Piękne jak wiśnia

Kolejne płatki drewna spadały na podłogę, wirując przy tym. Ich lot był tak delikatny, że można było je pomylić z płatkami róż, ale w przeciwieństwie do kwiatu miłości nadawały się tylko do wyrzucenia. Nie wydzielały słodkiego zapachu dzięki, któremu chcę się je ścisnąć w dłoni i przylgnąć do nosa. Nie kojarzyły się z miłością, a raczej z przemijaniem ludzkiego życia. Więc za co je tak cenię? Otaczają mnie codziennie. W dodatku jest ich coraz więcej, ale nie myślę nawet o ich sprzątaniu. Płatki, są wymiatane na zewnątrz przez powiew wiatru do mojego ogrodu, a może nawet dalej. Ludzie są zachwyceni takim widokiem. Przełom między jesienią, a latem to czas gdy drzewa wiśni japońskiej przekwitają. Roślina usuwa zbędne części. Dla niej jest to coś niepotrzebnego, dla ludzi dowód na to, że przyroda jest piękna. Często to co jest wynoszone z mojego mieszkania, mylą z tym zjawiskiem. Wiórki drewna mieszają się z kwiatami wiśni, tworząc ławice wędrujące po błękitnym niebie. Są jednym i tym samym dla wszystkich, ale tylko w tym okresie. Gdy heblowiny drewna lipowego nie są maskowane przez różowe płatki to znak, że trzeba zamknąć wejście na taras, a tym samym zablokować wietrzną drogę jaką stworzyły moje ,,kwiaty”. W innym wypadku spotkały by mnie opryskliwe uwagi ze strony sąsiadów.

- Hej! Właź do auta!- Oderwałem wzrok znad książki i z pretensją w oczach spojrzałem na sprawcę, który miał czelność przerwać mi lekturę- Ta, idę- odpowiedziałem zachrypniętym głosem.

-Usiądź z przodu- zrobiła miejsce zgarniając jednym ruchem wszystkie papiery z siedzenia- No, co tam w szkole?

- Nic- Wzruszyłem tylko ramionami i naciągnąłem słuchawki na uczy.

- Zdejmuj je- Te słowa nie powiedziała już tak ciepło jak poprzednie- Jadłeś obiad?

- Może- Odpowiedziałem niepewnie. Nie chciałem kłamać, ale też wolałem nie mówić do końca prawdy.

- Tak czy nie? Wykupiłam ci je na miesiąc, nie były takie tanie, wiesz?- Patrzyła ciągle na drogę, z każdą minutą rozmowy ze mną jej ruchy kierownicą były robione coraz gwałtowniej- No gadaj.

- Nie.

- Wiedziałam. Umówiłam cię do psychologa i nie mów mi, że go nie potrzebujesz bo nie wiem co ci zrobię- Westchnęła ciężko i gdy usłyszała z moich ust upragnioną ciszę po swoim wyznaniu, z zadowoleniem dodała- I jedziemy teraz na obiad do indyjskiej knajpy. Tak jak lubisz… Przynajmniej lubiłeś- Gdy zobaczyła, że moja głowa oparła się z bezradności o szybę auta, spoważniała bardziej i postanowiła zmienić taktykę- Martwię się o ciebie. Bo jesteś moim synem. Jakbyś nim nie był to miałabym to gdzieś, ale to mnie zabija jak patrzę na to co ze sobą robisz. Rozumiesz?

- Tak- Spojrzałem lekko w jej kierunku, ale po chwili wróciłem do oglądania fruwających płatków wiśni- Pójdę na terapię…- kilka z nich wleciało do wnętrza samochodu.

Mahoniowy stół stał rozłożony na samym środku, niegdyś mojej sypialni aktualnie pracowni, w której jestem w stanie spędzić cały boży dzień. W powietrzu unosił się przyjemny, wilgotny zapach dopiero co przyniesionego drewna, które z niecierpliwością czekało aż zacznę je skubać kawałek po kawałku, nazwę je, sprawię, że nie będzie bezosobowym blokiem lipy, lecz czymś na co spocznie wzrok wygłodniałych sztuki ludzi. Wiatr rytmicznie usuwał zbędne obierki mojej pracy przez co miałem większe pole manewru. W tamtej chwili chciałem stworzyć coś idealnego, coś co mogłoby być na równi z talentem Michała Anioła, którego podziwiałem już od najmłodszych lat. Niestety brakowało pozera, na którym mógłbym się wzorować, poza tym często moja praca opiera się na nocnych godzinach, w których nie jest w stanie mi nikt pomóc. Z dłuższego przyzwyczajenia nabrałem wprawy i gdy miałem kłopot z odtworzeniem jakiejś części ciała zawsze spoglądałem na to co ja posiadam. Nie było to może idealne, raczej… nieidealne. Tworzę idealne z nieidealnego, zabawne. Gdy wydobywałem formę w drewnie, starałem się, żeby nie przypominało to za bardzo mnie. Nie może być takie jak ja bo nie byłoby czymś za czym by się oglądano. Ja służę tylko jako przykład proporcjonalnego ciała, ale na pewno nie idealnego.

- Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe- Powiedział przysiadając się na miejsce obok mojego, w szkolnej stołówce. Drgnąłem gwałtownie, oderwany od świata, w którym krążyłem myślami.

- Co? Nie… Jasne, że nie. To jest twoja szansa, wykorzystaj ją- Nie spojrzałem na niego choć widziałem, że zbliżył się by dostrzec jakiś sygnał sugerujący, że kłamie w tej chwili- Mówię na serio, nie musisz mi się tak przyglądać.

- Mam nadzieję, ale wyglądasz na zdołowanego- Odrzekł podejrzliwie.

- Jake, daj już spokój, idź na trening, w końcu nowy kapitan drużyny musi świecić przykładem reszcie- Na mojej twarzy pojawił się promienny uśmiech, który wymusiłem dla wiarygodności moich słów. On go odwzajemnił i dodał- Wiedziałem, że nie będziesz się wściekał- Wstał i pobiegł prędko w kierunku hali sportowej.

- Gratuluje, kapitanie…- Szepnąłem do siebie.

Przylgnąłem dłuto do kory. Była chropowata i pokryta porostami, a także robactwem, które przez przypadek się tam znalazło. Uderzyłem młotkiem. Dostrzegłem już pierwsze rysy rzeźby, która niedługo powstanie. Jako jedyny w mieście byłem znany ze staranności wykonywanych figur. Sekret krył się w obróbce końcowej, dzięki niej wszystkie błędy nawet te, które wyglądały na nieodwracalne dało się naprawić jednym pociągnięciem papieru ściernego i kilkoma kroplami lakieru. Jak na nieśmiałą osobę byłem dość pewny swojego doświadczenia i nieomylności w pracy. Wiele razy proponowano mi współpracę, ale za każdym razem odmawiałem bo nie chciałem popełniać tego samego błędu co wcześniej. Było to kilka lat temu kiedy jeszcze nie miałem zielonego pojęcia na ten temat, wiedziałem tylko, że niespełnionych artystów jest wiele i najlepszym rozwiązaniem byłaby jakaś współpraca. Na moje (nie)szczęście przyjęto moją ofertę i przez kilka następnych miesięcy myślałem, że tak musi po prostu już być. Nie dawano mi dojść do głosu, wszystkie moje wizje lądowały w koszu, a ja miałem być tylko pieskiem posłusznie przybiegającym na każde polecenie. Nie podobało mi się to i pewnie dalej marnował bym się tam, gdyby nie wygrana w konkursie, która zapewniła mi odpowiedni budżet do rozkręcenia własnej działalności jak i podniosła moje własne ego.

- Co tam tworzysz?- Weszła niespodziewanie do pokoju plastycznego.

- Co tu robisz?- Obróciłem się gwałtownie, oderwany od swojej rzeźby.

- Zadzwonili do mnie, że nie pojawiłeś się na terapii więc przyjechałam- spojrzała wymownie w moją stronę, opierając się o drzwi z założonymi rękami.

- Musiałem to skończyć…-Spuściłem wzrok.

- Ile jeszcze razy będę musiała tu przyjeżdżać, co!?- Wybuchła, aż się wzdrygnąłem- Sam powiedziałeś, że na nią pójdziesz, a zamiast tego siedzisz tu i znowu skrobiesz w drewnie! Popatrz do cholery jak wyglądasz. Znikasz z każdym dniem, pewnego dnia się obudzę i cię nie….

- Przestań! Staram się okey?!Przestań udawać, że się martwisz… Nie wiem co mam tam mówić, jak mam się zachować. Będą na mnie patrzeć, jak na sierotę, która nie umie poradzić sobie w życiu, a sam o siebie umiem zadbać tylko… Potrzebuje czasu- nastała chwila ciszy, a ja od zaparowanych okularów, nie mogłem dostrzec jej wyrazu twarzy, zdjąłem więc je i przetarłem rękawem bluzy, tak samo policzki.

- Słuchaj, albo radzisz sobie sam jak robiłeś do tej pory, czyli bez żadnego rezultatu, albo dasz sobie pomóc to zakończyć. Wybieraj- Patrzyłem na jeden punkt, z nerwów nie mogłem otworzyć ust, oczy zaszły mi łzami. Zobaczyła to- Jutro daj mi odpowiedź, zostawię cię samego, żebyś mógł to przemyśleć…

,,To nie jest idealne.”- pomyślałem gdy spojrzałem na wizerunek ciała mężczyzny. Całą rzeźba miała być statyczna. Głowa lekko pochylona do przodu, oczy przymrużone, a ręka wygięta do tyły, opadająca na kark. Moja wizja była inna, była bardziej doskonalsza. Przykryłem całość grubą folią, żeby mieć pewność, że nikt nie zobaczy tego co stworzyłem. Nie chciałem, żeby ludzie kojarzyli mnie z czymś takim jak to. Potem miałem zamiar całość spalić, tak jak wszystko co mi się nie podobało. Zawsze podczas wykonywania ,,egzekucji” patrzyłem się na nie, jak godziny mojej pracy powoli płoną i zamieniają się w proch. Często miałem wrażenie, że one krzyczą, wołają o pomoc bo są właśnie palone żywcem, ale ja bez większego namysłu dokładam tylko węgla do nich. Niech sobie wrzeszczą, ale to co nieidealne nigdy nie będzie idealne.

W mojej pracowni oprócz kolekcji dłut i wielkiego stołu jest też lustro, którym za każdym razem mogę się wspomóc. Wystarczy, że przed nim stanę i już mam pozera na zawołanie. Starałem się nie spoglądać zbyt często na nie. Nie chciałem się wzorować swoim ciałem, ale czasem obrazki z książek nie wystarczały. Nieidealne…- Przecieram lustro szmatką, i jeżdżę wzrokiem z góry na dół. Spoglądam na wystające żebra, na te wiotkie ramiona, nogi jak patyki i zatrzymuje się na twarzy, ale szybko spuszczam wzrok na wiórki drewna, miotające się od wiatru na wszystkie boki.

Po domu rozeszło się głośne pukanie do wejściowych drzwi. Wyszedłem z pracowni i przystanąłem na chwilę, żeby usłyszeć kolejne stukoty. Nikt mnie nigdy nie odwiedzał więc zrozumiałe było moje niedowierzanie w te dźwięki. Za moment to samo, zbiegłem więc prędko i spojrzałem przez wizjer, z niesmakiem. Otworzyłem skrzypiące drzwi, w których stał Jake, stary przyjaciel od drużyny koszykarskiej. Nie starałem się ukrywać zaskoczenia więc zapytałem od razu- Co ty tutaj robisz?

- Ciebie też miło widzieć, Philipie- odparł z uśmiechem na ustach- Wpuścisz mnie?

Odsunąłem się, żeby zrobić mu miejsce w drzwiach i wskazałem na stół w jadalni- Coś się stało, że odwiedzasz mnie po pięciu latach rozłąki?- lekko zadrwiłem z jego wizyty, miałem nadzieję, że dostrzeże aluzję i szybko się ulotni.

- Och, po prostu chciałem cię odwiedzić, mamy mecz niedaleko stąd, a że twoje nazwisko jest gdziekolwiek nie spojrzę, pomyślałem, że wpadnę i zapytam co u ciebie. W końcu przyjaźniliśmy się- Nie skumał aluzji.

- Chcesz herbaty?- Dolałem wodę do czajnika i ustawiłem go na pełnym gazie.

- Nie, dzięki- Usiadł wygodnie zakładając nogę na nogę.

- To dla siebie tylko zrobię- Spojrzałem w jego stronę opierając się tyłem o blat- Ta, więc co u ciebie?

- Jak już wspomniałem przyjechałem tu z drużyną, idzie nam całkiem nieźle jeśli o nią chodzi. Ja natomiast ożeniłem się i mam dwójkę dzieci, a ty z kimś jesteś?

- Aktualnie, nie. Mam za dużo na głowię, żeby myśleć o związku- Czajnik piszczał wydmuchując gorącą parę z gwizdka. Zalałem szklankę wodą do pełna, zastanawiając się jakie jeszcze prywatne pytania będzie mi zadawał.

- Czy jest już z tobą dobrze? Wiesz o co pytam- Spoważniał i zmienił pozę na nieco wyprostowaną.

- Tak jest ze mną jak w najlepszym porządku- zabrzmiało to trochę za bardzo ironicznie niż miało być.

- Wiesz bo gdyby nie to, to możliwe, że jeździłbyś teraz z nami po świecie i pewnie byłbyś nadal kapitanem- drążył.

- Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Przyszedłeś tu, żeby się nade mną użalać? Jeśli chcesz wiedzieć radzę sobie świetnie i nie żałuje żadnej mojej dotychczasowej decyzji więc nie musisz się martwić kolego- dobrze wiedziałem, że wychodzę na dupka. Jake był moim jedynym przyjacielem w liceum, ale nie umiałem zachować się w tamtej chwili inaczej.

- Nie chciałem cię urazić, po prostu…

- Po prostu chcesz, żebym ci zazdrościł? Dwójka dzieci, żona, kapitan drużyny… Gdyby nie ja to nie miałbyś tego, więc przestań pieprzyć jak bardzo miałem ciężko- Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć mu więcej, ale chyba powiedziałem nawet za dużo. Ścisnąłem tylko w ręce kubek gorącego napoju i przykładając wargi do niego. Od zgęstniałego powietrza jakie między nami powstało zapomniałem o temperaturze herbaty i syknąłem z bólu rozlewając całą ciecz na blat.

- Uspokój się, ja wcale…- wstał.

- Lepiej będzie jak już sobie pójdziesz- wpatrywałem się w kałużę herbaty.

- Do zobaczenia Philipie- stanął w progu- Jeśli będziesz potrzebował mojej pomocy to wiesz gdzie jestem.

Gdy już wyszedł podszedłem do okna, żeby zobaczyć jak wychodzi przez bramkę. Przyjrzałem się miejscu, na którym siedział przez całą naszą rozmowę. Dotknąłem jej struktury, była chropowata, ale jednocześnie starannie wygładzona. Do tej pory pamiętałem gdzie kupiłem to cacuszko, co jak co, ale meble wybierałem ze starannością, uważałem, że mieszkanie jest odzwierciedleniem człowieka i wiele o nim świadczy, dlatego nawet taboret nie mógł być byle jaki. W tamtym momencie nie liczyło się to co uważałem, miałem ochotę coś rozwalić, zniszczyć aby dać upust moim emocjom. Kopnąłem z całej siły w krzesło, na którym siedział. Od mebla odłamała się jedna noga, którą wziąłem do ręki i używając jej jak kij baseballowy, rozmachnąłem się do tyłu, celując w resztki niegdyś przypominającego krzesła. Byłem jak w amoku dlatego nie zwróciłem uwagi na wbijające się drzazgi w moje dłonie, a także łzy, które spływały nieprzerwanym strumieniem z moich policzków. Krew kapiąca na podłogę z moich ramion ocuciła mnie i zorientowałem się, że już tak naprawdę nie ma w co uderzać. Kawałki drewna walały się po dawno nieodkurzanej podłodze, mieszając się razem z kurzem. Wypuściłem z rąk narzędzie ,,zbrodni” i z żałością popatrzyłem na opuchnięte ręce pełne ran. Objąłem nimi głowę i upadłem na kolana. Szloch, który wydobywał się z moich ust brzmiał tak nieznajomo dla moich uszu, że wydawało się jakby należało do dziecka stojącego obok, któremu zabrano zabawkę.

- Nie chcę już być z tobą.

Zachłysnąłem się właśnie lemoniadą i spojrzałem zaskoczony w jej stronę- Co?

- Nie układa nam się, powinniśmy to skończyć- rozłożyła ręce. Wyglądała na zmęczoną i jakby każde zdanie przynosiło jej wielki wysiłek.

- To przeze mnie?- spytałem nie ukrywając, że mnie dobiła tym faktem.

- Słuchaj, ile mam jeszcze czekać aż się ogarniesz? Starałam się pomóc, ale najwidoczniej tylko pogarszam sprawę- unikała mojego wzroku jakby zabijał, a ja próbowałem doszukać się odpowiedzi w jej twarzy na wszystkie nurtujące mnie w tamtej chwili pytania.

- Chcesz mnie rzucić właśnie teraz?- mój głos się lekko załamał, nad czym nie umiałem zapanować.

- I tak byśmy się rozstali na koniec liceum, ktoś musiał pierwszy zacząć tę rozmowę- nie wierzyłem, że z taką łatwością mówi o wspólnie spędzonych dwóch latach.

- Jesteś jak wszyscy- nie mogłem słuchać jej wyjaśnień więc zarzuciłem torbę na ramię i wyszedłem zakrywając oczy ramieniem.

- Philip- tylko tyle mogłem usłyszeć wybiegając stamtąd.

Skrzynka z listami wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć od ilości nieodebranej poczty. Raz do roku wypadało by do niej zajrzeć i to był właśnie ten dzień. Jake zrobił mi przynajmniej jedną przysługę i dzięki jemu bolesnemu zderzeniu ze skrzynką podczas opuszczania mojej posiadłości, przypomniał mi o istnieniu tego przedmiotu i funkcji jaką pełni, bo przecież nie stoi tam dla ozdoby. Parę listów wciąż leżało na ziemi po tym incydencie. Zebrałem je wszystkie do kupy i wepchnąłem do tylnej kieszeni spodni, prawa oznacza ,,do spalenia”, nietrudno się chyba domyślić do, której trafiły? Wszystkie papierki były stertą reklam, paplaninami od rodziców i świątecznymi kartkami, które wysyła reszta mojej rodziny z grzeczności. Otworzyłem zardzewiałe drzwiczki i wziąłem w pełną garść zawartość metalowego pudła, przejrzałem je szybko po kolei i moim oczom ukazała się ulotka meczu koszykówki, który ma się odbyć dziś wieczorem. Z zastanowieniem wpatrywałem się w kawałek papieru, który jak nijak nie dawał mi spokoju, więc postanowiłem dać jej szansę i nie wkładać jej do prawej kieszeni. Do wieczora zobaczę czy znajdę na to czas. Chciałem to zobaczyć, to o czym mówił Jake. Czy naprawdę to wygląda tak jak mówił czy chciał mnie tylko dobić swoim idealnym życiem?

Moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa po ciężkim dniu. Jedyne na co było mnie stać to oglądanie telewizji, na którą w zasadzie nie patrzyłem, myślałem tylko o tym co bym ujrzał idąc na mecz. W zasadzie nie było nad czym rozmyślać ponieważ było już dawno po jego terminie i zamartwianie się tym nie miało jakiegokolwiek sensu. Nagle, rozbrzmiało natarczywe dzwonienie telefonu. Zmusiłem się, żeby wstać i podejść do szafki, na której leżał. Na ekranie widniał nieznany numer. Wcisnąłem zieloną słuchawkę i przyłożyłem urządzenie do ucha. Moje ,,Halo” brzmiało z lekko pretensją w głosie o porę w jaką odbieram telefon.

- Dzień dobry, czy dodzwoniłem się do Philipa Avenouxa?- odetchnąłem z ulgą gdy usłyszałem leciwy głos starca, a nie tak jak przypuszczałem, Jake’a.

- Tak, o co chodzi?

- Chciałbym zamówić rzeźbę u pana, mógłby pan się spotkać na obgadanie…- nie dokończył bo przerwałem mu moim głośnym westchnięciem.

- Proszę chwilkę poczekać, muszę sprawdzić ile mam zamówień na ten miesiąc- sprawnym krokiem ruszyłem w kierunku pracowni. Sięgnąłem po niebieski planer na biurku, którego nie było tak łatwo znaleźć pod resztą papierów- Jaki syf…- Miałem nadzieję, że mężczyzna w słuchawce nie usłyszał jak bluźnie na swój temat. Spojrzałem na notes, w którym było napisane drukowanymi literami, że pozostała do skończenia jedna figura dla szefa francuskiej restauracji. Szukałem czegoś jeszcze, byłem pewien, że mam więcej do roboty niż jedna marna rzeźba na za tydzień. Kartki dalej były puste, im więcej stron do przodu przewijałem tym bardziej mnie to dobijało i traciłem resztki nadziei.

- Halo? Sprawdził pan już to?- przypomniałem sobie o prowadzonej rozmowie i w pośpiechu przyłożyłem komórką do policzka, zwalając przy tym kilka kartek na podłogę.

- Tak, tak… Wie pan co, mam napięty grafik. Nie pomogę panu- powiedziałem lekko zakłopotany moim kłamstwem, jakby cały świat już wiedział o pustych kartkach.

- A szkoda… Rozumiem. Do widzenia. Jeśli jednak znalazł by pan czas proszę zdzwonić.

- Do widzenia- stuknąłem w czerwony przycisk i odetchnąłem z ulgą. Przysiadłem na skraju krzesła i spojrzałem na moje niedokończone dzieło przykryte folią. Miałem je spalić i zacząć od nowa, ale zdałem sobie sprawę, że za tydzień mija termin i nie mogę tego tak po prostu porzucić. Wziąłem się do roboty, choć przyszło mi to ciężko, żeby nawet odkryć całość z grubej folii. Stęknąłem pod ciężarem drewna i odstawiłem je na duży stół. Popatrzyłem jeszcze chwilę na rzeźbę, która powodowała u mnie poczucie wstydu, że coś takiego stworzyły moje dłonie. Próbowałem ustalić sobie w głowię co najpierw poprawię, ale byłem coraz bliżej wniosku, że z tego nic nie będzie. Znużyłem się ciągłym staniem więc postanowiłem zaparzyć sobie kawę przed ciężką nocą, która mnie czekała.

Zapach zwęglonego drewna unosił się po domu, choć wszystko działo się na zewnątrz. Siedziałem skulony w fotelu bazgrząc przy tym na papierze puste okręgi. Nie pilnowałem czasu, nie obchodził mnie on za bardzo. Co jakiś czas zerkałem na nowy blok drewna, ale szybko wracałem do bezsensownej czynności jaką wykonywałem. Na samą myśl o rachunkach, albo o moim jedynym zamówieniu robiło mi się nie dobrze. Czułem się zupełnie bezsilny w tej sytuacji. Jedyne na co było mnie w tej chwili stać to siedzenie i zamartwianie się jak bezradny dzieciak. Z braku poczucia czasu przypomniałem sobie o najgorszej części dnia czyli obiedzie. Zajrzałem do lodówki, ale poczułem, że nie mam na nic ochoty. Dla innych była to najlepsza pora na odpoczynek i chwile odetchnienia przy ulubionym posiłku, ale dla mnie oznaczało to kolejne wyrzuty sumienia. Gdy już wiedziałem, że nici z obiadu, ruszyłem leniwie w stronę łóżka i walnąłem się na nie bezwładnym ciałem. Zawinąłem się starannie w wełniany koc i pozwoliłem by moje powieki same się zamknęły z upływem czasu.

- Twoja waga nieznacznie się zmieniła- powiedział oschle starszy mężczyzna i przysiadł na fotel. Zaczął coś wystukiwać w klawiaturze- możesz już zejść z wagi- posłusznie wykonałem jego polecenie.

- Kiedy będę mógł wrócić do koszykówki?- zapytałem nieśmiało.

- Mogę tylko powiedzieć, że jeszcze nie pora na to, żeby o tym myśleć.

Zawiedziony spuściłem wzrok na białe kafelki gabinetu lekarskiego. Cało pomieszczenie było pomalowane na jasno, a ściany były pokryte mnóstwem dziecięcych rysunków, które miały dodawać otuchy pacjentom, ale to nie poskutkowało w moim przypadku. Warkot drukarki przywrócił moją uwagę na lekarza.

- Przepraszam, że mówię o tym dopiero teraz, ale… Mam problemy ze snem- Podrapałem się z nerwów o tył głowy i uśmiechnąłem czego nie odwzajemnił- mógłby pan mi coś przepisać?- westchnął ciężko. Jego palce znów zaczęły uderzać dynamicznie o klawiaturę. Po chwili ciszy przestał i zapytał:

- Od kiedy masz ten problem?

- Nie wiem… To już od dawna- spojrzał na mnie wymownie, mrużąc przy tym oczy. Najwidoczniej nie przekonała go moja gadka, czego byłem pewien, ale z jakiegoś powodu, dopowiedział jeszcze:

- Godzinę przed snem i dużo popić- Na moje szczęście był to ten typ lekarzy, którzy nie drążą tematu, byle wcześniej wyjść z roboty.

Podał mi papierek, który wypluło urządzenie. Podziękowałem i opuściłem w pośpiechu pomieszczenie. Po opuszczeniu gabinetu wyciągnąłem telefon, żeby na pewno nie pomylić adresu. Ruszyłem w kierunku umówionego miejsca, przybierając kroku. W ręku ściskałem receptę, na którą co jakiś czas zerkałem dla pewności. Dotarłem do pustej alejki. Jedyna latarnia, która oświetlała ulicę migała wywołując u mnie dreszcze- Scena jak z horroru…- pomyślałem. Poczułem czyjś dotyk z tyłu i automatycznie odskoczyłem. Natychmiast się odwróciłem w kierunku osoby , która mnie przestraszyła.

- Masz to?- nastolatek wyciągnął rękę w moim kierunku, unosząc przy tym brew.

- Tak, a ty?- podał mi kawałek papieru. Przyjrzałem się bliżej napisom i pokręciłem głową na znak, że o to mi chodziło. Wcisnąłem jego receptę do kieszeni, swoją zaś podałem jemu. Wyrwał mi ją z ręki oglądają się za siebie i dodał- Ani słowa nikomu- odszedł, znikając za budynkiem przy skręcie.

Przyglądałem się dłutu, które ściskałem kurczowo w prawej ręce. Obróciłem je w dłoni, mierząc wzrokiem błyszczące ostrze. Kciukiem ocierałem o ostry koniec narzędzia i czekałem aż przetnie moją skórę, pozbawiając mnie przy tym kilku kropel cennej krwi, a tym samym odrywając mój umysł od błądzących myśli.

- O dzień dobry, właśnie się do pani wybierałem, żeby podziękować- wpadliśmy na siebie i odskoczyłem przestraszony na bok.

- Dobry, Ja też cię szukałam, chciałam cię o coś spytać przed tym jak opuścisz liceum- Skrzyżowała ręce, jakbym coś przeskrobał poważnego.

- Słucham- zbliżyłem się zaciekawiony.

Doczekałem tego momentu i z satysfakcją śledziłem wzrokiem strużkę krwi spływającą po moim przedramieniu aż do łokcia, kapiąc na podłogę. Spostrzegłem, że czubek mojego kciuka zmienił swój pierwotny kształt, można było dostrzec wklęsłe miejsce po ranie, w której zaczął powoli powstawać skrzep. W blasku metalu widniało odbicie mojej nędznej twarzy, która nie zmrużyła oka już od dłuższego czasu. Moja ręka wraz z narzędziem powędrowała w okolice płaskiego brzucha. Krążyłem nim po delikatnej skórze co jakiś czas zahaczając o nią ostrzem przez co powstało parę czerwonych śladów.

- Nasza terapia nie trwała zbyt długo i zalecałabym ci na dalszą kontynuacje jej, zrobisz tak?- nachyliła się w moim kierunku.

- Bardzo mi pani pomogła i czuje się na tyle dobrze aby skupić się tylko i wyłącznie na studiach- długo myślałem nad tą sprawą i brzmiało to jakbym recytował ten tekst z pamięci.

Sięgnąłem po młotek leżący obok mnie, był przyjemnie chłodny od długiego nieużytku. U wszystkich moim rzeźb stworzyłem określony schemat, na przykład pod jakim kątem uderzać młotkiem, to wiele ułatwiało. Zawsze zaczynałem pracę od dolnych partii typu mięśnie brzucha, kształt bioder, potem już szło z górki bo widziałem jaką szerokość ma mieć całość. Ścisnąłem mocniej młotek w dłoni. Było trudne utrzymać go nawet w pionie bo nie dość, że cały się trząsłem to na dodatek moje ręce były mokre od potu.

Zamachnąłem się do tyłu, chwilę tak zastygłem zastanawiając się co ja właściwie robię, ale to nie trwało długo, narzędzie stuknęło w drewniany koniec dłuta. Poczułem przeszywający mnie ból, a z miejsca, w które uderzyłem wyciekła bordowa ciecz. Z moich ust wydobył się jęk, a łzy cisnęły się same do oczu, spływając po polikach zostawiły ślady na koszuli. Kolejne uderzenie młotkiem pogłębiło ranę, czułem jakby moja ręka żyła własnym życiem i zupełnie nie słuchała się tego co jej mówię. Po domu roznosiły się dźwięki krzyków i łomotów, które rozbrzmiewały w mojej głowię z każdym razem coraz głośniej. Mój mózg był tylko w stanie zarejestrować te dźwięki. Było ich zbyt wiele, żeby stwierdzić ich liczbę. Zaraz skończę- tak sobie mówiłem, ale nie doczekałem się tego prędko.

- Philip, to były tylko trzy miesiące. Wiesz dobrze, że to za mało na pozbyciu się tych myśli, to, że dziś jesteś zadowolony wcale nie oznacza, że będzie tak jutro. To może nawracać.

- Ja już dawno przestałem je miewać, zwłaszcza przez ostatni miesiąc, a to właśnie wtedy odbywały się rozgrywki kosza. Wierzy mi teraz pani?- rozłożyłem ręce i przybrałem poważny wyraz twarzy.

- Tu nie chodzi o to czy ci wierzę czy nie. Po prostu uczę w tej szkole wiele lat i z doświadczenia wiem, że potrzebujesz więcej czasu- odparła.

Gdy już poczułem się słaby od dużej ilości utraconej krwi, mogłem spojrzeć na moje dzieło. Miałem siłę tylko na to aby leżeć, ale na to co zrobiłem nie patrzyłem dłużej. Czułem pulsujący ból w tym miejscu, a jednocześnie jakby ktoś włożył mi tam żarzący się węgiel. Czy tak się czuły gdy były palone? …

- Jest ze mną dobrze, gwarantuje to pani. Przecież o to chodziło w tej terapii, żebym czuł się dobrze tak jak dziś, prawda?- Ona nie wyglądała na przekonaną, pokręciła tylko głową- akceptuje to jak wyglądam, wcale nie muszę być idealny i zamierzam prowadzić zdrową dietę, przysięgam.

- Dobrze, mam nadzieję, że zmienisz zdanie, a ja życzę ci dobrego wyboru przy studiach, do widzenia Philipie- odeszła, a w oddali nadal było słychać jej charakterystyczny tupot obcasów.

- Do widzenia…- choć już byłem wolny od szkoły, usiadłem na szkolnej ławce i przyglądałem się jej ścianom z czerwonej cegły, jakbym widział je pierwszy raz. Przez całe 3 lata nienawidziłem szczerze tego miejsca, ale w tamtej chwili tego nie czułem.

Wpatrywałem się w biały sufit, moje powieki robiły się coraz cięższe, ale nie bałem się, że je zamknę. Jeszcze przed tym zastanawiałem się czy zrobiłem wszystko co miałem zrobić czyli sprzątnąć w pracowni, nakarmić psa i spalić resztę rzeźb. Nie byłem pewny co do ostatniego zadania bo możliwe, że któraś zawieruszyła się w schowku lub w ogrodzie, ale gdy już ujrzałem ciemność byłem pewien, że się ich pozbyłem. Wszystkich nieidealnych, razem ze mną.

,,Wierzy mi pani teraz?”

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (16)

  • Fajne, tylko dość długie.
  • sisi55 rok temu
    Dziękuje.
  • Pan Buczybór rok temu
    *w dialogach używa się pauz/półpauz, a nie dywizów. Więcej tutaj: http://www.ekorekta24.pl/myslnik-pauza-polpauza-i-dywiz-lacznik-czym-sie-roznia-i-jak-je-stosowac/
    "słuchawki na uczy." - uszy
    *co do wtrąceń dialogowych:
    - jeśli zdanie nie przerywa wypowiedzi, powinno się kończyć kropką. "Jestem - wydusił z siebie - Marek" - bez kropki.
    - jeśli wtrącenie nie zaczyna się słowem, które bezpośrednio dotyczy wypowiedzi (czyli powiedział, rzekł, odpowiedział itd.) powinno się zaczynać dużą literą. "Jestem - Rozejrzał się wokół - Marek" - duża litera.
    "to mnie zabija [przecinek] jak patrzę na to [przecinek] co ze sobą robisz."
    "na co spocznie" - na czym
    "brakowało pozera" - ja bym tu jednak użył słowo "modela"
    "na to co ja posiadam" - przecinek przed "co"
    "Nie może być takie jak ja [przecinek] bo nie byłoby czymś [przecinek] za czym by się oglądano."
    "Powiedział [przecinek] przysiadając się"
    "Nie spojrzałem na niego choć widziałem" - przecinek przed "choć"
    "kłamie" - kłamię
    "błędy [przecinek] nawet te"
    "odmawiałem [przecinek] bo nie chciałem popełniać tego samego błędu [przecinek] co wcześniej."
    "kilka lat temu kiedy jeszcze nie miałem" - przecinek przed "kiedy"
    "na ten temat, wiedziałem tylko" - zamiast tego przecinka średnik lub myślnik
    "marnował bym" - marnowałbym
    "Staram się [przecinek] okey" - średnio mi się widzi ten zapis, w zasadzie jest niepoprawny. Ok albo okay.
    "Będą na mnie patrzeć, jak na sierotę" - zbędny przecinek
    "Potrzebuje" - potrzebuję
    "nastała chwila ciszy, a ja od zaparowanych okularów, nie mogłem dostrzec jej wyrazu twarzy, zdjąłem więc je i przetarłem rękawem bluzy, tak samo policzki." - środek tego zdania dziwnie brzmi. Zapisałbym to raczej tak: [...]nie mogłem dostrzec wyrazu jej twarzy przez zaparowane okulary, więc zdjąłem je...

    Uff. Z góry przepraszam, nie doczytałem do końca. Dalej pewnie jest jeszcze więcej błędów, ale jestem leniwy i w ogóle, więc no...
    I kurde wiedziałem, że w szkole w ogóle nie uczą interpunkcji. Każdy początkujący ma z tym problem i trzeba z tym walczyć. Najlepiej po prostu wkuć sobie te wszystkie zasady przez praktykę. Mi to zajęło trochę czasu, ale jakoś sobie poradziłem.
    Historii nie oceniam, bo jak już wspomniałem, nie doczytałem.
    Pierwszy krok to zawsze poprawa błędów. Niektóre można wykryć samemu przy innych warto zdać się na mądrości internetu.
    Pozdrawiam
  • sisi55 rok temu
    Bardzo ci dziękuje za szczegółowe wypisanie błędów. Piszę od niedawna więc faktycznie widać słabą interpretację. Szkoda tylko, że nie doczytałeś bo koniec jest najważniejszy.
  • sisi55 rok temu
    Buczybór to już jutro ocenię ci coś bo już późno.
  • Puchacz rok temu
    Orgia zaimków bez zmian.
  • sisi55 rok temu
    Nie będę nagle z dnia na dzień lepiej pisać xd. A coś o treści?
  • Puchacz rok temu
    Przynajmniej przyjrzałbym się tekstowi po ostatniej uwadze w tym temacie, bo naprawdę aż po oczach daje.
    Nie wyciągaj mnie na zwierzenia o treści, kiedy techniczna strona leży.
  • sisi55 rok temu
    Rozumiem.
  • Zaciekawiony rok temu
    Błędów od groma. Na pewno to przejrzałaś przed publikacją?
  • sisi55 rok temu
    Tak, po prostu ich nie widzę
  • Zaciekawiony rok temu
    sisi55
    "zapachu dzięki, któremu chcę" - od zasady, że przed "który" stawiamy przecinek, jest kilka wyjątków. To jeden z nich. Powinno być "zapachu, dzięki któremu chcę"
    http://www.jezykowedylematy.pl/2010/11/najczesciej-popelniane-bledy-interpunkcyjne/

    "Nie wydzielały słodkiego zapachu dzięki, któremu chcę się je ścisnąć w dłoni i przylgnąć do nosa." - z całym tym zdaniem jest problem; w bardzo pokręcony sposób powiedziano tu, że narrator nie ma ochoty wąchać wiórów tak, jak róże, ale forma jest nieoczywista i wprowadzająca w konfuzję. Rozbijmy je na pytania i odpowiedzi, żeby pokazać związki logiczne:
    - Co chce zrobić narrator z wiórami? - ścisnąć i przylgnąć do nosa
    - Dlaczego? - z powodu zapachu
    - Co się dzieje z zapachem? - nie ma go, bo wióry go nie wydzialały
    - Więc dlaczego mimo to narrator powiedział, że chce powąchać wióry? - dobre pytanie.

    Dodajmy do tego, że czasownik "przylgnąć" wyraża samodzielne działanie jakiegoś podmiotu przez siebie a nie działanie czymś. Coś do czegoś samo przylega i może przylgnąć po dociśnięciu, ale nie da się przylgnąć czegoś. Rozważ przypadek słowa "zaspać" - ja mogę sam zaspać, ty możesz sama zaspać, ale nikt nie może zaspać kimś ani czymś.

    Tak więc widzisz, w tylko tym jednym zdaniu znalazło się tyle błędów, że niemożność ich zobaczenia źle świadczy o autorze. Jest źle zbudowane, używa błędnego określenia i jest źle podzielone przecinkiem.
    Poprawnie mogłoby to brzmieć tak:
    "Nie wydzielały słodkiego zapachu, dzięki któremu chciałoby się je ścisnąć w dłoni i przysunąć do nosa." - forma przypuszczająca daje nam logiczny związek. Chciałoby się powąchać wióry, gdyby pachniały, ale nie wydzielały zapachu, więc tego nie zrobiono.

    "W dodatku jest ich coraz więcej, ale nie myślę nawet o [] sprzątaniu." - z jednego zaimka "ich" można zrezygnować, aby nie było bliskiego powtórzenia

    "Płatki, są wymiatane" - bez tego przecinka

    "wymiatane na zewnątrz przez powiew wiatru do mojego ogrodu," - jeśli ogród jest na zewnątrz, to może nie trzeba dookreślać, że wióry są wywiewane na zewnątrz? Samo: "wymiatane przez powiew wiatru do mojego ogrodu" wystarcza aby zrozumieć przestrzeń. I w sumie może nawet "mojego" nie jest konieczne, bo łatwo zrozumieć, że ogród przylegający do domu, jest ogrodem tego, który w nim mieszka.

    "to czas[,] gdy drzewa" - a tu przecinek jest potrzebny

    "Często to[,] co jest [wyrzucane/wywiewane] z mojego mieszkania, [myli im się] z tym zjawiskiem." - no bo w końcu on te wióry wynosi do ogrodu i dalej, na chodniki i ławki, czy to się jednak samo z wiatrem wywiewa?

    Więc widzisz, doszliśmy dopiero do końca akapitu z opisami, a już tyle rzeczy do poprawy. A przecież z dialogami jest więcej kwiatków i błędów. Nic dziwnego, że ludziom się nie chce dalej czytać. W dialogach przede wszystkim brak spacji i brak poprzerzucania nowych wypowiedzi do nowych linijek, aby się nam nie myliło czy to dokończenie tego, co mówiła poprzednia osoba, czy coś nowego. Czasem opis wypowiedzi zaczynasz od małej a czasem od dużej litery, bez trzymania się jakichś zasad.

    "- Hej! Właź do auta![ ]- Oderwałem wzrok znad książki i z pretensją w oczach spojrzałem na sprawcę, który miał czelność przerwać mi lekturę.[enter]
    - Ta, idę[ ]- odpowiedziałem zachrypniętym głosem.
    -[ ]Usiądź z przodu[. ]- [Z]robiła miejsce zgarniając jednym ruchem wszystkie papiery z siedzenia[. ]
    - No, co tam w szkole?
    - Nic[. ]- Wzruszyłem tylko ramionami i naciągnąłem słuchawki na uczy[oczy? uszy?].
    - Zdejmuj je[. ]- [Tych słów] nie powiedziała już tak ciepło jak poprzednie[. ]- Jadłeś obiad?
    - Może[ ]- [o]dpowiedziałem niepewnie."

    Przejrzyj pod tym kątem resztę opowiadania.
  • sisi55 rok temu
    Zaciekawiony Bardzo Ci dziękuje za wypisanie błędów. Na pewno mi to pomoże.
  • Joanna Gebler rok temu
    Na temat błędów się nie wypowiem, sama nie jestem w tym mistrzem. Tak czy siak, opowiadanie bardzo mi się podoba. Na samym początku miałam wrażenie, jakby jakiś chłopak czytał książkę, z której co jakiś czas ktoś go wyrywa. Fabuła bardzo mi się podoba :)
  • sisi55 rok temu
    Dziękuje. Właśnie najbardziej mi zależało, żeby ktoś na temat fabuły się wypowiedział.
  • Joanna Gebler rok temu
    sisi55 fabuła jest naprawdę cudowna. Mega wciąga :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania