Pięć oddechów przed jesienią
W objęciach Ponidzia lato rozlało się jak farba nieostrożnego boga:
purpura maków wzdycha do ziemi,
złocień słoneczników – tysiące małych słońc,
które zapomniały, że można zajść.
W równaniu wiatru: *-2 × 3 + 1* —
pięć kropel rosy na źdźble trawy,
pięć chwil, nim ciepło utonie w zmierzchu.
To tu czas dzieli się na kolory:
błękit nieba, co uparcie trzyma resztki dnia,
zieleń, która już szeptać zaczyna *żółć*, *rdza*, *pustka*.
Nawet powietrze tu ma smak malinowego przejrzenia —
słodkie, ale z nutą goryczy, jak wspomnienie
uciekiniera z krainy wiecznego słońca.
A jednak…
Gdy zmrużysz oczy, widzisz:
miedzą idzie jesień, niosąc w dłoniach
*pięć* spłowiałych płatków chabru —
odsłaniając nagą prawdę ugoru.
I tylko ćmy, niczym żywe płatki maku,
tańczą jeszcze w świetle, które nie wie,
że już jest wspomnieniem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania