Pierogi ruskie w Budapeszcie ❤️

Najlepsze pomysły przylatują do mnie, jak lepię pierogi ruskie.

To ulubiona potrawa moich synów. W każdy piątek musiały być. Jak w przysłowiowym grafiku. Must have i koniec.

A w Wigilię uszka — wiadomo:

„No mama, zrobisz?”

No zrobię.

I tak sobie kiedyś lepiłam, lepiłam… i nagle przypomniało mi się moje PRL-owskie dzieciństwo w Budapeszcie.

Klasyk FWP.

Grupa ludzi: on, ona, koleżanka, kolega.

„Ty startuj do tego, ten będzie dla mnie”.

Taki tam urlopowy układ.

Tylko że życie zrobiło swoje.

Ty i ten „od pierwszego wejrzenia” zakochali się w sobie, a koleżanka i kolega z tej historii zniknęli gdzieś po drodze.

Został Budapeszt.

Wzgórze Gellérta. Armaty. Zielone lody. Dunaj. Ogród Filozoficzny.

I nasze małe, wielkie powroty.

Z tamtego czasu pamiętam też obłok białej pary, ciuchcię i długie godziny kolejowej jazdy.

Minęło 25 lat.

I właśnie wtedy, kiedy farsz lądował w cieście, a ja lepiłam kolejną pierogową sakiewkę, nagle mnie olśniło.

Przecież trzeba ich znowu połączyć.

Bo kiedyś listonosz przechwytywał ich korespondencję.

Więc list napisałam.

Potem bilet kupiłam.

I po 25 latach połączyłam dwoje spóźnionych kochanków.

On stał i czekał ze słonecznikiem.

Ona wiedziała, że to on.

Iiii…

tak, mama Lumi ,drugi raz się zakochała.

Tak właśnie czasem, lepiąc pierogi, można przypadkiem przypomnieć sobie historię miłości sprzed 25 lat.

A czasem można też sprawić, żeby ta historia dostała swoje drugie życie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania