Mro…
Po rozmowie o hasłach i krukach, Dziadek ruszył w stronę swojego posłania. Komandos odprowadził go wzrokiem, a jego dłoń wciąż zaciskała się na procy z wyrzeźbionym lewem. Wachmistrz wiedział, że obóz – przynajmniej na miarę ludzkich możliwości – jest dobrze zabezpieczony; nikt nie mógł znienacka podejść grupy junaków, nie łamiąc rozrzuconych w mroku patyczków. Jednak mimo upływającej północy, wciąż doskwierało mu nieznośne uczucie bycia obserwowanym. Jego skóra działała jak radar wyławiający z ciemności niewidoczne, a raczej – jak chciał wierzyć – nieistniejące zagrożenia. Starzec się bał. Włoski na rękach stawały mu dęba, a chłodny powiew nocy wydawał się nieść ze sobą coś obcego. Stał się zakładnikiem legendy, której nie zdążył opowiedzieć do końca i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.Ukradkiem, tak aby podopieczni nie widzieli, na krańcach obozowiska rozłożył dary. Dwa ziemniaki i kawałek drogocennej kiełbasy – jałmużna położona bezpośrednio na czarnej, pachnącej wilgocią i rozkładem ziemi. Szeptał przy tym zakurzone reguły, które zapamiętał z ust babki, nestorki rodu. Każde słowo wydawało się ważyć tyle co kamień nagrobny, a jego drżący głos ledwo przedzierał się przez ciszę:– Przyjmij dar, Ciemny Wędrowcze, co bez cienia po świecie kroczyć musisz... Zapomnij nasz ślad, oszczędź mnie i nie bierz tego, co pod moją ręką spoczywa. Daruj winy, z mroku przyjdź i w mrok odejdź, Panie Nocy i Głuchego Pola...Poczuł chwilową ulgę, wierząc, że ten pakt zapewni im ochronę. Przecież kiełbasę – myślał trzeźwo – mógł zabrać rano przed wymarszem, jeśli nikt jej nie tknie. Mimo to, grzbiet wciąż jeżył mu się jak u kota osaczonego przez psy.„Wojna mnie zepsuła” – kombinował pod nosem. – „Stałem się nadwrażliwy, wystarczył jeden głupi incydent z gackami, żebym stracił zdrowy rozsądek”.Chciał tylko bezpiecznie wrócić z tymi dzieciakami do domu. Osobiście opatrzył ich rany po ataku cieni i czuł dumę, że żaden nawet nie pisnął. Im cięższe czasy, tym twardsi ludzie.Starzec położył się, widząc oba ogniska i stróżujących chłopców. Nie miał zegarka, ale szkarłatny księżyc, wiszący nisko nad horyzontem niczym krwawiąca rana, podpowiadał mu, że do świtu zostały najwyżej dwie godziny. Obiecał sobie, że nigdy więcej nie opowie nikomu o Olendrze, który zaprzedał się demonom. I całe szczęście, że nie wspomniał chłopcom o najważniejszym: że według legendy Mroczun zbiera siły przed atakiem, pochłaniając właśnie księżycowy blask.„Co za bzdura!” – skarcił się w myśli. – „Ludzie zawsze muszą szukać magii w pogodzie”.Wystawione straże czuwały, a z szałasu dobiegały przyciszone głosy o „nietoperzach”. I nagle noc umarła.Zawsze obecny, monotonny koncert świerszcze znad rzeki urwał się gwałtownie, jakby ktoś uciął go nożem. W tej samej sekundzie powietrze zgęstniało, tracąc zapach rzecznej wilgoci. Dziadek mógłby przysiąc, że słyszy suchy, krystaliczny trzask zamarzającej trawy, która na jego oczach siwiała od nagłego, nienaturalnego szronu. Z jego ust uciekł obłok gęstej pary.Wtedy poczuł ciepło. Niczym wąż w raju, zaczęło oplatać jego ciało, przynosząc zdradziecką, ciężką senność.„Nie mogę zasnąć...” – bronił się resztkami woli, ale mięśnie odmówiły posłuszeństwa.„Możesz, zrobiłeś wszystko jak trzeba” – uspokajała go przyjazna, obca myśl, która mościła się w jego umyśle. – „Jesteś bezpieczny, ja o ciebie zadbam. Śpij”.„Ale chłopcy...”„Śpij”.Gdy powieki opadły, nie potrafił ich już unieść. Był uwięziony w błogim paraliżu nawet wtedy, gdy usłyszał wyraźny odgłos łamanej gałązki. Później kolejny. Alarm zadziałał, patyczki pękały pod czyimś ciężarem, ale Dziadek trwał w bezruchu, spowity podstępnym, hipnotyzującym ciepłem.Aż w końcu noc rozerwał krzyk, który nie był już tylko myślową sugestią:– Dziadku...!Chłopcy wzywali pomocy! Gdy w końcu, targany przeczuciem katastrofy, miał rozedrzeć powieki i zerwać się do walki, światło Księżyca błysnęło mu prosto w twarz – nienaturalne, karmazynowe, gęste jak rozlana krew. Poczuł uderzenie, które rozbiło rzeczywistość na miliony atomów, a potem znów nastała ciemność.– Nie mogę... – Dziadek ziewnął przeciągle, a ból rozsadzał mu czaszkę, jakby całą noc pił nierozcieńczony bimber. – Zasnąłem! Kurwa jego mać! – syknął, a wściekłość na własną słabość na moment przyćmiła lęk.Otworzył oczy i zamarł. Świat pulsował nienaturalną czerwienią, a horyzont zdawał się stać do góry nogami. Obóz nieśmiało oświetlały pierwsze promienie krwistego Słońca, które nie przynosiły jednak ciepła, a jedynie mieszały się z trupiobladymi resztkami nocy. Ogniska ledwo dymiły, wyrzucając z siebie leniwe smużki szarego dymu. Wokół nie było żywej duszy.– Ot strażnicy, kuźwa, ich mać! – warknął i spróbował się dźwignąć, ale ciało było sztywne, obce.Szarpnął się raz i drugi, a wtedy dotarło do niego najgorsze: krzyk chłopców nie był senną marą. Był związany.„Myśl, nie panikuj!” – strofował się w duchu, choć serce waliło mu o żebra jak uwięziony ptak. Ktokolwiek go spętał, musiał wciąż tu być. Czuł ich obecność w tej nienaturalnej, sterylnej ciszy.– Chłopcy! – zawołał półgłosem w stronę szałasu. – Jest tam kto?!Odpowiedziała mu pustka. Świerszcze i żaby milczały, jakby nocna rzeź wybiła wszystko, co żywe w promieniu kilometra. Dopiero po chwili od wschodu dobiegł go niski, melodyjny pomruk, basowy szum przypominający nawałnicę, która utknęła gdzieś między ziemią a niebem.Dziadek zignorował ten dźwięk, priorytetem była wolność. Rozejrzał się po koczowisku. Szałas wyglądał tragicznie – ściany były poszarpane, wybebeszone niczym ul, do którego dobrał się niedźwiedź. Tyle że na Żuławach nie było niedźwiedzi.Wygiął się nienaturalnie, próbując dostrzec nadgarstki. Ręce miał zbielałe od braku krwi, owinięte czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało zbutwiały, czarny powróz. Jednak gdy przyjrzał się bliżej, poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. To nie były konopie. Pęta wyglądały jak splecione, martwe źdźbła trawy i korzenie, które zacisnęły się na jego skórze z mściwą precyzją. Były zimne jak lód i twarde jak drut kolczasty. Wystarczyłby kamień, myślał gorączkowo lub, daj Boże, jakieś ostrze, a przeciąłby te przeklęte więzy w mgnieniu oka.Scyzoryk. Leżąc na brzuchu, czuł jego twardy, owalny kształt w kieszeni spodni. Jeśli napastnicy byli na tyle nieroztropni, by go nie przeszukać, popełnili swój ostatni błąd.– No, teraz ja was... – syknął z nienawiścią. Zmaganie się z więzami trwało wieczność, a każde szarpnięcie sprawiało, że trawiaste pęta zaciskały się mocniej, pijąc jego krew. W końcu ostre ostrze przegryzło splot. Dziadek był wolny.Chwycił motykę – teraz ciężką maczugę – a w drugiej ręce zacisnął nóż. Zbliżał się do szałasu krokiem drapieżnika.– Chłopcy? – wyszeptał, ale zanim zajrzał do środka, uderzył go zapach. Zwiastun śmierci. Do gardła napłynęła mu gorzka żółć, gdy wbiła się w niego metaliczno-mdła, słodkawa woń świeżej rzeźni. To nie był zapach bitwy, prochu i dymu, jaki znał z dawnych lat – to był duszący, parny fetor rozlanych flaków i ciepłej jeszcze krwi.Gdy rozchylił wejście, świat zawirował mu przed oczami. Musiał oprzeć się na trzonku motyki, by nie runąć na kolana.– Komandos... kurwa... dziecko!Daniel wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami. W martwych źrenicach zastygło niedowierzanie. Chłopak był niemal rozszarpany. Z potężnej wyrwy w gardle wyzierała nienaturalna biel kręgów szyjnych, a krew, która zbryzgała korpus, zdążyła już ściemnieć i zakrzepnąć w brunatną, lśniącą skorupę. Prawa ręka, niemal odrąbana, trzymała się na strzępach materiału bluzy, wygięta pod kątem, którego nie zna anatomia. Lewa dłoń leżała metr dalej, w głębi szałasu, odcięta czysto, jakby gilotyną. Daniel walczył. Walczył do samego końca, a ta walka tylko rozwścieczyła bestię.Szok i drgający w piersi żal zaczęły gwałtownie ustępować miejsca czystej, lodowatej furii. Zimno zalało jego żyły, odcinając ból głowy.– Pozabijam... – syknął, ale głos uwiązł mu w gardle. Zrozumiał, że reszta grupy wciąż może żyć. – Oj Danielku... to moja wina. Przepraszam, dziecko. Nie dałeś rady sam...Przyklęknął i drżącymi palcami zamknął chłopcu powieki. U starca włączył się wyrachowany, wojskowy tryb przetrwania. Najpierw żywi, potem polegli. To była jego jedyna kotwica, która trzymała go przy zmysłach.– Wrócę po ciebie – szepnął i na odchodne dotknął piersi chłopca. Wtedy jego dłoń zapadła się w przerażającą pustkę.Dziadek gwałtownie odsłonił połą marynarki Daniela i skomlał cicho, jak bity pies, który nie potrafi się bronić. Po lewej stronie klatki piersiowej, tam gdzie powinno być serce, ziała czarna, poszarpana dziura.– Jezuniu... Skurwiele zabrali ci nawet serce?!Tego było zbyt wiele. Widział w życiu wiele zła, ale nie to. Nie okalecza się dzieci. Nie w ten sposób. Ci, którzy to zrobili, musieli umrzeć. Musieli zapłacić życiem, zanim to przeklęte, brunatne Słońce wzejdzie na dobre nad Żuławami.
Komentarze (21)
Horror umiejscowiony w powojennych realiach naszego kraju... ciekawe. Klown bardzo mnie zaintrygował i niecierpliwie oczekuję kontynuacji. A tymczasem daję 5 za wątek, a 4 (tak do wiadomości) za wykonanie, bo taka ze mnie wyrachowana osoba ;)
Pozdrawiam.
Wykonania, no cóż, Vi juz powinnaś wiedzieć jak ciężkim przypadkiem jestem, cieżko u mnie wykrzesać coś wiecej, ale uważam, że oceniłaś mnie i tak bardzo szczodrze. Dzięki za to, i za to, że jesteś ze mną w tej piekarni :)
Czy jest w tym opowiadaniu jakaś część prawdziwych wydarzeń?
Scena ze szczurami dla kogoś kto się ich boi świetna. Straszny ten klaun... Nie cierpię przebierańców.
Coś przeczuwam, że teraz się zacznie masakra. :) 5
„Czy jest w tym opowiadaniu jakaś część prawdziwych wydarzeń?” Moja odpowiedź: jak dotąd 80%
Maurycy Zdradzisz mi czyje są te wspomnienia?
Szudracz chcę powiedzieć, że to jest oparte na jak najprawdziwszych wydarzeniach, ale nie trzymam sie ścisle faktów, i historia koniec końców jest praktycznie zmyślona. Zwłaszcza to co ma dalej nastąpić, choć, no wiesz...
Pasja zauważyła, że wracam tym opowiadaniem do korzeni.
Fajny ten Zbyszek. Dzieciak tęsknił jak to dziecko do zabaw i za rówieśnikami. Ciekawa scena z dziewczynką, ale przecież to horror. No i te szczury? Czy zostaną w tym domu i podejmą walkę z gryzoniami? A jeszcze beczki z winem.
Jako samotny ojciec będzie miał ciężka drogę do nonormalności.
Ten jest cały drewniany, łatwo go spalić, gdyby wojna miała wrócić. - ciekawe rozumowanie co do szukania domu.
Pozdrawiam serdecznie 5
Pasjo ty jak zawsze stawiasz właściwe pytania :) pozdrawiam serdecznie :)
"lub po prostu były rozgrabionego. " - rozgrabione
"prawej stronie stał" - po prawej za dużo o spację
"- Chleba chcę, i mięsa – zamarudził chłopiec " - kropka
"- Hm... no dobra, ja pójdę obaczyć ten pierwszy dom, a ty trzymaj.." - o jedną za dużo na końcu
"w ubrudzonym sądzą " - sadzą?
Tylko tyle drobiazgów.
A opowiadanko - świetne :)
Zapachniało horrorem. Pozdrawiam :)
Agnieszka Gu cholera jesteś świetna jak widzę w interpunkcji, aż ci zazdroszczę tego wyczucia w tej materii. Dzięki wielkie, popoprawiam przy okazji. Dzięki i pozdrawiam serdecznie :)
Maurycy Lesniewski
Wręcz przeciwnie, też sadzę takie "techniczne usterki", więc tym bardziej wyczulona jestem :)
Spokojnie :) Na szczęście nie utrudnia to odbioru całości twoich opowiadań :)
Agnieszka Gu doceniam twoje komentarze i wiem, że piszesz je w dobrej wierze. Bardzo ci za nie dzięki :)
Kurcze, zastanawiam się dlaczego w Polsce tak mało kręci się horrorów, skoro tyle ich się pisze? Ten Twój, coraz bardziej zadziwia. Zaczyna się niby normalnie, akcja idzie niespiesznie, ale piszesz to tak, że nie ma miejsca na nudę, zawsze jest coś, co przykuwa uwagę: jeśli nie tajemnicze dziuple, to facet z psem, teraz opuszczony dom, załamanie podłogi, wreszcie finał. Jak dotąd bardzo mi się podoba to wyważenie, a jednocześnie zaskakiwanie.
Poza tym realia, główni bohaterowie... Co ja się będę - no świetnie i już.
Z drobiazgów:
"...prowadzących ku frontowym drzwi..." - poza tym, w tym akapicie "drzwi" masz sporo, można byłoby je ciut ograniczyć.
Ciekawość to pierwszy stopień i tak dalej, ale wypatrywać będę kolejnych części "Piekarni".
Pozdrawiak ;)
Adam T zawsze lubiłem wielowarstwowe powieści, próbuje coś podobnego kombinować, nie wiem czy mi się uda, ale próbuję :) dzięki za przeczytanie i rady, na pewno w wolnej chwili się nad nimi głęboko zastanowię i popoprawiam co się da .
Pozdrawiam
No panie M, powolutku do celu, świetnie!
Piękne dzięki Blanka :)
" Po kilkugodzinnym jeżdżeniu po na wpół wymarłym miasteczku i przeszukiwaniu domów, które odpowiadałyby Józefowi, te albo okazywały się już zajęte, lub po prostu były rozgrabionego." - rozgrabione
"Józef zatrzymał wóz przed trzema bliźniaczymi budynkami. I powiedział radośnie podekscytowany." - Albo samo podekscytowany, albo samo, radośnie. Inaczej, brzmi sztucznie.
" Zbigniew dawno stracił zapał, ziewnął przeciągłe i powiedział:
- Głodny jestem.
Józef popatrzył na pełne wiadro ogryzków, które kazał zbierać synowi dla konia i powiedział.
- No bierz jabłko, mamy ich dużo." - musisz ograniczyć to: "i powiedział" , bo rozpierdala Ci tekst.
Może:
Zbigniew dawno stracił zapał, ziewnął przeciągłe.
- Głodny jestem - rzucił.
Józef popatrzył na pełne wiadro ogryzków, które kazał zbierać synowi dla konia.
- No bierz jabłko, mamy ich dużo.
"- Hm... no dobra, ja pójdę obaczyć ten pierwszy dom, a ty trzymaj.." - nie ma wwukropek. Albo kropka, albo wielokropek, składający się z trzech.
" To mówiąc sięgnął po jeden z kawałków pieczeni, który trzymał zawinięte w kawałek prześcieradła i podał synowi. Następnie sięgnął do worka," - to mówiąc sięgnął, następnie sięgnął. Trzeba zmienić.
Chwycił, wyjął, wziął, itd.
"Wyciągnął chleb, odkroił dwie grube pajdy, jedną wręczając synowi, a drugą zatrzymał dla siebie. Schował resztę i biorąc potężny kęs chleba powiedział."
Po pierwsze - dubluje się "chleb"
Po drugie - wiadomo, że, jak zatrzymał, to dla siebie. Niepotrzebne dookreślenie.
Przerwa techniczna na refleksję.
Masz bardzo fajną fabułę, fajny pomysł, i ciekawą stylizację. WIdać, że reaserch był, a i wiedza nie skąpa. Wykładasz się na dookreśleniach i braku synoninów. Płyniem dalej.
" Chłopak z pełnymi ustami jedzenia, skinął tylko głową." - też wiadome z kontekste.
"Mężczyzna pomacał prawą stronę swetra, aby upewnić się, że nóż znajduje się na swoim miejscu. Był." - A tu z kolei, zajebiście. "Był". Właśnie o taką prostotę chodzi. Przypomniał się Hemingway: Dotarł do rzeki. Rzeka tam była. O to mnie chodzi, senior ML.
Opis pokoju i tego jak wpadł - zajebisty, ale...
"- Rany Julek!" - No nie. Chwilę wcześniej mówi "Kurwie ruskie" a dalej, po czymś takim, Rany Julek.
Dalej, sorry, ale ja szczerze, masz cztery razy słowo: "noga". Do przebudowy lub zamiany na synonim:
" Józef wpadł w furię, złapał jedno ze zwierząt, mimo, że wściekle kąsało jego wielką dłoń i ścisnął, aż usłyszał ciche chrupnięcie." - nie rozdzielamy mimo że.
"Zaczął nią okładać własną nogę, a dokładniej gryzonie, które się w nią po wgryzały." - po wgryzały?
"Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, w którym się znajdował." - z kontekstu wiadomo, po czym sie rozglądał.
"Gdy światło z latarki Józefa trafiało na ową żywą masę, ta rozpływała się niczym woda pełna świecących punkcików, po uderzeniu wiosła." - wiadomo "zczyjej" Józef zbędny. W sensie - zapis.
Mnożysz informację. Dwukrotnie opisywałeś, że na beczce siedział okrakiem.
"Ruszył w tamtym kierunku. Kiedy minął krzaki, zasłaniające sąsiednie podwórko, zobaczył, że jego syn śmieje się w głos i buja się na huśtawce." - "się" "się". Może:
Ruszył w tamtym kierunku. Kiedy minął krzaki, zasłaniające sąsiednie podwórko, zobaczył syna bujającego się na huśtawce. Ten śmiał się w głos.
Dobra. Po seansie. Druga część tekstu lepsza, ale niezgrabności trochę było. Chuj tam. Będe walczył o ten tekst, bo bardzo rokuje fabularnie. Aż nie wypada, by coś o tak zagęstniałym klimacie, odwracało uwagę czytającego takimi pierdołami.
Muszisz to jeszcze przeszlifować, by inni, co przyjdą po mnie, mieli lżej. Twór nie powinien być nigdy ostateczny. Doskonałość nie istnieje.
Wnioski: Gęsto. Klimatycznie. Czasami klaustrofobicznie. Czasami trochę nieporadnie.
Dziś czytałem kilka podobnych tekstów. W większości dałem cztery gwiazdki. Wiem, że byś się wkurwił, gdybym przez pryzmat sympatii do Ciebbie zrobił tu inaczej. Ale się nie wkurwisz, bo nie zrobię.
Chcąc być uczciwy wobec Ciebie, siebie i tego pająka, co to mi wisi nad drzwiami, daję cztery gwiazdki.
Wyrok. Uzasadnienie.
Kurtyna.
Can komentarze są na wagę złota. Jedne mówią o odczuciach, drugie o błędach, inne jeszcze zawierają cenne sugestie. U ciebie jest tak, że jest to wszystko razem, wiec co mogę powiedzieć. Wielkie
dzięki.
Teraz mam przedświąteczny pierdolnik, ale planuje zastosować poprawki jak tylko pierdolnikowe ciśnienie lekko zelży.
Pozdrów pająka z nad drzwi, a może złap mu na wigilie jakaś muchę, czy robala.
Pozdro dla Ciebie
Spoko, Maur. Działaj dalej.
Ps. Z tego, co pisałeś (albo źle zrozumiałem) obcujesz, masz możliwość obcować, z rzeźnią.
Toć to skarbnica wiedzy pod opowiastkę przepełnioną gore.
Pozdro
Napisałem, że byłem kiedys w owczej rzeźni, w sumie to rolnik mi pokazał, jak się zabija owce „na własne potrzeby”, miał taką mini-rzeźnie. Po tamtym doświadczeniu mało wegetarianinem nie zostałem :)
Parę razy z rzeźnikiem pracowałem w Pl, wiem z niewielkiego mojego doświadczenia, że nie ma nic gorszego niż nieudolny, lub pijany rzeźnik. Dla zwierząt oczywiście.
"Rany Julek" było zaczerpnięte z pierwowzoru ;) no ale zdaję się na ciebie Can, wyleciało :)
Zaczynam żmudny etap poprawiania, jak widać
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania