Pierwsze pęknięcie
Nie zaczęło się od wielkiej kłótni.
Zaczęło się od ciszy przy stole.
On wrócił zmęczony.
Ona czekała z kolacją.
Nic dramatycznego.
Nic, co dałoby się nazwać kryzysem.
A jednak w powietrzu pojawiło się napięcie,
którego żadne z nich nie umiało nazwać.
Kiedy nie podniósł wzroku znad telefonu,
jej ciało zareagowało szybciej niż myśl.
Ramiona lekko się napięły. Oddech skrócił.
W jej historii takie momenty oznaczały: „Nie jestem ważna”.
On tymczasem nie uciekał od niej.
Uciekał od własnego przeciążenia.
Jego dzień był serią decyzji i wymagań.
Telefon był chwilą odrętwienia,
nie braku miłości.
Ale ciało nie zna kontekstu.
Ciało zna wzorce.
Ona poczuła chłód.
On poczuł presję.
W ciągu kilku sekund powstały dwie różne narracje.
Jej:
„Znowu jestem sama.”
Jego:
„Znowu robię coś źle.”
Żadne z nich nie wypowiedziało tego na głos.
Tak zaczynają się pęknięcia.
Nie od zdrady.
Nie od wielkich słów.
Od mikroreakcji, które nikt nie zatrzymał.
Gdyby wtedy któreś z nich potrafiło zobaczyć, że:
jej napięcie jest echem przeszłości,
jego wycofanie jest próbą regulacji napięcia,
cisza nie zamieniłaby się w mur.
Ale oni jeszcze tego nie wiedzieli.
A związek to przestrzeń,
w której niewiedza o sobie
staje się konfliktem między dwojgiem.
Kiedy odwrócił wzrok,
jego ciało szukało schronienia.
Kiedy ona to zobaczyła,
jej serce przypomniało sobie wszystkie odejścia.
Oboje byli przekonani,
że to drugie atakuje.
To co było dalej
Twoje życie nie raz już napisało,
zauważ to u siebie,
Tam wszyscy byli przegrani
Zauważ to i zatrzymaj.
Komentarze (2)
Choć nie przepadam za wierszami, Twój przeczytałem z przyjemnością.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania