Pierwszy kapłan świata

Cwany Bóbr siedział na brzegu rzeki i plótł sak na ryby. Praca mu nie szła i najchętniej pospałby gdzieś w cieniu. Co chwilę przerywał plecenie i patrzył na góry przysłaniające horyzont od strony zachodzącego słońca. Zbierały się nad nimi dziwne chmury. Przypominały one kapelusze grzybów - od dołu płaskie i jasne, a od góry wybrzuszone i ciemne. Chylące się ku zachodowi słońce całe światło wysyłało szczeliną pomiędzy chmurami i górami, zalewając ziemię i rzekę niezwykłą jasnością. Zapanowała groźna cisza. Nie odzywał się żaden ptak i nawet wiatr nie szumiał w gałęziach. Tymczasem życie wkoło biegło normalnie. Między zbudowanymi z gałęzi i gliny chatami krzątali się ludzie, dzieci bawiły się nad rzeką i nikt nie zwracał uwagi na dziwną ciszę i światło.

Nagle Cwany Bóbr poczuł, że włosy na całym ciele mu się zjeżyły, tak jakby zmarzł. Było jednak ciepło - za ciepło. Przerwał pracę i spojrzał na rzekę, w której woda migotała w słońcu tak mocno, że zmuszała do mrużenia oczu. Wtedy ogarnęło go przeczucie nadchodzącej grozy. Zerwał się i pobiegł ku dzieciom.

– Uciekajcie! Uciekajcie do jaskini! – zawołał i kuksańcami zmusił je do porzucenia zabawy.

Dzieci poderwały się jak stadko kuropatw, bo ich krótkie życie nauczyło je, że takie ostrzeżenia nie padają bez powodu.

– Uciekajcie do jaskini! – wołał, biegnąc ku dorosłym.

Ci nie byli już tak posłuszni. Próbowali pytać o przyczynę alarmu, ale Cwany Bóbr nie odpowiadał. Darł się jak opętany, popychał i bił opornych, aż jego strach udzielił się wszystkim i rzucili się do ucieczki.

Zdążyli w porę, bo po chwili uderzył wiatr i zapanowała ciemność. Zaczęły bić pioruny, kolejne grzmoty zlewały się w jeden huk i ulewa przesłoniła świat. Ludzie skryci w jaskini, kulili się przy każdym uderzeniu pioruna i tulili do siebie.

Nawałnica trwała długo. Gdy w końcu zaświeciło słońce i ludzie wyszli z jaskini, zobaczyli jej skutki. Rzeka wystąpiła z brzegów i przewalała się z hukiem, unosząc krzaki, drzewa i martwe zwierzęta. Wszyscy rozbiegli się po obozowisku i wtedy okazało się, że lepianka zbudowana najniżej została zmieciona przez wodę, powalone drzewo zniszczyło dwie inne, a pozostałe też były uszkodzone. Szczęśliwcy, których schronienia jako tako się ostały, wyciągali z nich ocalały dobytek. Mieszkańcy chat przywalonych drzewem włazili pod konary próbując wydobyć stamtąd co się da, a rodzina z chaty zmytej przez wodę brodziła po kolana w błocie, bezskutecznie szukając w nim czegokolwiek. Jedynie chata Cwanego Bobra była cała. Woda przelała co prawda dach, ale poza tym strat żadnych nie było. Ogarnąwszy nieco obozowisko, ludzie rozpalili ognisko u wejścia do jaskini i usiedli przy nim, by ochłonąć.

Gromada Bobrów przywędrowała w te strony niedawno. Na poprzednim siedlisku wytrzebiła już wszystko, co się dało i musiała szukać nowych terenów do życia. Tu roślin i zwierząt było w bród, więc się zatrzymała. Ludzie najpierw zamieszkali w jaskini na zboczu wzgórza, potem pobudowali gliniane chaty i postanowili pozostać na dłużej. Wyglądało na to, że nowe życie ułoży się dobrze, aż tu nagle prawie wszystko przepadło. Na starych śmieciach takie kataklizmy się nie zdarzały i to co teraz przeżyli, ich przerosło. Siedzący przy ognisku byli wystraszeni, zniechęceni i zastanawiali się, czy warto mieszkać w miejscu, gdzie dzieją się takie rzeczy. Przecież, gdyby ich Cwany Bóbr w porę nie pogonił do jaskini, wielu mogłoby nawet zginąć. Właśnie - gdyby nie Cwany Bóbr. Ta myśl - choć niewypowiedziana - zaświtała nagle w głowach wszystkich i ich oczy zwróciły się w jego stronę.

– Cwany Bobrze, skąd wiedziałeś, co się stanie? – zapytał go wódz Duży Bóbr.

– Patrzyłem w niebo – odpowiedział Cwany Bóbr.

Nie powiedział nic więcej, bo naprawdę nie znał odpowiedzi na to pytanie. Po prostu wyczuł nadchodzącą burzę. Nikt go już o nic nie pytał, ale wśród ludzi rozszedł się szept:

– Patrzył w niebo.

– Patrzył w niebo i zobaczył znak – powiedział Myślący Bóbr.

– I tylko jego chata ocalała – dorzucił ktoś.

Ludzie szeptali i spoglądali na niego z szacunkiem, bo teraz dla nich nie był już znanym od zawsze Cwanym Bobrem - był tym, który widział znaki z nieba.

Cwanego Bobra bardzo połechtały te szepty, bo dotychczas jego status w gromadzie był niski. Nie wyróżniał się siłą, ani odwagą, nie miał żadnych szczególnych umiejętności, a na naradach przy ognisku nie pytano go o zdanie. Tak było i przywykł do tego, ale oto dzisiaj wszystko się zmieniło. Nagle został kimś i to mu się bardzo spodobało. Tak bardzo, że postanowił ten stan za wszelką cenę utrzymać.

Pomimo przykrych doświadczeń gromada pozostała nad rzeką. Odbudowano chaty, łowy udawały się i wszystko szło ku dobremu. Jednak nie dla Cwanego Bobra, bo w tej szarej codzienności współplemieńcy o nim zapomnieli. Jemu potrzebna była burza i każdą wolną chwilę spędzał, patrząc z utęsknieniem w niebo. To patrzenie nie poszło na marne, bo z czasem nauczył się rozpoznawać chmury przynoszące deszcz. Były to jednak niegroźne opady i nie o takie Cwanemu Bobrowi chodziło.

W końcu któregoś dnia znowu pojawiły się te chmury w kształcie grzybów, zrobiło się gorąco i Cwany Bóbr wiedział już, że oto nadszedł jego czas:

– Uciekajcie! – zawołał na całe obozowisko. – Idzie burza! Uciekajcie!

Ledwie ludzie zdążyli schronić się w jaskini, gdy uderzyły pioruny i lunął deszcz. Tym razem burza nie była tak groźna jak poprzednio, rzeka tak nie wezbrała i ucierpiało mniej chat. Dla Cwanego Bobra było jednak ważne, że to on ją przewidział i że ludzie znowu zobaczyli w nim widzącego znaki z nieba.

Mijał czas i Cwany Bóbr stawał się coraz lepszym przepowiadaczem burz. Rosła też jego ranga w gromadzie i miało to bardzo wymierne skutki. Przy rozdziale łupów z polowań, dostawał większe i lepsze kawałki, a niektórzy współplemieńcy przynosili mu prezenty. W ten sposób wzbogacił się o kilka skór i kościany nóż. Siadywał też bliżej ogniska i nawet starsi mężczyźni słuchali, gdy mówił.

Wszystko szło po jego myśli, aż nadeszła taka burza, której nie przepowiedział. Na domiar złego była silna i obozowisko gromady poważnie ucierpiało. Gdy tylko ludzie jako tako uporali się z jej skutkami, przy ognisku naskoczyli na Cwanego Bobra:

– Dlaczego nas nie ostrzegłeś? – zapytał ze złością Duży Bóbr.

– Bo on źle patrzył w niebo – krzyknął Nerwowy Bóbr.

– Cwany Bóbr wcześniej dobrze patrzył – próbował go bronić Łagodny Bóbr.

– Ale teraz patrzył źle i jest winien temu, co się stało – atakował Nerwowy Bóbr, a inni mu wtórowali.

Cwany Bóbr wiedział, że to są ciężkie zarzuty i że może zostać za nie pobity lub nawet wypędzony z gromady. Ludzie byli coraz agresywniejsi, krzyczeli, a on siedział skulony i intensywnie myślał, jak uratować skórę. Najchętniej uciekłby dokąd oczy poniosą, ale przecież sam długo by nie pożył. Gdyby nawet znalazł gdzieś jakąś inną gromadę, to na pewno zostałby zabity. Musiał zostać tu i jakoś się obronić. Rozgorączkowany umysł w końcu podpowiedział mu rozwiązanie. Poniósł rękę i, gdy wszyscy ucichli, zapytał:

– Kto z nas robi najlepsze narzędzia?

– Zdolny Bóbr – odpowiedziało kilka głosów naraz.

– Tak. Dostajemy od niego narzędzia, ale dajemy mu za nie podarunki – ciągnął Cwany Bóbr.

– Ja dałem mu za siekierę lisią skórę - dobrą, zimową – wyrwał się Skąpy Bóbr.

– Zdolny Bóbr daje nam broń, a my jemu podarki. Czy tak jest dobrze? – zapytał Cwany Bóbr.

– Tak – odpowiedział Duży Bóbr. – Tak jest dobrze.

– A czy daliśmy niebu podarki za znaki? – pytał dalej Cwany Bóbr.

Odpowiedziała mu cisza, a mówca wiedział już, że trafił w sedno. Kontynuował więc:

– Już kilka razy niebo dawało nam znaki, ale nic za to nie dostało. Dlatego jest na nas złe i teraz już znaku nie było. Niebu też trzeba dać podarek, ale nie wiemy jaki – ciągnął. – Trzeba je zapytać.

– To zapytaj – powiedział Duży Bóbr.

– Tak, tak! Zapytaj – dołączyły się inne głosy.

– Dobrze. Jutro zapytam.

Na tym burza przy ognisku ucichła. Wszyscy się porozchodzili, a Cwany Bóbr zaszył się w najodleglejszym kącie jaskini. Ciągle jeszcze bał się i wolał nie wchodzić nikomu w drogę.

Nazajutrz rano opuścił obozowisko i poszedł w stronę skał na wzgórzach. Wspiął się na najwyższą, usiadł i zaczął dumać. Co prawda, wczoraj udało mu się jakoś wywinąć, ale teraz musi odpowiedzieć gromadzie, czego chce niebo. Przesiedział na skale cały dzień i nie wymyślił nic. Bał się wracać, więc wtulił się między kamienie i tak przetrwał do świtu.

Wstające słońce rozgoniło mgłę i w dole zobaczył obozowisko. Maleńcy jak mrówki ludzie kręcili się po nim, a dymy z kilku ognisk wolno snuły się ku niebu. Na ten widok Cwany Bóbr nagle doznał olśnienia i aż krzyknął sam do siebie:

– Dym leci ku niebu! Trzeba niebu dać w darze dym - przyjemny dym!

Posiedział na skale do popołudnia, poukładał sobie w głowie, co powie gromadzie i pod wieczór pojawił się przy głównym ognisku.

– No i co? Rozmawiałeś z niebem? – zapytał go Duży Bóbr.

– Tak samo gadał, jak i widział znaki – dogryzł Złośliwy Bóbr.

Cwany Bóbr zignorował zaczepkę, usiadł przy ogniu i zaczął grzebać w nim patykiem - budował nastrój.

– Powiedzże coś – nalegał Nerwowy Bóbr, a inni mu zawtórowali.

– Niebu trzeba dać przyjemny dym - taki z mięsa pieczonego na pachnących gałęziach.

– To na co czekamy? – zawołał Głupawy Bóbr. – Mięso mamy, gałęzi zaraz nazbieramy.

– Głupawy Bóbr chce dać niebu dym ze starego mięsa i mokrych gałęzi – zaśmiał się Cwany Bóbr. – Czy Zdolny Bóbr dałby komuś jakieś narzędzie za kawałek śmierdzącego mięsa?

Zawtórował mu powszechny śmiech, a niefortunny pomysłodawca uciekł od ogniska.

Rada w radę ustalono, że nazajutrz najlepsi łowcy pójdą na polowanie, żeby ubić jakieś dorodne zwierzę, kobiety nazbierają pachnącego drewna, a Cwany Bóbr wybierze i przygotuje miejsce na to specjalne ognisko.

Skoro świt wszyscy rozeszli się ustalonych zajęć, a Cwany Bóbr poszedł ku skale, na której doznał „objawienia”. Ułożył na jej szczycie kamienne palenisko, a potem usiadł przy nim i popatrzył na obozowisko. Dzieci biegały nad rzeką, ludzie krzątali się między chatami, a on patrzył na nich z góry. Był zadowolony, bo dopiął swego. Spowodował, że współplemieńcy uwierzyli w jego umiejętność rozmowy z niebem i odczytywania jego znaków.

Tak, teraz już zawsze będzie mógł patrzeć na nich z góry.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (24)

  • Tjeri 9 miesięcy temu
    Napisane, jak zawsze, dobrze i ciekawe. A przedstawiony mechanizm całkiem prawdopodobny...
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dziękuję za odwiedziny i miły komentarz.
  • Dekaos Dondi 9 miesięcy temu
    Marianie↔Podzielam komentarz Tjeri. A może nawet bardziej tekst podszedł mi↔jakby rzekł Joda:))
    Faktycznie był cwany na swój sposób. Umiał skorzystać z tego, na co właściwie wpływu nie miał.
    Dobrze opisałeś ów mechanizm:)
    Jedynie co mi ciut przeszkadzało w czytaniu, to ilość↔się:) 55↔Ale mam na tym tle odchyłkę. Nie lubię: się:))
    Np↔''Darł się jak opętany, popychał i bił opornych, aż jego strach udzielił się wszystkim i rzucili się do ucieczki''.
  • Dekaos Dondi 9 miesięcy temu
    Zapomniałem↔Pozdrawiam:))↔5
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki Dekaos za wizytę i komentarz.
    Przecztałem tekst jeszcze raz i faktycznie tych "się" jest mnogo.
    Popracuję nad tym.
  • Dekaos Dondi 9 miesięcy temu
    Marianie↔W moich dawniejszych też sporo↔się i zaimków.
    Musiałbym wszystkie→uszczuplić, ale mi – się – nie chcę:))
    Jedynie gdy wrzucam powtórkę, to poprawiam.
    Bobry→zapewne się lubią. To aż taki problem nie jest.
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki.
  • Antoni Grycuk 9 miesięcy temu
    Mnie się podobało technicznie, nic nie wytrąciło mnie z rytmu czytania.
    A pod względem treści zgadzam się z przedpiścami. Dodam tylko, że ciut podobnie Ci wyszło jak Dekaosowi niektóre teksty.
    Fajny tekst.

    Pozdrawiam.
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki Antoni za odwiedziny i komentarz.
    Czytam tego naszego Dekaosa często i może się nieco zaraziłem.
  • Marek Adam Grabowski 9 miesięcy temu
    Nie jest to twój typowy utwór. Treść ciekawa, zwłaszcza finał. W niektórych momentach słabo jednak się to czytało. Wszystkiego dobrego w nowym roku!
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki Marku za odwiedziny i komentarz.
    Zastanawiam się, jakie utwory są "typowo moje".
    Napisz mi proszę coś na ten temat.
    Też życzę Ci wszystkiego dobrego w tym 2021r.
  • Marek Adam Grabowski 9 miesięcy temu
    Marian Opisujące przyrodę, ale z pozycji nasz - Europejczyków. Nie wiem, czy dobrze się wyraziłem?
  • Marian 9 miesięcy temu
    Chyba rozumiem. Dzięki.
  • Józef Kemilk 9 miesięcy temu
    Dość dobrze napisane, ale brakuje czegoś głębszego. Dla mnie zbyt proste.
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki za wizytę i komentarz.
    A czy wszystko musi być skomplikowane? Niektóre rzeczy i sprawy są proste.
  • Józef Kemilk 9 miesięcy temu
    Marian Nie musi, tylko niektóre rzeczy są skomplikowane i nic na to nie poradzimy.
    Najlepszego w Nowym Roku. ?
  • Marian 9 miesięcy temu
    Tobie też życzę wszystkiego dobrego.
  • Trzy Cztery 9 miesięcy temu
    Opowieść pięknie podana. Uśmiechałam się czytając wypowiedzi Bobrów. Nerwowy, Skąpy, Złośliwy, czy Łagodny, każdy z nich w swoich wypowiedziach przedstawiał jakby historię swojego przydomku, swój charakter. Zrobiłeś to za pomocą kilku słów, i wystarczyło. Dla mnie to były dodatkowe błyski w tej przejrzystej opowieści.
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dziękuję za odwiedziny i komentarz.
    No, Bobry przecież są różne - również Piszące i Czytające.
  • Celina 9 miesięcy temu
    Nie rozumiem tylko jednego Marianie, skoro nie był nigdy wysłuchiwany, za to lekceważony, pomijany, jego rad nie brano pod uwagę na radzie, to z jakiego powodu nadano mu przydomek cwany. Rady, kogoś takiego bierze się na ogół na poważnie. Może cwany nie jest synonimem słowa mądry, ale sugeruje jakąś umysłową bystrość mimo wszystko.
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki za odwiedziny i komentarz.
    Czy cwany musi być doceniany? Według mnie nie koniecznie.
  • Celina 9 miesięcy temu
    Marianie, oczywiście że tak. Cwany kojarzy mi się ze słowem zaradny, więc nieliczenie się ze zdaniem takiego Bobra jest nielogiczne.
  • Marek Adam Grabowski 9 miesięcy temu
    Celina Chyba masz racje.
  • Celina 9 miesięcy temu
    Marku, w dodatku cwany, zaradny Bóbr, na pewno gdyby tę cechę spożytkował wyłącznie dla zaspokojenia własnego egoizmu byłby pewnie ponad przeciętnie majętny, więc tym bardziej społeczność liczyłaby się z jego zdaniem, żeby wykorzystać te umiejętności dla dobra ogółu. W tym miejscu narracja szanownego autora jest niespójna.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania