Pies który śpiewał. 1. Redakcja.

Była 8:20 rano gdy na parking redakcji The Daily Echo wtoczył się biały Cadillac de Ville. Przejechał między wąskiem szpalerem aut i skręcił w miejsce gdzie na ścianie widniała tabliczka z nazwiskiem. James Carter.

Kierowca zgasił silnik, zaciągnął hamulec i ułożył się wygodniej w fotelu. Przymknął oczy. Lokalna stacja grała właśnie najnowszy szlagier Lindy Roostadt "Blue bayou". Myślał o swoim "Blue bayou". Wtedy jeszcze gdy był młody i co ty ukrywać, parę kilo lżejszy. Mimo 42 lat na karku i nieudanego związku James nadal pozostawał niepoprawnym romantykiem. Wierzył w miłość a jednocześnie wiedział że jego szanse na ponowne zaznanie tejże są równe zeru. Zresztą po kilku latach małżeństwa, rozwodzie i tym wszystkim co mieściło się między jednym a drugim nie był do końca przekonany czy jego układ naczyniowo sercowy zdolny jest do kolejnych uniesień.

W redakcji odpowiadał za kulturę. Taką przez małe k ( w końcu Midland to nie Nowy Jork). Gdy tej nie starczało by wypełnić rubrykę, wypadki pożary i awarię.

Piosenka dobiegła końca. John otwartą dłonią uderzył się po udzie. -Ech Lindy- Gdyby jego fantazje były prawdą zapewne leżałby teraz na ziemi z rękami skutymi na plecach a pani Roostadt jedną ręką zasłaniała by dekolt a drugą próbowała obciągnąć sukienkę zasłaniając kolana.

Sięgnął po skórzaną torbę i pociągnoł za klamkę. Siedzenie auta było miękkie jak fotel w którym siadał przed telewizorem z piwem i chipsami. Uniesienie tyłka znad tego wymagało niejakiej wprawy.

Wystawił nogi na zewnątrz i wyrzucił przed siebie obie ręce trzymając skórzaną teczkę. Grube notatniki, magnetofon, kasety, buteleczki Jack Danielsa i inne zadomowione pierdoły zgodnie na raz uniosły nieco zaniedbane ciało i ustawiło do pionu.

Myślicie że było to niezgrabne i komiczne?

Nic bardziej błędnego. U Johnyego wyglądało że chwilą nieuwagi i wzniesie się razem ze swoją teczką ponad dachy zaparkowanych samochodów.

 

Parking redakcji wciśnięty był między ściany przylegających do siebie budynków. Nawet w upalne dni tutejsze powietrze było zwykle chłodniejsze i nasączone wilgocią. Ci którzy palili co rusz wychodzili zaczerpnąć świeżego powietrza a przy okazji sprawdzić czy na murach nie pojawiło się jakieś nowe graffiti. Jeden z licznych kolorowych napisów głosił "There is only one truth" prawda jest tylko jedna. Obok zielonych ufoludek przekładał sobie do głowy laserowy pistolet. Wszedł do budynku. Przy drzwiach prowadzących do windy stały dwie stażystki. W rękach trzymały kubki z gorącą kawą zapewne przeznaczone dla ich szefów. Rzuciły w stronę Johna spłoszone spojrzenie w obawie że zechce wcisnąć się za nimi do windy. Papierowe kubeczki zapewne nie podołały by naporowi jego wydatnego brzucha. Posłał dziewczynom lekki powitalny uśmiech i skierował kroki ku marmurowym schodom. Odległość między parterem a drugim piętrem pokonał stawiając stopy co drugi stopień. Na trzecie piętro wszedł już nie pomijając żadnego. Tu postał chwilę czekając aż jego tętno się ustatkuje. Nie chciał wparować do biura zdyszany i spocony. Na czwarte piętro dostał się stawiając kroki wolno i ciągnąc rękoma za poręcz schodów. Zanim dotarł do swojego biurka rozdał po drodze kilka uścisków dłoni i skinień. Zdjął marynarkę. Powiesił na oparciu krzesła.

 

Otworzył teczkę i wyjął z niej gruby notes. Poprzedniego dnia był na występach uczniów miejscowego gimnazjum. Teraz właśnie nadszedł czas, by przelać na papier to, co wydarzyło się na scenie. Dwudziestu siedmiu uczestników. Zakładając, że każdy ma oboje rodziców, to już osiemdziesiąt jeden osób. Do tego dochodzą dziadkowie, ciotki, rodzeństwo. Zapewne około dwustu. Miał ich wszystkich w garści. To od niego zależało, czy jakiś dzieciak zakończy karierę wokalną na etapie gimnazjum, czy będzie darzył swym talentem przyszłe pokolenia, póki nie skończy w jakimś pokoju hotelowym jako alkoholik i narkoman.

 

Wkręcił papier w maszynę do pisania i rozłożył się w oparciu fotela. Nie cierpiał tego rodzaju wezwań. Na biurku obok jego kolega z pracy z rozpromienioną twarzą walił w klawiaturę z prędkością karabinu maszynowego. Tyle że on pisał o skorumpowanym kongresmenie. Zapewne nie przebierał w słowach i jechał po nim jak po burej suce. On nie był skrępowany wizją pana Myersa łkającego w poduszkę, bo ktoś śmiał urazić jego uczucia. A gdyby tak… Położył palce na klawiaturze.

 

— Wczoraj uczniowie klas ósmych szkoły podstawowej wystawili musical Grease. Tym samym udowodnili, że deski naszego teatru pochodzą z rozbiórki starego kurnika, a pianie tej bezmyślnej hordy bez odrobiny talentu na zawsze wymrze z naszej pamięci to dzieło.

 

— John.

 

Uniósł głowę. Przed nim stał szef redakcji, a prywatnie jego przyjaciel, Halk.

 

— Wiem, że masz robotę, ale jest pilna sytuacja.

 

John poderwał się od stołu.

 

— Wylądowali? Są wreszcie? Przybysze z innej galaktyki? Mów, mów wreszcie, nie trzymaj mnie w niepewności.

 

— Zakręcili wodę na Breyker Street.

 

Usiadł i położył rękę na czole.

 

— Jezu… Co teraz?

 

— Teraz pojedziesz tam. Zrobisz zdjęcie rury. Zapytasz: co, gdzie, na jak długo.

 

Halk zerknął na kartkę wystającą z maszyny.

 

— Chyba nie zamierzasz doprowadzić nas do ruiny?

 

John wydarł kartkę z maszyny, zmiął w kulkę i wyrzucił do kosza.

 

— Spoko, Halk. Gdzie ta rura?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania