Pierwszy.
Gdyby nie Kirla i jej żołądkowe sensacje, nigdy nie znaleźlibyśmy
Wielkiego Kosmicznego Myśliciela. Przypadek ? Nie sądzę. W końcu
to Raksz mnie z nią wysłał w misję dostarczenia zwiadowcy zasilania.
Ten to pewnie wszystko ma pod kontrolą jednego pazurka. Bestia
Światła to jest Bestia i już. Nie wierzę w ich wydaniu w jakiekolwiek
przypadki. Miałem być przewodnikiem i szefem morferzycy, socjalizować
się z gatunkiem quasi ludzkim, przygotować do współpracy na stażu
łowiska, uczyć samodzielności, pewności siebie, współpracy i
kierowania. Niezłe.
- "Konstelacja Rzyg Wielki. Nie mylić z Małą Mgławicą Urynium." -
powiedziałem głośno, wyraźnie, głownie na potrzeby banku pamięci.
Niech to sobie zostanie dla potomności. Ludzie górą, a
co, nie wpadać mi tu w kompleksy ...
Struga nie do końca przetrawionej, sutej, spałaszowanej jeszcze ze VI
stadem NewCrot kolacji chlusnęła na całą kabinę. Poleciały nawet duże
fragmenty kości, poszarpana skóra bizona i całe wypite z wymienia
mleko. W panującym od 3 minut stanie nieważkości wyglądało to naprawdę
pięknie. W końcu typowy morfer jest co najmniej 3 razy cięższy od
człowieka. Całość organizmu też ma konsekwentnie pozmienianą -
przecież to stylizowany drapieżnik, Kirli blisko do potężnej,
przesadnie umięśnionej antropomorficznej hieny. Słowem - duży Żołądek
i spory przełyk. Na dokładkę morferzyca nie poradziła sobie w porę z
torebką. Temu to się akurat nie dziwiłem. W końcu ludzkie ręce, stawy,
ich ilość, skóra i reszta to jest produkt setki tysięcy lat
ewolucji. Jak ktoś korzystając z berneńskiej techniki zamienia się w
hienoludzkie monstrum rodem wprost z rozrywkowych excytów to niech
później nie narzeka że ma łapy, pazury i kły do szarpania syntronów a
nie ręce astronautów. Nawet tak udawanych jak my.
W bez grawitacyjnym środowisku półpłynna masa, przetykana gdzieniegdzie
nieprzetrawionymi ostrymi drzazgami, wstrętna już w samym wyglądzie o
zapachu nie mówiąc rozproszyła się po całym pomieszczeniu. Szykowałem
już elektroluks, ciśnieniową myjkę i maskę na twarz. Zagrożenia
nieważkości, takie realne i powszechne jeszcze pionierom w XX wieku
były mi dobrze znane. Brakuje teraz tylko by mi ta stylizowana na
hienoczłowieka, futrzana niczym nowofundland czy inny wilk potworna
mięśniaczka musiała robić tracheotomię. Ktoś w ogóle sprawdził czy
toto potrafi sprawnie trzymać w łapie medyczny laser albo odpowiednio
szybko włączyć program w med module? Bardzo wątpiłem. Może w ogóle od
razu zabierze się do mojej krtani swoimi pazurkami, były
konkretne. Albo z romantyczną minką popatrzy spokojnie na mój
koniec. Lepiej nie kusić losu.
- "Przypnij się porządnie, złap wreszcie ten worek i kontroluj się na
okoliczność powtórki. Bo na pewno będzie. Ja to posprzątam." - dalej
mówiłem głośno i wyraźnie. - "Opóźnimy o godzinę manewr podejście,
dobrze że jest 20 m/s zapasu prędkości na plus. Nie musimy się
spieszyć czy przejmować, tu jest tylko próżnia, Erten i my. Przy
okazji się trochę do braku grawitacji przyzwyczaisz, od chwili w
nieważkości podrasom się nic nie uszkodzi. I uważaj na latające
kości by się nie zadławić chociaż przy twojej mordzie i przełyku to
się chyba szybko nie zdarzy."
Odpowiedzią było ostre, śpiewne warknięcie, aż mnie porządne ciarki
przeszły po skórze. Chyba mam to przyjąć za aprobatę czy co.
Niepotrzebnie wyjechałem z tymi konstelacjami, jeszcze mnie ta idiotka
uszkodzi w przypływie złości. Albo coś innego zmaluje. Muszę się
zdecydowanie bardziej pilnować. Formalnie byłem dowódcą, alfa i takie
tam bzdury ale to się sprawdza w relacjach z prawdziwym stadem. W
końcu wataha Newilków, klan newCrot czy sfora NewSmilnów ma interes w
niańczeniu towarzyszącego im człowieka. Analiza rzeczywistości,
odwaga, wiedza, sprawne ręce, maszyny proste, medycyna czy nawet
obsługa wspomagających komputerów - to dawało ludziom pozycję zaraz po
alfie od razu. Ale z morferem na pokładzie kosmicznego transportowa ?
Znaczysz mniej niż zero, jak w piosence z Ziemi 0. Byłem sprawniejszy,
parę razy lżejszy i nieporównywalnie delikatniej zbudowany ale to by
może dało przewagę w zabawach ucieczkowych po lesie czy łowisku. Nie w
ciasnych pomieszczeniach transportowej ciężarówki. Tu przecież nie ma
gdzie i po co uciekać. Morfer to stylizowany przebieraniec: wygląd z
koszmaru, mózg człowieka. Z jakimiś berneńskimi poprawkami
których dokładnie nie zrozumiałem. Bo poza wyglądem werehieny z
naprawdę porządnego horroru czy jakiś odlecianych wizji deviantartu
Kirla posiadała istotne zmiany w łepetynie. Inaczej nie dało się
tłumaczyć jej panowania nad strzałem disobliwości. Na poziomie prawie
NewCroty, do co najmniej 100 godzin światła. Co dodatkowo sprawiało że
była niezbędna przy powrocie z tej misji, ja nie. Dalszy upadek w
hierarchii ważności. Naprawdę nie mam co podskakiwać.
Lecieliśmy już 4 godziny. Początek był przyjemy mimo że to klasyczny
lot w przestrzeni gratowanym, ludzkim modułem ciężarowym. Klasyczne,
magneto-plazmowe silniki, niewielkie przyspieszenia, duża część lotu w
nieważkości. Uzyskanie pozycji dokowania polegało na utracie
orbitalnej prędkość Elzy i nabyciu prawie 11 km na sekundę
prostopadłego do płaszczyzny ekliptyki wektora. 3 m/s przyjemnego
kulturalnego ciągu. Prosto do przodu. Tylko rozłożyć się wygodnie na
fotelu, sprawdzić autopilota, przyciemnić oświetlenie, popatrzeć na
piękno Wszechświata za szybami i w kimono. Pełen luz. Strzał
disobliwości w konfiguracji planeta - próżnia zachowywał inercyjność
układu ciał - wychodziło się z bramy tak jakby dalej stać na
planecie. Więc trzeba było uzyskać właściwy wektor kursu
przechwycenia. Zwiadowca numer 5, Erten, systemom zintegrowanym z
berneńskim sprzęgiem 2 klasy nadaje się już imiona, poruszał się
jednak po orbicie prostopadłej do ekliptyki układu. Było zatem co
zmieniać w wektorze. Po tym jednak zaczynał się okres powolnego
zbliżania i korekt a silniki marszowe wyłączyły się
bezpowrotnie. Miało tak być już do końca misji pomijając krótkie
okresy bezpośrednich manewrów bo w sytuacji odwrotnej - strzał
przestrzeń kosmiczna - planeta zachowanie inercji nie
obowiązywało. Słowem nastał okres nieważkości plus okresowe niewielkie
przyspieszenia. Bardzo rzygotwórcze dla nieprzywykłych. Nawet z
porządną wilczą krwią.
Uryniom było 2 minutki wcześniej. Wrażenie przy przejściu w pełną
nieważkość po wyłączeniu silników marszowych, zwierzęce, jakże cenione
poprzez rasowych morferów, obnoszących się z tym zresztą przy każdej
okazji reakcje, odruchowe, znaczące teren oddanie moczu i luźny
cewnik. Też się zdarza. Historyczna, kosmiczna Łajka była suczką, bo
łatwiej w otworach wylotowych psicy zamocować rurki. Dopiero później
sobie z psami i ich penisami poradzili. Chyba w USA i może to chodziło
jednak o samce szympansów bo jakoś psów - kosmonautów z historii
ludzkiego podboju kosmosu, tego jeszcze sprzed epoki kontaktu, stref,
newzwierzaków, Bestii Światła i disobliwości naturalnie nie
pamiętałem. Samice WereCrot miały jednak w swojej wodnej kanalizacji
jakieś odlotowe kombinacje, ni to dziura ni to penis, tak jak
prehistoryczne hieny, ich dalekie pierwowzory i coś tam jednak
z mocowaniem cewnika nie zadziałało właściwie. "Kto w ogóle wysyła
takich dziwaków w kosmiczną misję" - pomyślałem coraz bardziej
wściekły inkasując wprost na maskę potężną kulę żółtej, śmierdzącej
zawiesiny. Dobrze że szczochy morferów to jednak nie cyjanek.
Po dobrych 50 minutach udało mi się opanować sytuację. Odstawiłem do
szafy odkurzacz i myjkę, worek i maski władowałem do zbiornika odpadów
biologicznie niebezpiecznych po czym odbiłem się rękami od ściany
kierując się pięknym, wydłużonym skokiem na swoje krzesło przed
kokpitem. Czas było zająć się manewrem dokowania, wprowadzić poprawki
na moje wygłupy z szorowaniem pokładu do nawigacyjnego komputera,
aktualizować status i nawiązać kontakt z Ertenem. To miał być mój
popis na podras, własności mózgu i ćwiczenia z Rakszem. Niech sobie
popatrzy na fachowca. Lot z obrotem do tyłu tuż nad nią, nonszalanckie
odbicie się brzegu pulpitu nogami, lądowanie plecami na krześle i
wirtuozerski dialog z klawiaturą. Trajektorie wybrałem specjalnie nad
łbem Kirly, po skosie, popis to popis. Tyle że do pulpitu nie
dotarłem.
Złapała mnie w idealnym momencie, jak mój tyłek mijał jej brzuch.
Precyzyjny chwyt pod pachy i porządne szarpnięcie, jak z atakiem na
jakiegoś syntrona strefy. Przyładowałem w jej potężną klatę plecami
popisowo, aż coś we mnie jęknęło. Później błyskawiczne dodatkowe
oplecenie moich nóg swoimi a na koniec wydłużony pysk przydusił mi
podgardlem czoło i resztę twarzy. Poczułem charakterystyczny zapach
futra drapieżnika, miałem zresztą pełno tego futra w ustach z kryzy na
karku i podgardla. Nawet nie bardzo mogłem się drzeć pomijając
całkowity absurd takiego działania.
- "Leż spokojnie i rozluźnij mięśnie" - wyraźny, ciepły szept. Transmisja
podkwantowa - pobudzenie ośrodka słuchu w mózgu. Typowy sposób na
komunikacje przez klasyczne stado newzwierzaków, takich którym się nie chciało
lub nie bardzo mogli męczyć gardło ludzką mową. Przez myśl przebiegły
mi wszystkie głupie, wulgarne, seksualne dowcipy i opowieści z
morferami w rolach głównych. BDSM, niepełne płcie, zwierzęce wyuzdane
zapomnienia i podobne bajki. Docisnęła mnie mocniej, jeszcze nie
bolało ale pacyfikacja była i tak popisowa. Morfer ma podras jak inni,
jest parę razy cięższy i ma inaczej rozłożone proporcje mięśni, kości,
ich budowę i wytrzymałość. Na siłę człowiek, nawet z tak porządnymi
poprawkami Bestii Światła jakie mam z nim nie wygra, nie ma żadnych
szans.
- "Co jest ?! Przecież z tobą nie wygram na siłę, chyba to wiesz. O
pazurkach i ząbkach nie wspominając. Mam pisać publiczne przeprosiny
czy dać się wybatożyć w lekcji pokory jak jakiś poważny przestępca
na serio za lekką ironię ? Strasznie drażliwa jesteś ..."
I wtedy przyszło uderzenie. Coś jakby nas popchnęło z tyłu, po skosie z
prawej strony. Z respektem. Przyspieszenie wdusiło mnie w Kirle już na
serio, to było jakieś 10, może nawet więcej g. Stęknąłem wypuszczając
powietrze, było mi i tak wygodnie, w końcu leżąc na jej klacie,
trzymany umiejętnie miałem idealną do takich manewrów pozycję. "a ma
krzepę, nie poddusza mnie, przecież przecież wszystko waży z 10 razy
więcej" - pomyślałem głupio i straciłem przytomność.
Coś lizało mnie natrętnie po powiekach i twarzy, iskało po brodzie i szyi.
- "W porządku? Zdaje się że lekko odleciałeś ..."
Pary żółtych, zwierzęcy ślepi wpatrzone prosto w moje. Hienowaty pysk,
koszmarny zestaw zębów i długi język. Jak na ziemskich excytach z
potworami przy pełni księżyca w roli głównej. Tylko nie boję się wcale
jak na ludzie tych wypocinach bo i czego się bać, nikt normalny nie
boi się przecież morfera. A teraz dodatkowo żyję raczej wyłącznie
dzięki niej.
W kabinie panuje pełna nieważkość. Latają jakieś śmieci, piszczą
alarmy. Powoli wraca zrozumienie sytuacji.
- "Jak wrócimy na Elze to zapraszam na polowanie na
syntrony. Przekonasz się że potrafimy być bardzo sensowni i
przyjaźni, tak jak nasze newcrotowe stado. Wyzbędziesz się wreszcie
tych swoich śmiesznych, udawanych do mnie zachowań ... A teraz się
nie przejmuj, jakby co to się przeniesiemy disobliwością. W razie
skrajnej konieczności, warto poczekać. Masz szansę naprawdę
niesamowicie się wykazać." - Koniec był dziwnie tajemniczy. Wie coś,
tak na serio. A ja popełniłem błąd biorąc ją za prymitywa i
samoluba. Z tym że jestem myślący, drugi raz takiego już nie
popełnię. Nigdy.
Kokpit wyglądał jak po przejściu tajfunu. Większość sygnalizacji i
sterowania w szalupach jest naturalnie całkowicie komputerowa.
Wyświetlana na terminalach, z dobraną hierarchią ważności i sposobem
ogłoszenia. Wszystko skorelowane z psychofizycznym profilem i
predyspozycjami interpretacyjnymi odbiorcy. Tylko że teraz na tych
terminalach latały jakieś krzaki jak przy testach pamięci. Treści nie
było na nich sensownej żadnej.
Świeciły się za to chyba wszystkie możliwe stałe alarmy, te które
miały oddzielne, niezależne dedykowane obwody i indykatory. Piszczał
też przetwornik tonalny, kodem. Tu już oznaczało zdecydowany koniec
żartów bo nie funkcjonował nawet interfejs foniczny sterowany głównym
klastrem. Odczytywałem mozolnie umowny kod. Awaryjne wyłączenie
pikoreaktora, awaria głównego klastra, obwodów mocy, nawigacji i
koordynacji przestrzennej. Zasilanie wyłącznie z paliwowych ogniw, 60h
do wyczerpania i tyleż regeneracji atmosfery. Na minimalnym poziomie
naturalnie. Nieźle. Nie nadamy SOS, nawet przez okno było widać jak
łagodnie, bezwładnie koziołkujemy w przestrzeni, w takich warunkach
nie da się przecież ustawić kierunkowych anten. O ile jakieś w ogóle
ocalały przy takim przyspieszeniu. Zresztą SOS tak naprawdę nic nie
da, 70 godzin lotu sygnału do Elzy, co najmniej 70 dalszego czekania
na ekipę ratunkową. Dobre na przylot z kompletem trumien. Bo za 60 h
zaczniemy się dusić. W teorii klasycznej, tak naprawdę to mamy z 58 h
do disobliwości. W końcu jest tu Kirla.
Szalupa ma naturalnie zapas wytrzymałości. Kadłub to był poza wszelką
dyskusją. Berneński standard produkt numer 1, obrotowa, monolityczna
elipsoida z tirtalitu, ekranowana, szyby to opcja w polaryzacji,
przepuszczają tylko to co nie szkodzi białkowcom, zarówno widmo jak i
natężenie. Sam tirtalit ekranuje 10 razy lepiej od ołowiu a jego
wytrzymałość to pogranicze baśni. Przecięcie 2 cm płyty na długości
metra typowym 100 kW laserem to są naprawdę dziesiątki godzin
udręki. Nasz zewnętrzny pancerz miał 8 cm bo to była szalupa
dla ciamajdów strefy, nie księżycowy lądownik z programu Apollo dla
herosów. Tirtalit jest materiałem aktywnym, wytrzymałość rośnie wraz z
kwadratem grubości. Zaszkodzić z zewnątrz to nam mógł realnie jakiś
konkretny emiter gamma, mała jądrowa piko bombka albo wyjście z portalu
w pobliżu czarnej dziury, kwazaru czy podobnych przyjemności.
Wyposażenie wewnętrzne, zewnętrzne napędy, łączność, nawigacja,
podtrzymywanie życia i sterowanie było jednak nasze. Wspólnoty
Elzy. Wszystko obliczone na 100 m/s^2 max. Silniki miały pełny ciąg
dający 20 m/s^2, tyle co dwukrotne ciążenie na Ziemi 0 czy podobne na
Ezie. Przeciętnemu gościowi, nawet po uczciwym imprincie 8 g dłużej
niż paręnaście sekund starczy by się spocił na serio. 10 krotny zapas
w stosunku do maksymalnego marszowego przyspieszenia wydawał się
wszystkim zupełnie wystarczający. Nikt przecież z takim
przyspieszeniem nie lata ani nawet nie ćwiczy, to dla białkowców jest
szkodliwe, zwłaszcza dla mózgu.
Sprawdziłem to naturalnie później, w logach. Uderzenie przyszło od
rufy, pod kątem 25 stopni w prawo od osi pokładu. Było 12.5 g przez
0.3s. I to wystarczyło.
Systemy awaryjnego podtrzymywania życia projektował Warden. Miałem
zastrzeżenia do niektórych lokalizacji od początku. Kto normalny
wiesza dwie, ważące po 130 kg każda kanciaste skrzynki regeneratorów
powietrza wraz z zapasowymi butlami medium nad oknem z przodu. Przed
siedzeniami w kokpicie, odległe o 2 metry. Jak się urwą a szalupa ma
normalny wektor podróżny ciągu to polecą prosto na pasażerów. Jego
argumentem była rzekomo korzystna pozycja. Że niby sito wlotowe,
zlokalizowane na froncie tych regeneratorów nie wymaga dodatkowych
powietrznych traktów. A wylotowe wygodnie poprowadzi się po ścianie na
tył kabiny i w razie czego bo to systemy awaryjne będzie super
cyrkulacja. Z wykorzystaniem miejsca. I 10 krotnym zapasem
wytrzymałości. No i fajnie tylko że powietrzny trakt jest z tworzywa,
waży pojedyncze dekagramy i się ugina a regenerator, molekularne
sita, mikropompy, skraplacze, wymienniki i resztę zabawek nie zejdzie
niżej 50 kg litej bryły jak to ma mieć jakąś sensowną wydajność. Takie
coś to się ustawia pod siedzeniem czy jakoś tak i dodaje trakty i
zasilanie. Nie w niebezpiecznym dla pasażerów miejscu. Regeneratory
się urwały, 10 krotny zapas wytrzymałości mocowania nie
wystarczył. Poleciały zgodnie z wektorem uderzenia prosto na prawy
fotel, mój, które właśnie miałem zająć. Zderzyły się jeszcze w locie,
z lewego odpadła pokrywa z wlotem. Na wysokości moich piersi wbił Sice
w fotel zestaw cieniutkich iglic molekularnego wymiennika, prawie na
10 centymetrów. Nieźle. Raczej zejście, nawet z moją wilczą krwią,
chyba że Kirla potrafi dużo więcej niż się oficjalnie o morferach
podaje. Sprawdzać tego to akurat nie chcę.
"- Skąd wiedziałaś że coś w nas uderzy, kiedy i jak mnie złapać i że
na dokładkę to że te nieszczęsne wymienniki się wyrwą." - powiedziałem
to na głos, podkwantowa mowa w stosunku do morferów ciągle jeszcze
przyprawiała mnie o dreszcze.
- "Ty to wiedziałeś, podświadomie. Wystarczy ciebie czytać, wykrywasz
krytyczne węzły jak nikt w tym świecie." - w przekazie wyczułem
autentyczny podziw pomieszany z tęsknota. Morfery rzadko
zazdrościły, to była jedna z ich wielu cennych zalet jako
towarzyszy. Po chwili dodała - "Za to lubisz się przekomarzać,
udawać i burczeć. Że strasznie ci przeszkadza czytanie nastroju,
myśli i odczuć, nie potrafisz tego blokować i przez to nie masz
sekretów. A tak naprawdę doskonale wiesz że to bzdura, jakbyś
naprawdę chciał to z twoimi możliwościami zablokujesz się najlepiej
na Ercie. Tylko po co? Tak o wiele, wiele bezpieczniej i
przyjemniej, prawda? Jakby co to ostrzeżesz, chociażby podświadomie
bo możliwości naprawdę masz potężne, wszyscy w relacji wiedzą też co
ci pasuje a co nie. I jeszcze pogrymasić możesz. To jednak nie
Ziemia 0, naprawdę nie musisz udawać. Ukrywać tego że podoba się
tobie moja siła, postać i możliwości też, wiesz ..." - trafiła
celnie, morfer to morfer. Jednak nie przeszkadzało mi to.
Głowna regeneracja atmosfery działa bez przeszkód mimo awarii cały
czas, to 60 h to był czas jej zasilania z akumulatorów awaryjnych.
Pikoreaktor naprawiłem po godzinie, dwa niegroźne zwarcia. Uczciliśmy
to maksymalnym obiegiem atmosfery i pełnym oświetleniem.
- To prawda żę ludzie boją się ciemności bo tam się czają takie bestie
jak ja ? I światło ich uspokaja ?" - Prowokuje mnie. Przecież doskonale wie że się nie boję. Że też tego wcześniej nie dostrzegłem, co ze mnie za gapa. Potrzeba było
krytycznej sytuacji żeby w niej dostrzec przyjaciela, takiego już na
zawsze. Porażka i tyle.
- "Może po prostu chcą zobaczyć twój pysk i resztę w kolorze bo
ładniejsze ?"
- "Nie widzisz kolorów ?"
- "W ciemności czy półświetle nie. Mój podras podmienił pręciki, te są
od czarno-białego widzenia. W szczegółach widzę lepiej niż
drapieżnik, wystarczy że coś minimalnie promieniuje w podczerwieni.
Monochromatycznie, można przywyknąć. W świetle jesteś jednak
znacznie piękniejsza, wiesz. Naprawdę. Ale teraz to naprawiamy co się
da. Może się dowiemy co w nas tak walnęło. I w miarę możliwości
trzeba dokończyć tą misję."
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania