Pies który śpiewał.

Praca.

Była 8:20 rano gdy na parking redakcji The Daily Echo wtoczył się biały Cadillac de Ville. Przejechał między wąskiem szpalerem aut i skręcił w miejsce gdzie na ścianie widniała tabliczka z nazwiskiem. John Carter.

Kierowca zgasił silnik, zaciągnął hamulec i ułożył się wygodniej w fotelu. Przymknął oczy. Lokalna stacja grała właśnie najnowszy szlagier Lindy Roostadt "Blue bayou". Myślał o swoim "Blue bayou". Wtedy jeszcze gdy był młody i co ty ukrywać, parę kilo lżejszy. Mimo 42 lat na karku i nieudanego związku James nadal pozostawał niepoprawnym romantykiem. Wierzył w miłość a jednocześnie wiedział że jego szanse na ponowne zaznanie tejże są równe zeru. Zresztą po kilku latach małżeństwa, rozwodzie i tym wszystkim co mieściło się między jednym a drugim nie był do końca przekonany czy jego układ naczyniowo sercowy zdolny jest do kolejnych uniesień.

W redakcji odpowiadał za kulturę. Taką przez małe k ( w końcu Midland to nie Nowy Jork). Gdy tej nie starczało by wypełnić rubrykę, wypadki pożary i awarię.

Piosenka dobiegła końca. John otwartą dłonią uderzył się po udzie. -Ech Lindy- Gdyby jego fantazje były prawdą zapewne leżałby teraz na ziemi z rękami skutymi na plecach a pani Roostadt jedną ręką zasłaniała by dekolt a drugą próbowała obciągnąć sukienkę poniżej kolan.

Pociągnoł za klamkę. Siedzenie auta było miękkie jak fotel w którym siadał przed telewizorem z piwem i chipsami. Uniesienie tyłka znad tego wymagało niejakiej wprawy.

Wystawił nogi na zewnątrz i wyrzucił przed siebie obie ręce trzymając w nich swoją starą skórzaną teczkę. Grube notatniki, magnetofon, kasety, buteleczki Jack Danielsa i inne zadomowione pierdoły zgodnie na raz uniosły nieco zaniedbane ciało i ustawiło do pionu.

Myślicie że było to niezgrabne i komiczne?

Nic bardziej błędnego. U Johnyego wyglądało że chwilą nieuwagi i wzniesie się razem ze swoją teczką ponad dachy zaparkowanych samochodów.

Parking redakcji wciśnięty był między ściany przylegających do siebie budynków. Nawet w upalne dni tutejsze powietrze było zwykle chłodniejsze i nasączone wilgocią. Ci którzy palili co rusz wychodzili zaczerpnąć świeżego powietrza a przy okazji sprawdzić czy na murach nie pojawiło się jakieś nowe graffiti. Jeden z licznych kolorowych napisów głosił "There is only one truth" prawda jest tylko jedna. Obok zielonych ufoludek przekładał sobie do głowy laserowy pistolet. Wszedł do budynku. Przy drzwiach prowadzących do windy stały dwie stażystki. W rękach trzymały kubki z gorącą kawą zapewne przeznaczone dla ich szefów. Rzuciły w stronę Johna spłoszone spojrzenie w obawie że zechce wcisnąć się za nimi do windy. Papierowe kubeczki zapewne nie podołały by naporowi jego wydatnego brzucha. Posłał dziewczynom lekki powitalny uśmiech i skierował kroki ku marmurowym schodom. Odległość między parterem a drugim piętrem pokonał stawiając stopy co drugi stopień. Na trzecie piętro wszedł już nie pomijając żadnego. Tu postał chwilę czekając aż jego tętno się ustatkuje. Nie chciał wparować do biura zdyszany i spocony. Na czwarte piętro dostał się stawiając kroki wolno i ciągnąc rękoma za poręcz schodów. Zanim dotarł do swojego biurka rozdał po drodze kilka uścisków dłoni i skinień. Zdjął marynarkę. Powiesił na oparciu krzesła

Otworzył teczkę i wyjął z niej gruby notes. Poprzedniego dnia był na występach uczniów miejscowego gimnazjum. Teraz właśnie nadszedł czas, by przelać na papier to, co wydarzyło się na scenie. Dwudziestu siedmiu uczestników. Zakładając, że każdy ma oboje rodziców, to już osiemdziesiąt jeden osób. Do tego dochodzą dziadkowie, ciotki, rodzeństwo. Zapewne około dwustu. Miał ich wszystkich w garści. To od niego zależało, czy jakiś dzieciak zakończy karierę wokalną na etapie gimnazjum, czy będzie darzył swym talentem przyszłe pokolenia, póki nie skończy w jakimś pokoju hotelowym jako alkoholik i narkoman.

Wkręcił papier w maszynę do pisania i rozłożył się w oparciu fotela. Nie cierpiał tego rodzaju wezwań. Na biurku obok jego kolega z pracy z rozpromienioną twarzą walił w klawiaturę z prędkością karabinu maszynowego. Tyle że on pisał o skorumpowanym kongresmenie. Zapewne nie przebierał w słowach i jechał po nim jak po burej suce. On nie był skrępowany wizją pana Myersa łkającego w poduszkę, bo ktoś śmiał urazić jego uczucia. A gdyby tak… Położył palce na klawiaturze.

— Wczoraj uczniowie klas ósmych szkoły podstawowej wystawili musical Grease. Tym samym udowodnili, że deski naszego teatru pochodzą z rozbiórki starego kurnika, a pianie tej bezmyślnej hordy bez odrobiny talentu na zawsze wymrze z naszej pamięci to dzieło.

— John.

Uniósł głowę. Przed nim stał szef redakcji, a prywatnie jego przyjaciel, Halk.

— Wiem, że masz robotę, ale jest pilna sytuacja.

John poderwał się od stołu.

— Wylądowali? Są wreszcie? Przybysze z innej galaktyki? Mów, mów wreszcie, nie trzymaj mnie w niepewności.

— Zakręcili wodę na Breyker Street.

Usiadł i położył rękę na czole.

— Jezu… Co teraz?

— Teraz pojedziesz tam. Zrobisz zdjęcie rury. Zapytasz: co, gdzie, na jak długo.

Halk zerknął na kartkę wystającą z maszyny.

— Chyba nie zamierzasz doprowadzić nas do ruiny?

John wydarł kartkę z maszyny, zmiął w kulkę i wyrzucił do kosza.

— Spoko, Halk. Gdzie ta rura?

Bar.

Po pracy John jechał do baru, gdzie zwykle zamawiał piwo i coś do zjedzenia. Miejsce nie było z tych, gdzie wypadało mieć krawat. Ktoś mógłby powiedzieć: speluna. Stał przy drodze na skraju miasta, a jego główną klientelę stanowili kierowcy ciężarówek i okoliczni farmerzy.

Po raz pierwszy przyjechał tutaj, by dowiedzieć się czegoś więcej o otruciu faceta, który zjadł tu obiad. Cynk dostał od znajomego, pracownika szpitala:

– Klient sra i rzyga równocześnie. Mówi, że jadł coś w tym barze przy drodze na Greentown.

Zawsze był to jakiś temat. Pojechał tam i zajął miejsce przy stoliku.

– Co dla ciebie, kochaniutki?

Kelnerka zapewne była dawno po czterdziestce, ale wyglądała, jakby najpiękniejsze lata swojego życia miała dopiero przed sobą.

John wskazał danie w menu. Było to to samo danie, którym zatruł się pacjent ze szpitala.

Ręce kelnerki opadły wzdłuż tułowia.

– Jak masz na imię, chłopcze?

– John – odparł nieco speszony. Poczuł, że za chwilę wyląduje gdzieś w kącie, klęcząc na grochu.

– John, wyglądasz na porządnego faceta, więc zapytam. Czy jesteś Meksykaninem?

– Ja? Meksykaninem? Co za absurdalne pytanie?

– To może chociaż masz wujka w Meksyku?

– Ależ skąd? Moi rodzice są Amerykanami. Nie rozumiem, skąd te pytania.

– To po jaką cholerę chcesz zjeść to gówno?

– Nie chciałem tego zjeść... – Joe mało się nie wygadał.

– Rozumiem. – Zbliżyła twarz do jego twarzy i spojrzała głęboko w oczy. – Chcesz kogoś otruć.

John wyprostował się w krześle i przeczytał imię kelnerki przypięte do jej piersi.

– Posłuchaj, Sally. Macie to w swoim menu, więc chyba mogę...

Sally zrobiła uśmiech pełen zwątpienia.

– Mamy też kucharza Meksykanina, który na specjalne życzenie przyrządza to gówno. Raz tylko widziałam gościa, który zjadł to i wyszedł stąd o własnych siłach. Ale nie wiem, czy to nie był przypadkiem sam diabeł. No i ten wczoraj... ale on raczej nie wyszedł, tylko wybiegł. Więc zapytam jeszcze raz, John. Co podać?

Poczuł, że z sensacyjnego tematu nic nie będzie. Zamówił schabowego z frytkami i kompot.

Kiedy już wychodził, usłyszał, jak kelnerka woła go po imieniu. Odwrócił się.

– John. Jutro będzie szarlotka.

Szelma wiedziała, że wróci.

Później, już po rozwodzie, gdy wreszcie dojrzał do tego, by wieczór spędzić poza domem, zastanawiał się, dokąd właściwie powinien pójść. Wtedy przypomniał sobie o barze przy drodze.

Rura.

Dotarcie na miejsce zajęło mu 20 minut. Już z daleka zauważył ogromną żółtą koparkę sięgającą łyżką w głąb ziemi. Obok stało dwóch robotników. Jeden z nich spojrzał na człowieka z aparatem, idącego w ich stronę, i zwrócił się do kolegi:

– Spójrz. Prasa się zbliża.

– Znowu? Ta sława zaczyna mnie przytłaczać. To już zdaje się trzeci raz w tym roku, jak będziemy w gazecie.

– Świetnie cię rozumiem. Reportaże, wywiady. Wszystko to może zawrócić człowiekowi w głowie. Jeszcze za kilka takich pękniętych rur mogą nas nominować do Oskara.

Z daleka widzieli, jak John celuje w nich obiektywem aparatu. Pochylili się, wbili łopaty w ziemię, a ich twarze przybrały wyraz nadludzkiego wysiłku. Błysnął flesz.

John podszedł i wyciągnął rękę.

– Cześć, chłopcy. – Spojrzał w dół. – Pękła? – zapytał.

– Nie tym razem, John. – Robotnik uniósł palec i zrobił minę, jaką mają ludzie mówiący o rzeczach wielkich. – Tym razem byliśmy szybsi. Jak widzisz, mamy tu studzienkę. Ja tam nie wejdę, bo mam klaustrofobię, a Gruby się nie zmieści. Dlatego odkopiemy to i wyciągniemy dreny. Z tym że jest jeden problem. Tam w środku znajduje się stary skorodowany żeliwny zawór. Teraz wszystko jest w rękach tego gościa w koparce. Jeden nieostrożny ruch i całe to pieprzone miasteczko wyleci w powietrze.

Wszyscy trzej zwrócili głowy w stronę człowieka w koparce.

Gruby, nieco blady na twarzy, zapytał:

– Ale chyba da radę?

– No nie wiem. Spójrz na niego. Ręce mu chodzą, jakby całą noc mieszał drinki w barze.

– Pije? – zapytał Gruby.

– Oszalałeś? Kieliszka do ust nie weźmie. Jego żona pije.

Po wizycie na miejscu awarii udał się prosto do ratusza, by zdobyć więcej informacji: kiedy odkręcą gaz? Czy są planowane jakieś zamknięcia ulic i objazdy? Jako poważny dziennikarz dbał o to, by jego czytelnicy nie utknęli w korkach w drodze do pracy.

Wrócił do redakcji i przez godzinę trudził się nad tekstem o utalentowanej młodzieży. Przekonany, że w miarę uczciwie ocenił ich popisy i nie grozi mu pozew sądowy, jeśli jakaś nastolatka targnie się na swoje życie – w minutę skreślił tekst o rurze.

Po powrocie do swojego mieszkania rozpakował pikantne skrzydełka z kurczaka i wrzucił je na 20 minut do piekarnika. Zjadł, wykąpał się. Ubrał jeansy, trampki i bluzę z kapturem.

Po chwili jechał już do baru.

Droga prowadziła go obok wykopu, który odwiedził rano. Teraz koparka stała nieruchomo z łyżką uniesioną do góry. Dookoła wykopu powbijane były drewniane kołki, a na nich rozciągnięta biało-czerwona taśma. O tę opierał się jakiś dzieciak, który wyraźnie zrobił sobie huśtawkę. Ostrzegawcza taśma w każdej chwili mogła puścić, a wtedy dzieciak poleci dwa metry w dół, gdzie natknie się na odkopaną rurę ze sterczącym pośrodku pokrętłem zaworu.

John zatrzymał się i wysiadł z samochodu. Rozpoznał go. To był Tito. Syn lokalnego patusa i matki nieznanej. Zapewne znacie powiedzenie: "Niedaleko pada jabłko od jabłoni". W tym przypadku jabłko upadło przy samym pniu.

– Chłopcze! – krzyknął. – Zmykaj stąd.

Tito ani drgnął.

Dzieliła ich kilkumetrowa warstwa mokrej gliny, a John ani myślał brudzić trampków.

– Jasna cholera. Idź stamtąd albo się do ciebie przejdę.

– Spadaj, leszczu. – Tito ani myślał przerywać zabawy.

Tego już było nadto. Wyciągając nogi tak, by jak najmniej gliny czepiło się butów, ruszył w stronę dzieciaka. Ten nie czekał. Odbił się od taśmy, wskoczył na gąsienice koparki i po chwili siedział już w kabinie.

John stanął bezradny i wściekły. 20 kilogramów temu może i próbowałby wspiąć się do kabiny, ale teraz to on mógł skończyć z otwartym złamaniem.

Wrócił do samochodu i zabrał się za zeskrobywanie gliny z butów. Przez szybę koparki widział, jak Tito robi w jego stronę obraźliwe miny.

Debi

Po rozwodzie John najzwyczajniej w świecie oklapł. Rozstanie nie było dla niego – jak to się mówi – gromem z jasnego nieba. Wiedział, że Debi zostawi go, jak tylko trafi jej się ktoś lepszy. To była kwestia czasu.

Jak kiedyś powiedziała – ograniczał ją. Kiedy ona chciała zrównać dom z ziemią, by postawić w to miejsce pałac elizejski, on obstawał przy wstawieniu nowych okien i wymianie parkietu. Gdy wymarzyła sobie bajkowy ogród – on posiał trawnik, a na środku postawił żeliwny grill. Ona – Hawaje, on – domek letniskowy. Gdy kupował buty, wiedział, że muszą być solidne, bo nieprędko będzie go stać na kolejne. Jej musiały być przede wszystkim drogie i robić wrażenie na koleżankach, po czym trafiały na półkę garderoby, by się tam kurzyć z resztą kolekcji. Sukienka do butów. Buty do sukienki. Sukienka pod kolor torebki. Torebka w kolorze butów. Tak w koło. Fryzjer, kosmetyczka, wróżka. I kremy. Jej twarz była jak gąbka. Potrafiła wessać każdą ilość. Pac-pac na twarz, zakręcić, poklepać – i magia. 100 dolarów znikało. I wreszcie kredyty. Jeden, drugi, trzeci. Kiedy kobieta w banku zapytała go o cel kredytu, na końcu języka miał odpowiedź: "Na Debi". I nie. Debi nie pracowała.

Próbował nie myśleć. Ale nie myślenie w pustym mieszkaniu jest bardzo trudne. Kiedyś wybrali się z sześcioletnią wówczas Lizą na zakupy. Jakiś bezczelny specjalista od sprzedaży wymyślił sobie, że dział z zabawkami znakomicie sprawdzi się między pieczywem a wędlinami. Mała Liza chwyciła lalkę i przycisnęła do twarzy.

– Kupisz mi?

Wtedy Debi zdjęła z górnej półki inną lalkę i zakręciła nią przed buzią Lisy.

– A może wolisz taką?

Lalka kosztowała tyle co ich pierwszy samochód.

– Debi. Wiesz, że nie mamy tyle pieniędzy – próbował ratować sytuację.

Odłożyła lalkę z powrotem na półkę i przytuliła Lizę, bliską płaczu.

– Tatuś nie ma pieniędzy, ale mamusia bardzo, bardzo cię kocha.

Później w domu, kiedy próbował wrócić do tamtej chwili, zaczęła krzyczeć, że to nie jej wina, że on nie ma pieniędzy, później się rozpłakała, a na końcu stwierdziła, że jeśli kogoś nie stać na dziecko, to nie powinien zakładać rodziny. Celowo na tyle głośno, by Liza usłyszała każde słowo.

Przemilczał, że gdyby wcześniej nie wydała fortuny na siebie, to miałby na lalkę dla córki.

Jego prawda była tylko jedna. Leżała jak ta perła na środku basenu, a z góry sypały się czarne plastikowe kuleczki. Kłamstwa, oszczerstwa, manipulacje i przekręty. Wkrótce jego prawda zginęła gdzieś na dnie. Na sprawie rozwodowej Debi przeszła samą siebie. Biorąc na poważnie jej słowa, powinien prosto z sali rozpraw trafić do celi. Zostawił jej własne mieszkanie, które odziedziczył po dziadkach, bo nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej. W końcu mieli wspólne dziecko. Mimo to spojrzenie, którym darzyła go sędzina prowadząca sprawę, nie pozostawiało wątpliwości, co sądzi o nim lepsza część ludzkości. Bydlę. Bydlę i kanalia.

Sam rozwód nie zmęczył go tak bardzo jak lata związku. To było jak długi, wyczerpujący mecz. Z dogrywką i rzutami karnymi, kiedy to zawodnicy kładą się na boisku, nękani skurczami mięśni. On taki mecz miał właśnie za sobą.

Wracał teraz do wynajmowanego mieszkania, otwierał piwo i słuchał muzyki z kaset magnetofonowych. Wreszcie mógł sobie pozwolić na dobry amplituner i magnetofon kasetowy. Sprzęt grający firmy Marantz plus dobre kolumny głośnikowe pomagał choć na chwilę zapomnieć o życiowej porażce, a Linda Ronstadt ze swoim „You're No Good” brzmiała świetnie.

Klops

W barze czekał na niego wolny stolik. Zamówił nie najlepsze lokalne piwo i rozciągnął się na fotelu. Wciąż odczuwał zdenerwowanie po akcji z małolatem.

Timothy Todd. Tak brzmiało jego pełne nazwisko. Syn Bena Todda i matki nieznanej. John widział kiedyś ojca chłopaka. Siedział z kumplami przy stoliku i ciągnął piwo, kiedy do baru wszedł jego syn Timothy.

Dzieciak miał rozpromienioną twarz, jakby przed chwilą zszedł z kolejki górskiej. W obu rękach trzymał niklowane dekle od samochodu.

– Takie, tato?

Ben wyciągnął rękę i, czochrając włosy chłopaka, zwrócił się do kumpli:

– Będą z niego ludzie.

John do tej pory nie wiedział, co może oznaczać tamta wróżba. Chłopak zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych czy może okradnie Bank Rezerw Federalnych?

Po kilku łykach wstał i podszedł do szafy grającej.

Rzucił monetę i wybrał piosenkę. Z głośników popłynęło "You're No Good" Lindy Ronstadt.

Kończył drugie piwo, gdy do baru weszło dwóch mężczyzn. Oboje w kraciastych flanelowych koszulach. Widać było, że zdążyli już wcześniej coś wypić. Usiedli przy barze na tyle blisko, że John słyszał rozmowę. Oboje tryskali humorem.

– Naprawdę? Ten stary kundel?

– No mówię ci. Stary Oldman zupełnie zbzikował. Przy drodze wbił w ziemię tablicę z napisem: "Pies, który śpiewa. Występ – 100 dolarów".

– Pije tę swoją nalewkę, to i we łbie mu się pieprzy. I żeby tylko jemu. Częstuje tym świństwem tego kundla. Jak mu było? Klops?

– Ej, Bil. Daj spokój. Każdy po kilku kieliszkach lubi pośpiewać. A co ma do roboty? Żona z dziećmi odeszła, jak popadł w długi. Przy tym, co go spotkało, chłop i tak daje radę.

– No pewnie. Daje radę. A że jego kundel zaczął śpiewać – to spoko. Siedzą sobie na werandzie i śpiewają.

– Bil. Ja kiedyś piłem tę jego nalewkę i mówię ci, że mózg tak mi przeryło, że śniło mi się, że ten Klops patrzy mi w oczy. Tak głęboko. Znaczy z bliska. I, kurde, gada do mnie: "Czy się wody napiję?"

John uśmiechnął się do siebie. Kolejny rozwodnik. Jego szef Fred po swoim rozwodzie również szukał pocieszenia. Jak przystało na porządnego faceta – znalazł je w salonie samochodowym. Lincoln Continental. Cholernie drogie i cholernie dobre auto. Stanowczo za drogie, ale póki miał na kredyt i alimenty – nie narzekał. Jemu odsprzedał w okazyjnej cenie Cadillaca. Powiedział wtedy do niego:

– Rodziny ci nie zastąpi, ale w porządnych butach i w porządnym samochodzie trudniej się stoczyć.

Pieprzony sierściuch

Kolejny dzień. 5:00 pobudka. Mógł sobie pozwolić, by spać do 7, wolał jednak wstać wcześniej, by móc bez zbędnego pośpiechu wypić kawę i obejrzeć poranne wiadomości. Do redakcji dotarł po schodach, spalając przy tym tyle kalorii co inni po godzinie biegania po parku.

Najistotniejszym wydarzeniem tego dnia okazał się kotek, który wszedł na drzewo i nijak nie zamierzał zejść. John przesiedział kilka godzin na ławce, obserwując, jak dzielni strażacy co rusz chowają drabinę, przestawiają auto i ponownie wysuwają drabinę. Kotek nie był z tych, co to czekają wystraszone, aż ktoś chwyci je za kark i ściągnie na ziemię. Ten skakał żwawo z gałęzi na gałąź, wodząc za sobą cały oddział straży pożarnej. Miał już zdjęcie kota na drzewie, ale wciąż czekał, aż kot znajdzie się w ramionach dzielnego wybawiciela. To mogło być zdjęcie na pierwszą stronę.

Obok na ławce siedział dowódca oddziału. John znał ich wszystkich. Nie raz robił im zdjęcia, gdy gasili pożary lub jechali do wypadków drogowych.

– Powiedz mi, Finn, po jakiego grzyba ganiacie tego kota.

Finn ręką osłaniał oczy przed oślepiającym słońcem i wpatrywał się w koronę drzewa.

– Widzisz tę staruszkę na ławce obok?

– Tak – odpowiedział John. – Kobieta zaraz zejdzie na zawał.

– A wiesz, kto to jest?

John zaprzeczył, kręcąc głową.

– Teściowa burmistrza. Pieprzony sierściuch ma znajomości.

John otworzył teczkę i wyciągnął z niej notes i długopis. Ponownie wyszukał wzrokiem kota, który zdawał się zupełnie ignorować całe zamieszanie w dole.

"Pieprzony sierściuch" – zanotował i podkreślił grubo dwa razy.

Muzyka

Było po 16-tej, kiedy John wrócił do siebie. Mieszkanie wynajął zaraz po rozwodzie. 36 m kwadratowych z łatwością zmieściło wszystko, co zdołał uzbierać w ciągu 15 lat małżeństwa. Nie było tego wiele. Elektryczna wkrętarka, szczoteczka do zębów, magnetofon i kolekcja kaset.

Tych zresztą rzadko miał okazję odtwarzać, bo gdy tylko lekko podgłośnił dźwięk, jego żona natychmiast dostawała migreny i krzyczała, by wyłączył ten jazgot.

Ludzie, zanim dobiorą się w pary, powinni zadać sobie pytanie: czy słuchasz, a jeśli tak – jakiej muzyki słuchasz? Ilu to nieporozumień można by uniknąć tym sposobem. Trudno wymagać zrozumienia lub empatii od ludzi, którzy nic nie czują, słuchając Arethy Franklin czy Joe Cockera. John uważał, że kto nie rozumie muzyki, jest jak bezmyślna maszyna bez duszy i nigdy nie pojmie niczego, co wykracza poza sferę materialną.

Podszedł do półki z kasetami i przez chwilę im się przyglądał. Wybór padł na Jimiego Hendrixa. Wcisnął przycisk play, podkręcił głośność i podczas gdy dźwięki gitary wypełniały zabrudzone ściany mieszkania, wziął prysznic i umył zęby. Nałożył bluzę z kapturem, jeansy i trampki. Było po 18-tej, gdy wsiadł do swojego cadillaca i ruszył w stronę znajomego sobie baru, by jak co wieczór zjeść i napić się piwa.

Do przejechania miał dobrych kilka mil, a po trasie mijał restauracje, które wcześniej odwiedzali z żoną. Miejsca, w których musiał bywać, mimo że ceny były poza jego zasięgiem, a co więcej – w menu oprawionym w skórę krokodyla – nie było nic, co by zadowoliło jego podniebienie. Zwykle opuszczał te miejsca głodny i zły, bo raz: porcje były małe. Dwa: było drogo. Trzy: napiwek musiał robić wrażenie na obsłudze, a przede wszystkim na Debi.

Pyzy

Przejechał między ciężarówkami i zaparkował blisko wejścia. Pod zajazdem stało kilka aut osobowych. Większość bywalców zajazdu stanowili kierowcy zawodowi, którzy zjeżdżali tu na noc, by odpocząć. Po całym dniu za kierownicą chcieli zjeść dużo, smacznie i niedrogo.

Jeśli coś im nie pasowało, potrafili wygarnąć to kelnerce prosto w oczy i poszukać sobie innego zajazdu. Nikt tu nikogo nie udawał. Awanturnicy wszczynali burdy, pijacy bełkotali coś w swoim języku, a ci bez kultury osobistej używali słów niecenzuralnych. Zwykle jednak panował tu spokój i cisza. Kierowcy po całym dniu w głośnej, trzęsącej kabinie chcieli tylko posilić się, wypić piwo i zwalić na leżankę swojej ciężarówki.

John podszedł do wysokiego, przeszklonego baru i spojrzał na podświetlaną tablicę z nazwami posiłków. Zwykle nie zastanawiał się długo. Pyzy z mięsem w sosie borowikowym. Jak do tej pory ludzkość nie wymyśliła nic smaczniejszego i John zwykle żałował, gdy czasem dla odmiany zamówił coś innego. No może jeszcze placek cygański z gulaszem, ale ten był tak wielki, że nawet jego wysportowany żołądek miał z nim ciężką przeprawę.

W kolejce po posiłek stało kilka osób, a za barem Sally przyjmowała zamówienia. John zaczął się jej przyglądać. Kobiety mają jakiś specjalny zmysł wykrywający takie rzeczy. Wystarczy kilka sekund spojrzenia, a ta już poprawia włosy, zakłada nogę na nogę i wypina pierś. Wyczuła jego wzrok i odwróciła głowę. Pokazał gest OK i wskazał na tablicę nad barem. Sally uśmiechnęła się, dając do zrozumienia, że odebrała jego znaki.

Usiadł przy stoliku i rozejrzał się dokoła. W drugim końcu sali siedział Barry. Strażak, który uczestniczył w akcji z kotem. Był sam, a przed nim stały dwa puste kufle po piwie. Trzeci właśnie zbliżał do ust. Wyraźnie upijał się na smutno. Dwumetrowy, potężny chłop o nerwowym usposobieniu i gołębim sercu. Kotek wszedł między liście, gdzie nie było go widać. I kiedy wszyscy zastanawiali się, co dalej, do akcji wkroczył Barry z bosakiem. Pchał go między liście, próbując chwycić jakąś gałąź, potrząsnąć nią i wypłoszyć kota.

Może gdyby był czarny? Wszystko wyglądałoby nieco inaczej, ale pechowo ten był biały.

John zastanawiał się, czy powinien zadzwonić do szpitala i zapytać o zdrowie teściowej burmistrza.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania