Poprzednie częściPiekielne drzwi - I - Decyzja

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Piekielne drzwi - III - Przeznaczenie

W chwilach tak jak ta, całe życie przemyka ci przed oczami. Dzieciństwo. Pierwsza miłość. Lata pracy w policji i jako detektyw w sprawach zbyt makabrycznych, by ktokolwiek o zdrowych zmysłach odważałby się je tknąć choćby palcem. Zdrowe zmysły? Świat zwariował i wariuje dalej, a ty razem z nim, zmierzając po spirali ku zatraceniu. Czy istnieje droga ratunku? Czy jedyne co ci pozostało to śmierć i zapomnienie?

Przeszłość powraca ze zdwojoną siłą. Moment, w którym porzuciłeś syna. Moment, kiedy w przypływie gniewu zamordowałeś własną żonę. Nie chciałeś tego zrobić. Wygodna wymówka. Daje ci ukojenie. To nie jest prawdą. Wiesz o tym. Musiało się to zdarzyć. Przeznaczenie. Nie! Pieprzyć fatalizm! Nie zakryjesz tego! Zabiłeś ją, bo próbowała odwieść cię od ścieżki, po której kroczysz! Kochała cię, rozumiesz? A ty to…odrzuciłeś. Zmieniłeś obietnicę w pył.

Robert uderzył się rękoma w głowę próbując wyzwolić się z amoku wspomnień. Wrócił do rzeczywistości. Ponownie spojrzał za siebie, gdzie uprzednio zobaczył mężczyznę w płaszczu. Jego błękitne oczy hipnotyzowały go…i mieszały mu w głowie. Zwymiotował.

‐ Nie daje rady – upadł na kolana.

Nie możesz się tu poddać. Wstawaj. Ruszamy. Słowa wędrowały po umyśle Roberta Valsama. Słyszał je, ale nie potrafił zrozumieć sensu. Minęło kilka sekund zanim to do niego dotarło. Spojrzał po raz ostatni na mężczyznę o błękitnych ślepiach. Nieznajomy był skromnej postury. Całą twarz zakrywała przedziurawiona jak ser szwajcarski maska z nieznacznym otworem na oczy. Spod płaszcza wychyliły się poznaczone bliznami czarne ręce zakończone pazurzastymi palcami. Jedną ręką skierował w kierunku prawej ściany.

"Proszę cię, Robert. Nie pozwól, by wszystko poszło na marne."

Były detektyw wytarł ze wstrętem usta.

- Kieruj mnie do Kokpitu. Najkrótszą drogą – wyszeptał, myśli kierując do Cienia.

Ruszył naprzód korytarzem. Powietrze zmieniło się. Zgęstniało. Nabrało mlecznobiałej barwy. Coraz ciężej się przez nie szło. Po krótkiej chwili, Valsam i Skarabeusz byli zmuszeni przedzierać się przez nie. Powoli. Jakby kroczyli zanurzeni po pas w gęstym szlamie.

‐ Co do cho… – były detektyw nie zdążył skończyć. Kątem oka dostrzegł zmierzającą ku niemu kościstą rękę. Uchylił się. Ręka, a raczej dłoń wystrzeliła z prawej strony w kierunku jego gardła. Szybkim ruchem wyszarpnął zza pazuchy ostry nóż. Dłoń zrobiła nawrót przygotowując się do drugiego ataku. Robert pewnie chwycił ostrze. Palce ponowiły atak. Mężczyzna wyczekiwał odpowiedniego momentu. W ostatniej chwili przerzucił ciężar ciała na lewą nogą i precyzyjnym cięciem przeciął ją tuż poniżej nadgarstka. Uderzyła o posadzkę z głuchym dźwiękiem. Ruszył dalej. Wystarczyła chwila, żeby usłyszał szereg klekoczących dźwięków. Spojrzał w dół nie przestając maszerować. Dłoń nadal żyła, wykorzystała palce jako kończyny i wróciła na ścianę niepewnie się na niej rozglądając. Valsam przyśpieszył. Biegł niestrudzenie, ale przez bariery wyglądało to tak, jak trucht kalekiego biegacza. Usłyszał dochodzącą z tyłu kakofonię klekoczących odgłosów, nasilającą się z każdą chwilą. Spojrzał przez ramię.

‐ O nie, nie, nie! Kurwa! Nie! – wykrzyczał. Widok był zatrważający. To nie była już jedna dłoń. Były ich dziesiątki. Wiele dziesiątek.

"Biegnij co sił w nogach!"

‐ Drzwi. Tam są! – na horyzoncie faktycznie zamajaczył kształt podobny do drzwi. Stawał się coraz wyraźniejszy. Złoto i czerń przecięte błyskawicą. Według informacji detektywa te przejście było lustrzanym odbiciem miejsca dzięki, któremu się tu znalazł. To…wyglądało zupełnie inaczej. Przebierał nogami szybciej bezskutecznie próbując pokonać barierę powietrza. Nacisk na jego nogi zwiększył się. Dłonie zajadle rzuciły się na jego ciała. Drapały. Zasłaniały oczy. Wchodziły pod ubranie. Jeden nierozważny krok i potknął się o nie lecąc na twarz. Jego oczy przysłoniła mgła. Otępiła zmysły.

‐ Odejdźcie – Skarabeusz chwycił pokiereszowanego detektywa, podarował trzy prawe sierpowe i podniósł za kark do góry. Valsam czuł się jak w imadle. Ze złamanego nosa spływała krew, prosto na wargi i skapywała na posadzkę.

‐ Nic nie mów. Nie jesteś w stanie wydostać się z mojego uchwytu – słowa przeraziły detektywa dogłębnie. Serce wariowało. Czuł ból w policzku. Zapadł się do środka. Mężczyzna wzmocnił uchwyt.

‐ Ładne ostrze. Skąd je wziąłeś? – detektyw spojrzał w oczy Skarabeuszowi. Nie mógł popełnić większego błędu. Widział w nich swoją przeszłość. Najczarniejsze wspomnienia przeżywane w kółko. Raz za razem. Opadł z sił. Widząc to, błękitnooki sięgnął po ostrze przypasane do boku i precyzyjnie przeszył ciało detektywa. Krew zbryzgała ściany i podłogę. Ofiara opadająca na kolana uderzyła o ciało nieznajomego. Zderzyła się z metaliczną powłoką. Musiał ją mieć pod płaszczem. Wprawne ucho mogło usłyszeć głuche dudnienie.

Valsam krztusił się krwią. Próbował coś powiedzieć. Jedyne co wyszło z jego ust to szereg niemożliwych do rozpoznania dźwięków. Starał się sięgnąć po upuszczone wcześniej ostrze. Mężczyzna w masce zakończył cierpienia Roberta wbijając ponownie nóż w brzuch. Rozpruł go a na chropowatą posadzkę wylały się wnętrzności, które niemal momentalnie zaczęły gnić. Każdy cząstka życia uleciała z ciała Valsama. Skarabeusz jednym ruchem pozbawił byłego detektywa ciała. Skóra, mięśnie, tkanki. Nie został po nich ani jeden ślad. Jedynie sam szkielet. Chwycił obiema rękami czaszkę i oddzielił ją od kręgosłupa.

‐ Spójrzmy co w sobie skrywasz – głos Skarabeusza dudnił wewnątrz maski. Podszedł do prawej ściany, pewnie trzymając czaszkę. Potężnym ciosem roztrzaskał ją o ścianę. Kości rozsypały się.

‐ Tu cię mam – rzekł spokojnym głosem. Spośród połamanych kości wypłynęła turkusowa maź, która zaczęła się gwałtowanie przeobrażać. Maź, kryształ, ciecz, lewitujące światło. Światło odleciało w kierunku drzwi do, których nieomal dotarł Robert Valsam. W ostatniej chwili wymknęło się pazurom Skarabeusza.

‐ Cień. Powinienem był wiedzieć. Nie mógł wytrzymać tak długo bez jej pomocy. Cieniu, jesteś dumna, że sprowadziłaś kolejnego wędrowca na manowce? Kolejna dusza w szponach zachłannych Kuratorów. Kiedy wasz głód zostanie zaspokojony?!

Na próżno doczekiwał się jakiejkolwiek odpowiedzi. Mężczyzna o błękitnych oczach został sam. Zginęła kolejna osoba, a on nie przybliżył się do swojego celu ani o milimetr. Wbił kolejną igłę w nogę.

‐ Nie mogę zapomnieć – powiedział do siebie. Podniósł się z kolan i ruszył dalej. Jego podróż nie dobiegła jeszcze końca.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania