowici siwizną przemijania dekad, rozprawiali półszeptem, o Kolebce będącej Ziemią Utraconą, tak dotkliwie, iż w żałobie tegoż: Londyn, postanowił majestatycznie wznosić się ponad ruinami swoich dawnych włości: pozostając bezdeszczowym, zupełnie, jakby własnymi łzami obawiał się uwięzić wszelakie dusze potępionych. Mimowolnie: owe przesłanie, nadwyraz do niej dotarło, wiedzione szybkim krokiem sportowego obuwia, ku nastęnej z bocznych uliczek, w takim stopniu pominiętej turystyczną ekspozycją wobec fleszy aparatów, iż sprawiała nieopustliwe wrażenie, brnącej kostką brukową, pod szyldem, z wypisaną nań gotycką czcionką, sentencją: " zaułek wpierdolu ". Mając to niewątpliwą pewnością, nie miała przecież powodu, aby zaszczycić poczynania po zapadnięciu zmroku: obustronnie podziwiając horroryczne piękno, ciągnących się ku jej celowi, elewacji kubatur epokowych kamieniczek. Zwydrapane opadliwie, miejscami sprawiały wrażenie, jakby coś złego, zapragnąwszy żywić się dawnymi uczuciami, zwyrwało ostropazurzastą dłonią mroku, smużące piaskowym tynkiem strzępy, karmiąc nimi żarłoczność granitu. Najdziwniejsze były zarówno twarze, jak i wszelakie płaskorzeźby, uważane, za przeciwne rujnowaniu ich doczesności: ulotnymi gestami pozwalając zaznać tegoż ludzkiej świadomości. Były upiorne, naprawdę: niczym sceny codziennego życia rodu szlachetnej krwi, postanawiającego, tej samej nocy, wzajemnie zjeść się żywcem, aby przelewając ją rozpryskliwie po jadalnianym stole, pozwolić jej odetchnąć.
Jeżeli uważasz, że dane ci było przeżyć chwile groteskowej makabry... zobacz osobiście: zdobnie kute w żelazie kraty, solidnymi ramami zatopione w murze jednej z nośnych ścian, niewątpliwie niezbyt płycej, od samych jej piwnicznie nieobecnych fundamentów, każące kokardami jedwabnie purpurowych szarf, stać na straży krystalicznej tafli błyszczącej zszarganą ekspozycją, dwupalcowo topornej skrzypliwości zawiasów. Owszem... ujmijmy: " niecodzienne ", jak doklejenie do elewacji plisowanych kółeczek, aby ich aksamitnością, nie dźgać sędziwości ceglanego majestatu. Nie musiała jeszcze nawet zawitać do środka, rozpamiętując myślami autobusowe poszeptywanie pełnokieszennych przypadkowców, notorycznie szemrzące, o " zjawie z witryny ".. skoro, rzekomo: " jakaś baba, kontemplując wystawę, ujrzała obok siebie zmasakrowaną twarz jakieś cizi, ubranej w purpurową kieckę, która... tak naprawdę gdziekolwiek nie stała, ponieważ: zupełnie jej tam nie było... co zaświadczano uprzednio gromkim upadkiem na plecy: bez wątpienia powodowanego wrażeniami ".. Faktycznie. Mieli rację, ponieważ: oprócz niej, w zasięgu wzroku: nie było żywej duszy i chyba tylko dlatego, spoczął on, niczym nakaz rzucenia do zatęchłego lochu, na... jakimś takim, o: dziwnym pudełsiu. Hmm... no tak: jest zmęczone, niczym rycerz oczekujący łaski morykortią, jednak... takie bardzo tajemniczo fajne: płaściutkie, a jednocześnie długie, niczym kobiecy zapas cmentarnych zapałek. Zbite z uroczych, drewnianych deseczek, posiadało wsuwne wieczko, nieustępliwie poszturchując fascynację ciekawością, jako jedyną wiodącą złowieszczo przebiegły uśmiech, ku nadwyraz topornie ciężkich dwuskrzydłową masywnością rzeźbień i gzymsów dębu, oklamkowanych zwytartą patyną mosiądzu, drzwiskom. Jeżeli mechanizm uwalonego w nich zamka nie służył do otwierania szubienniczej zapadni, zapewne: ważył zaledwie kilka kilogramów złotej aparycji. Mimo wszystko, zdając się przepychać przez próg doczesną rzeczywistość, nieomieszkała go przekroczyć, zupełnie, jakby własne serce postanawiając odrodzić w osobie diametralnie innych uczuć.
II.
Cóż. Jakkolwiek to egoistyczne: nie była w stanie cieszyć się wydaniem dwóch funtów, niczym myśliwy, ustrzeliwszy łanię, zdający sobie świadomość z czmyhającego płoszelnie źrebaka. No niby to nie morderstwo, jednak... po cholerę kolejnych pięć, wiekowych ołówków?.. Chyba tylko dlatego, iż owe pudełeczko, stanowiło z nimi nierozłączną całość, będąc tak stare, iż wraz z tkwiącym w drewnie grafitem: nie posiadało jakichkolwiek napisów, nie ustępując bezimiennej blaszy memorialnej. No dobra: było urocze, jednak... aby oszacować, iż poszczególne ołówki różnią się między sobą, twardością węgla... zastanawiała się kwardans, niczym profesor, oczekująca momentu rozszczepienia elektronu. Co pozatym?.. chyba tylko fakt, iż pomimo szacowanej daty produkcji, zaledwie jeden z nich był temperowanym. Właściwie: został tylko niepewnie uprzyostrzony, jakby twórca dokonał tego, aby rzucić nim w gnijące truchło. Nic więcej.
Dziwna popadaniem w ruinę, klatka schodowa: wiodąca pozbawionym oświetlenia korytarzem, ku kresowi podróży, brzmiącego nadnaturalnie sporym kluczyskiem, stawiających otworem przed dresistym majestatem, przytulne wnętrze należnego jej lokum. Zapach farb i oczekujących zanurzeniem w terpentynie, pędzli, pozwolił jej zaznać ukojenia, głoszonego zamknięciem drzwisk od wewnątrz, jakby stawiając w nich ostatnią z cegieł, postanowiła zawierzyć wieczność, zapatrzoną w obrazy, przelane jej świadomością na płótno, a także bibularny pergamin. Uwielbiała je: oprawne w skromnie zdobne ramy, nie duszone złotym foliowaniem. Zaledwie jeden z kolejnych, sechł cierpliwie, nabierając dojrzałej krasy barw, wspieranej dziurawą dawnozmarłymi kornikami, sztalugą. Zaledwie wczorajszej nocy, postanowiła namalować własne serce: przybite sztyletem, do królewsko zwilnego dekretu, głoszącego kursywą romantyzmu czcionki, klauzulę ślubu cywilnego... na co parsknęła smutno, zasiadając na kanapie, z ujętym dłońmi nabytkiem, niczym wiejska urodziwość, napawająca się pięknem znalezionej w polu, srebrnej monety. Było bliskie... nie tyle sercu, co emocjom: zupełnie, jakby posiadała je, jako kolejna wobec uprzednich pokoleń. Nie mniej jednak, przesuwając palcem przeciągłą szurliwie zwyschłość wieczka, zdała sobie sprawę, iż jako ozdoba: nie są potrzebne zupełnie, co jękiem zawodu, zwlekło krągle seksowny tyłek w kierunku szuflady antycznego biurka...
III.
Triumfalnie przebiegły, ciepły uśmiech, miło zagościł ponad spierzchniętym milczeniem, śpiącej oczekiwaniem, serii narzędzi kreślarskich. Tamto wszystko, niech sobie jest: kręcone lanym w brązie przegubem. Potrzebowała jedynie temperówki, dokładnie: tej. Milutki, jednostożkowy, ostygły w mosiądzu sześcianik: śrubowany dwułebkowo, uroczo zmyślnymi szczelinkami, zwykłymi ukrywać się, chyba tylko tam, gdzie chcąc być ujętymi, powodowały przesuwanie ciężkich mebli. Miewała ochotę ją z tego powodu jedynie wyrzucić przez okno, od dawna powstrzymując się przed tym, niczym lekarz robiący zastrzyk z fenolu w dziecięcy mięsień sercowy, mając świadomość przedziwnej ostrości. Zdecydowanie: cokolwiek zostało szablonowane ostrzem, tkwiąc w polerowanym wiórmi, stożkowym połysku: obracało się z aparycją powietrza rozcieranego w palcach z piaszczystym chrobotem, uzyskując tym ostrość nie uwłaczającą szpitalnej iniekcji. Tyle pozostało, zanim... właściwie: co?: nimi narysuje... tego... typa: wciągającego kreskę brudnych prochów, zanim zaczął układać sobie życie z dostarczającą mu je garściami blondyneczką, własnego syna: istniejącego zaledwie krzykiem przemijania matczynych uczuć, pośród kolejnych dekad... a może samą siebie: kreślącą to wszystko, znowu wmawiawszy sobie, iż cokolwiek innego, jak całokształt wcześniej: zupełnie jest pozbawione istnienia... a mimo to: zwyczajnie jej się nie śni. Nieświadomie pozbawiona uczuć, przysiadła wobec oczekujących ostrzenia grafitów. Dziwne są. Pięć odcieni... cholernie złowieszczo opalizującej czerni. Takie... bezduszne, zbliżając się rantowaną krawędzią, wobec szczerzonego ostrzem, planu. Hmm... no!: jeden obrót, jak zwykle... czyli: jeszcze dwa... jak obecny, zatem... co jest, kurwamać?!
Spiralnie fascynująca wiórka, tkwiąc w szczelinie ostrza, nie zechciała przed nią uchylić dalszej tajemnicy, ponieważ sam ołówek: zdecydowanie zamarł, nie pozwalając się jakkolwiek poruszyć. Ani o ułamek milimetra. Nic. Sama ustrzyżona stróż, zamarła w przestrzeni, jakby spawana w litej stali. I absolutnie nic. Postuknęła mosiądzem o drewniany blat ławy, mając nadzieję, iż cokolwiek to powoduje, zniknie takowym egzorcyzmem... dostrzegając, iż czegokolwiek nie wniósł, konsternacją zdziwienia, powierzyła płaszczyźnie ustępstwo myśli: co właściwie przygotuje na kolację.
IV.
Miała spaghetti. Często, nazbyt często, jakby od ostatniego obiadu. Uwielbiała je przecież, nie mniej od sztuki. Wiodąc życie dzielone nią z doczesnością, postawiła ociekający smakowitym sosem makaron, ułożonu kulturą secesyjnego talerza, nieopodal utkwionego w mosiądzu ołówka, który chcąc uchować przed zabrudzeniem, ujęła w dłoń... odczuwając w umyśle rozbiegłą przestrzenią, jakby dobytliwość szpady, w dawnie husarskim boju. Niewystarczająco swego dziwu, dźwięk ów, zdał się zaginać postrzegane przez wzrok, od dawna znane kontury, powodując mimowolne odczucie cierpkiego dreszczu, niczym nieświadome ujęcie uszkodzenia przewodu, przy włączniku nocnej lampki. Otrząsając czekoladowookie spojrzenie, uznała to zwyczajnym... zwidem: jakby sam Kopernik, przyjacielskim gestem, wskazał jej gwieździste niebo. Właściwie: przestała być głodna. I to nie dlatego, że postanowiła dbać o seksowność linii tyłu swego dresu. Doskonale o tym wiedziała, uśmiechając się misternie do pieszczonego ciepłem jej dłoni, ołówka...
Obraz bólu swych uczuć, postanowiła czymprędziej wypierniczyć wobec braku gratliwości sztalugi, wspierając go o milczącą każdodrzwiowo, ogromną szafę. Niech sobie będzie, skoro ktokolwiek i tak się nim nie przejmie, wraz z nią samą. Rozglądając się za lichososennie ramkowym stelażem, zastanawiała się jednocześnie, gdzie, do jasnej cholery: pizgnęła pergamin... dlatego chwytając dłonią wspartą za sztalugą ramkę, postanowiła najpierw obić ją przy biurku, zanim przykręci pokrewne jej śródpełnienie: dające niedziurliwe oparcie, piekielnie ostremu grafitowi. Klepiąc miedzianym młoteczkiem znikome łebki niebywale skromnych gwoździków, oglądała się pełna zapału, wobec obrazu za własnymi plecami. Leżał tam skurwiel wdzięcznie: rozciągnięty majestatem tajemniczości, na występie fundamentalnej palety. Nie barw, a litej nieprzenikliwie czerni: rozpraszanej odcieniem uczuć. Nie inaczej, jak za moment przelanych, na czerpaną dwuwiekowo uprzednio, wyzbyłą spiralności, stonowaną półprzenikliwość.
V.
Pamięć śmiała ją zawieść, niczym armatni ląd, gasnąc nagle w czeluści działa, a jedynym uderzającym jej umysł mocą owej kuli, był brak jakichkolwiek obrazów, odtwarzanych łamami świadomości, niczym śmierć, przysłaniająca wzrok otwartych oczu, nieprzeniknioną obojętnością ciemności. Owszem, bez wątpienia: pozbawiała wówczas emocji: jak obecnie, pozostawiając jakby nieumyślnie tkwiący pustką, lobotomiczny szpikulec. Pierniczy zatem ich wszystkich, skoro sami uznali, że nie będą istnieć. Bujając krętliwie w palcach uprasowany grafitem, kolony słojami walec, przełożyła go nagle w drugą dłoń, zaskoczeniem strachu tkwiąc wzrok we własnych palcach. Czuła je przecież normalnie, więc... dlaczego wydało się to... chłodem? Narastającym, jakby próbowała parabolizować krzepnącą mrozem wodę. Usiłując to zrozumieć, postukała ołówkiem w podręczną półeczkę sztalugi... co spowodowało, jakby cała doczesność pokoju, zbliżyła się ku niej, podejmując oskarżycielskie zarzuty. Dostojne klakanie wahadła ściennego zegara, przywodząc na myśl obustronnie rzucane płócienne zawidła ludzkich zwłok, gięło linie rantujące pergamin, przywodząc na myśl jego zaleganie: wobec ołtarzyście królewskiego stołu jadalnego, drgając w przestrzeni bezcielesną zachętą, pośród lawiracji cieniście złowieszczych słów mroku, układających się w treść codzienności...
- Klak-klak...klak-klak...klaak-klaakk... Kllaakk...
Kolejną sekundą, gong przedgodzinnie brzmiący północą, zdawał się kolejnym zanosem, wykuwać inakszą od uprzedniej, bratnią jej postrzegalność. Stanowiła jej osobowość, pozbawiona strachu. Wsparta ostrością grafitu, niczym tuba patefonu wobec krętliwej korbowo, winylowej powierzchni, nie mogła zechcieć uznać, iż życie... stało się jej obojętnym, w nieoczekiwanym momencie. Zbywając to, pozwoliła dłoni wieść doczesność, a kiedy zamilkła: nieoczekiwanie runęła z taboretu twórczości, na sędziwie pokostowane klepki podłogi, pozostawiona w sennej nieświadomości.
EPILOG
Wypchnięta ze śródsennej nieboleści, zdając sobie sprawę, że rysując, zasnęła: ułożona zboczeniem dotyku grawitacji, wygodą sęczastej nieustępliwości, przyrzekła sobie, że od dzisiejszego poranka: kończy artystyczną papraninę, powierzając jej miejsce... pisaniu Poezji... Bez wątpienia: tego, już za wiele, a ponadto: przez umysł przebłysły przyszłe tytuły: " Stała "... " Anna ".. i każdy kolejny, kiedy tą myślą: postanowiła jedynie na moment, pozwolić całowanym snem powieką, opaść w jego ramiona...
Chłopiec pracujący w polu. Ukreślony zmysłem podświadomości, oczekiwał dzierżącą sierp dłonią, wobec docięcia naręcza zboża. Nawet klakliwość mechanizmu przemijania, pozwalała mu się uśmiechać, mimiką twarzy przejawiając dwulicowość złego postępowania, gdy zwykł już odwracać ku śpiącej na podłodze postaci, zupełnie czarnookie spojrzenie, żywe jedynie kropką cienia połysku. Obecnie, mógł jedynie zawzięcie użynać pęk łodyg, szczerząc klisty uśmiech... Musiał się jeszcze wiele nauczyć, zanim nieubłagalny zegar, zacznie wybijać północ swojej własnej wiekowości...
Komentarze (9)
Przeczytałam całość i chyba znalazłam więcej Mony Demony, niż sugerowałaby sama dedykacja. Londyn bez deszczu mnie rozbawił, a potem zaczęłam wyłapywać ołówki, obrazy, przedmioty nabierające własnego życia, przejście od malowania do poezji, a na końcu jeszcze Annę. Sprytnie to poskładałeś. Nie wiem tylko, ile znalazłam naprawdę, a ile już sobie dopowiedziałam 😉
Dziękuję za dedykację. Jest mi bardzo miło.
Mona Demona : Mademoiselle, bez Nieuprzejmości, jednak... zgodnie z widniejącym Powyżej:.. zauważyła Pani Bliskość Duszy... pozostałe: pozostawiam Weryfikacji Monifikalnych Łamów Osobowości: Świadomości: Posiadającej Uczucia... bez urazy: nieciźnie młodziutkiej: Inteligencji. 😌🌹
Paris_Catacombes W ramach weryfikacji monifikalnej (lol), poszukam jeszcze Mony w Monie 🙃
Ta!
Mona Demona : hmm... jest tylko jeden aspekt, o którym... nawet JA: zwyczajnie... bałem się napisać... Mianowicie: to Twoje Osobowościowo Przesłodkie: " Ty skurwielu. Przemilczę to, wiesz?.. nawet wówczas, gdy zdychając boleśnie: zaczniesz mnie błagać o tą morykortię... ". 🥺😌
Paris_Catacombes 😂
Przemilczę to 🙃 (bez skurwielu).
Mona Demona : a... zapomniałem:.. uzupełniawszy: wówczas... jesteś zasadniczo seksowną, a ponadto:.. nie jesteś w stanie się temu oprzeć... przecież. 😏🙄🥺🌹
Paris_Catacombes Przepraszam, czemu dokładnie nie mogę się oprzeć?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania