Piętnaście uderzeń zegara
Siedzę przy stole i spoglądam w stronę drewnianego zegara stojącego przy ścianie. Jego wahadło porusza się rytmicznie. Tik-tak, tik-tak. Przenoszę wzrok na wskazówki. Nagle w kąciku oka pojawia się łza. Zadaję sobie pytania: ile to już dni? Ile miesięcy? Ile lat?
Marysiu… moja córko.
Tyle czasu upłynęło. To już piętnaście lat. Tak! To wtedy moja córka ukończyła dwadzieścia lat.
Już w przedszkolu przejawiała niezwykłe zdolności plastyczne. W ciągu zaledwie kilku miesięcy poznała litery, a wkrótce potem nauczyła się składać je w słowa. Była pierwszym dzieckiem w grupie, które potrafiło czytać i pisać. Później przyszła szkoła podstawowa. Marysia była najgrzeczniejsza w klasie. Miła, uczynna, zawsze gotowa pomóc innym. Przez wszystkie osiem lat nauki przynosiła do domu świadectwa z czerwonym paskiem! Ileż radości dawała nam, mnie i Agnieszce, mojej żonie. Wiązaliśmy z nią ogromne nadzieje.
Dzieci… My, dorośli, różnie podchodzimy do rodzicielstwa. Są ludzie, którzy nie chcą mieć potomstwa. Nie zamierzam ich osądzać, choć sam patrzę na to inaczej. W moim przekonaniu posiadanie dzieci jest częścią naszej powinności wobec świata. Może po prostu tak jesteśmy skonstruowani. Rodzi się dziecko i naturalnie otaczamy je opieką. Odzywa się w nas instynkt. Z czasem przywiązujemy się do maleństwa, kochamy je coraz mocniej, a wcześniejsze wątpliwości schodzą na dalszy plan. Żyjemy teraźniejszością, uczymy się roli rodziców i skupiamy na jednym: zapewnić dziecku szczęście i bezpieczeństwo.
Ja również tak miałem. Piętnaście lat temu. Marysia była naszym oczkiem w głowie. I zawsze nim pozostanie.
Po ukończeniu podstawówki dostała się do najlepszego liceum we Wrocławiu, do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Rozpoczął się nowy etap jej życia. Szkoła średnia to już przecież coś innego. Nastolatka, nowe znajomości, nowe doświadczenia… Mimo to byłem o nią spokojny. Wierzyłem, że nie ulegnie złym wpływom rówieśników. Nie zacznie palić papierosów, nie sięgnie po alkohol, a tym bardziej nie skusi się na narkotyki.
Wiedziałem, że prędzej czy później pojawi się w jej życiu chłopak. Urodę odziedziczyła po matce: kręcone, czarne włosy, szczupła sylwetka, metr pięćdziesiąt wzrostu i duże, ciemne oczy. Miała też lekko śniadą cerę. Nic dziwnego, że cieszyła się powodzeniem u chłopców.
Jej pierwszy chłopak był wyjątkowo spokojny i opanowany. Spotykali się przez kilka miesięcy. Później pojawił się kolejny, dwa lata starszy od Marysi. Był przyszłym lekarzem. Bardzo go lubiłem, ale z jakiegoś powodu nie przypadł jej do gustu. Takich znajomości było jeszcze kilka. Do końca liceum miała za sobą może pięć związków.
W końcu nadszedł czas matury. Zdała ją bez problemu. A potem studia! Dostała się na biochemię. To było jej wielkie marzenie.
I wtedy poznała Franka.
Wysoki, szczupły blondyn o niebieskich oczach. Stronił od używek, sprawiał wrażenie ułożonego, wręcz pedantycznego człowieka. W nauce nie radził sobie tak dobrze jak poprzedni partnerzy Marysi, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Najważniejsze było szczęście córki. A ona zakochała się w nim tak mocno, że postanowiła przedstawić go nam bliżej.
Pewnego dnia razem z żoną otrzymaliśmy zaproszenie do restauracji. Świece, białe obrusy, elegancki wystrój… Miejsce było naprawdę drogie. Franek najwyraźniej chciał nam zaimponować. Być może zależało mu również na tym, by jeszcze bardziej umocnić swoją pozycję w sercu Marysi. Trzeba przyznać, że potrafił oczarować człowieka. Robił olbrzymie wrażenie.
Mijały miesiące. Wkrótce minął niemal rok. Wtedy Marysia oznajmiła nam, że zamierza zamieszkać z Frankiem. Pomyślałem: trudno, jest przecież pełnoletnia. Musi sama podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje.
Sielanka nie trwała jednak długo.
Prawda wyszła na jaw w najmniej spodziewanym momencie. Od naszego sąsiada, policjanta, dowiedzieliśmy się, że Franek jest zamieszany w jakieś podejrzane interesy. Wkrótce wszystko stało się jasne. Należał do gangu zajmującego się kradzieżami samochodów. Co gorsza, wciągnął w ten proceder również naszą córkę. Marysia, zaślepiona miłością i ufająca mu bezgranicznie, stała się częścią przestępczego świata.
Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy okazało się, że jest w ciąży. Mimo to nie uniknęła odpowiedzialności. Za udział w zorganizowanej grupie przestępczej została skazana na piętnaście lat pozbawienia wolności.
Ten wyrok był dla nas ciosem prosto w serce. Nasza mała, zdolna Marysia urodziła dziecko w więziennym szpitalu. Nie mogąc zapewnić mu domu za kratami, powierzyła je nam.
Dziś nasza wnuczka kończy piętnaście lat. To cudowne dziecko. Spokojne, opanowane, pilne. W szkole radzi sobie bardzo dobrze.
Znów spoglądam na zegar stojący przy ścianie. Wciąż trudno mi uwierzyć, że za kilka dni wnuczka po raz pierwszy naprawdę pozna swoją matkę. Po piętnastu latach Marysia wreszcie opuści mury więzienia.
Niesamowite, jak przewrotny potrafi być los. Wnuczka ma piętnaście lat, a jej matka spędziła tyle samo czasu za kratami. Co więcej, obie są do siebie uderzająco podobne. Nie tylko z wyglądu, lecz także z charakteru.
Cóż… Mówi się, że serce nie sługa, a miłość to Boży dar.
Tylko co z żoną teraz powinniśmy zrobić? Jak zachować się podczas tego spotkania? Jak przygotować wnuczkę na spotkanie z matką, której właściwie nigdy nie poznała? I czy człowiek naprawdę nie ma prawa po prostu pogubić się we współczesnym świecie?
Komentarze (4)
Można się pogubić ufając niewłaściwym ludziom, a później niestety ponosi się konsekwencje.
Może dalszy los będzie dla niej łaskawy.
Oczywiście historia jest zmyślona.
Dziękuję bardzo za przeczytanie tekstu i komentarz.
Pozdrawiam serdecznie
Ładnie napisane, wciągnąłem się. :)
Piątka.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania