Pieszy pieszemu wilkiem

Gdyby przyjrzeć się naszemu ruchowi drogowemu, można by pomyśleć, że jako gatunek jesteśmy wysoce zorganizowani. Mamy przecież światła, pasy, znaki drogowe, prawo jazdy i skomplikowany system mandatów, który skutecznie temperuje wyobraźnię kierowców. Jednak wystarczy, że ten sam uporządkowany człowiek wysiądzie z samochodu i stanie na własnych nogach, by w jednej sekundzie cała cywilizacyjna ogłada wyparowała. Chodnik jest bowiem ostatnim bastionem absolutnego, niekontrolowanego anarchizmu. To miejsce, gdzie nie obowiązują żadne przepisy, prócz prawa silniejszego, sprytniejszego i tego, który głębiej wciśnie głowę w ekran smartfona.

Pieszy w przestrzeni miejskiej przypomina cząsteczkę w stanie chaotycznego ruchu Browna. W teorii większość z nas uczyła się w szkole, że na chodniku, podobnie jak na jezdni, trzymamy się prawej strony. W praktyce reguła ta umarła gdzieś na przełomie wieków, a jej miejsce zajęła radosna, piesza wolnoamerykanka.

Najgroźniejszym gatunkiem w tej dżungli jest bez wątpienia kotwica. To typ człowieka, który idzie dynamicznym, zdecydowanym krokiem przez sam środek zatłoczonej alei, po czym nagle, z precyzją szwajcarskiego zegarka i bez najmniejszego ostrzeżenia, zatrzymuje się w miejscu. Nie zbacza do krawędzi, nie ogląda się za siebie. Po prostu staje niczym rażony piorunem, ponieważ właśnie przypomniał sobie, że musi sprawdzić na mapie, gdzie jest, albo odpisać na wiadomość o treści „OK”. W efekcie wszyscy idący za nim wyrastają z ziemi jak grzyby po deszczu, wykonując gwałtowne uniki, które w lotnictwie wojskowym nazwano by manewrem wymijania rakiety.

Równie fascynującym zjawiskiem jest tak zwany taniec dyplomatyczny. Osiągamy jego apogeum, gdy dwie osoby idą na czołowe zderzenie z odległości kilkunastu metrów. Obydwie widzą przeszkodę, obydwie mają mnóstwo czasu na reakcję. I co robią? Zamiast po prostu zjechać w prawo, zaczynają synchroniczny układ choreograficzny. Ty robisz krok w lewo, twój przeciwnik robi krok w swoje prawo (czyli w tę samą stronę). Ty odbijasz szybko w prawo, on również. Po trzech takich zwrotach stoicie naprzeciwko siebie z głupawym uśmiechem, przepraszając się nawzajem, jakbyście właśnie zderzyli się na wózkach w supermarkecie.

Nie sposób też pominąć chodnikowej husarii, czyli rodzin lub grup znajomych przemieszczających się tyralierą. Trzy lub cztery osoby idą obok siebie, zajmując dokładnie całą szerokość chodnika od ściany kamienicy aż do krawężnika. Poruszają się z prędkością dostojnego spaceru, odcięci od świata wesołą konwersacją. Jeśli idziesz z naprzeciwka, masz do wyboru trzy wyjścia: zeskoczyć na jezdnię pod nadjeżdżający autobus, wbić się w ścianę budynku niczym postać z kreskówki, albo liczyć na to, że grupa uderzeniowa w ostatniej chwili pęknie i przepuści cię niczym Mojżesz Morze Czerwone. Spojler: zazwyczaj nie pęka.

A wszystko to potęgowane jest przez współczesną plagę zombie ze smartfonami, ludzi, dla których nawierzchnia, latarnie i inni przechodnie są jedynie nieistotnym tłem dla relacji na TikToku. Idą przed siebie, sterowani wyłącznie nieokreślonym szóstym zmysłem, wierząc, że wszechświat sam zadba o ich integralność fizyczną.

Fascynujące jest to, że nie potrzebujemy nowelizacji kodeksu wykroczeń ani patroli straży miejskiej wlepiających mandaty za niezasygnalizowanie skrócenia kroku. Wystarczyłaby odrobina empatii i prosta refleksja, że chodnik nie jest naszą prywatną bieżnią ani salonem. Ale dopóki do tego nie dojdziemy, spacer po mieście pozostanie najbardziej ekstremalnym sportem bezkontaktowym, jaki kiedykolwiek wymyśliła ludzkość.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania