Planeta. I
Dziesięć tysięcy stóp nad największym miastem nad półkulą północną
Jeden z masowo produkowanych prymitywnych lądowników
– Houston, we’ve got problem. – Moje tętno skoczyło aż pod sufit, gdy gratem coraz bardziej trzęsło, a ja długo nie mogłem nic z tym zrobić.
Cholerna kupa złomu zupełnie nie chciała się wyłączyć, wchodząc w mocne, silne wibracje, które normalnie kończyły się rozbiciem turbiny, nieodwracalnym zniszczeniem kilku systemów i niekontrolowanym spadaniem jak cegła w dół.
– Wędrowiec jeden, stan.
– Wibracje w dwójce. – Nerwowo przerzucałem kolejne wajchy w kokpicie, próbując ustawić właściwy przepływ mieszanki.
– Wędrowiec jeden, procedura alfa.
– Ta – warknąłem. – Jakbym sam, kurwa, nie wiedział.
– Eeee, powtórz, Wędrowiec jeden.
– Bez odbioru.
Za oknami widać było zarysy budynków obcych, a prędkość gwałtownie rosła.
– Zderzenie za dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć… – bezduszny ton komputera nie dawał żadnej nadziei na spokojne lądowanie, a ja pomyślałem, że zawsze bardzo chciałem zamieszkać w Rzymie, ale jest na to chyba trochę za późno.
Część pierwsza - niedowierzanie i szok
Sześćdziesiąt lat wcześniej
Houston
– Apollo, wchodzisz w cień księżyca. – W centrum kontroli misji w środku nocy panowała dosyć leniwa atmosfera, a doświadczony kontroler, weteran wielu misji kosmicznych, uśmiechnął się na samą myśl, że może w końcu pójść na dłuższą przerwę.
– Roger, Houston. Do zobaczenia za dwadzieścia minut – potwierdził astronauta z pojazdu wielkości budki telefonicznej, lecącego jak pocisk miliony mil od Ziemi.
Mężczyzna w centrum na Florydzie ściągnął słuchawki i zaciągnął się papierosem, potem zgasił go w popielniczce przy konsoli i zaczął się zbierać.
– Widziałeś? – Jego kolega próbował go zatrzymać, pokazując coś na swoim ekranie. – Zaraz przed rozłączeniem.
– Na pewno brudne dane. – Lawrence ziewnął i założył marynarkę.
– Ale przez dziesięć sekund? – Jake nie dawał za wygraną. – To niemożliwe.
– Ściągnij którego ze speców od transmisji. Niech się wykażą. Ja zaraz wracam. Naprawdę muszę do kibla.
Pięćdziesiąt lat wcześniej
Cape Canaveral
– Trzy, dwa, jeden. Zapłon. – Komendy z centrum sterowania przekazywano przez głośniki na zewnątrz całego kompleksu.
Ruszył oficjalny zegar misji, a ludzie na platformie widokowej dwa kilometry dalej zmrużyli oczy, widząc płomienie i dym ze stanowiska startowego. Wszyscy zaczęli klaskać, gdy pojazd zaczął się wznosić, wpierw powoli i niezauważalnie, potem coraz szybciej, z pełną mocą potężnych silników głównych i dwóch rakiet wspomagających.
– Właśnie byliśmy świadkami kolejnego startu promu. – Jedna z reporterek stojących wśród wiwatującego tłumu relacjonowała z zaangażowaniem i ekscytacją do kamery. – Celem misji jest naprawa teleskopu Hubble. Niedokładnie wyszlifowane lustro, błędy konstrukcyjne w kolejnych modułach czy przekroczony budżet to tylko drobny wycinek tego, z czym na co dzień borykają się naukowcy. Cały projekt od lat prześladuje ogromny pech, teraz jednak wszystko ma się zmienić. Prom wyniesie na orbitę specjalnie przygotowane soczewki, które po zamontowaniu pozwolą uzyskać jasny, klarowny obraz. Era podboju kosmosu wkroczy na zupełnie inny poziom. Pierwsze efekty będzie można zobaczyć już za kilka dni.
Czterdzieści pięć lat wcześniej
Cape Canaveral
– To historyczna chwila. – W przeciwieństwie do wielu poprzednich misji lotem interesowali się dziennikarze ze wszystkich dzienników w całym kraju. – Chodzi o pokazanie, że zwykli, normalni ludzie też mogą żyć i pracować w kosmosie. Nauczycielka z Florydy będzie prowadzić lekcje z orbity, przy okazji robiąc różne doświadczenia w ramach badań NASA. Start przekładano już wiele razy, tym razem jednak inżynierowie w końcu dali zielone światło. Jak sami państwo widzą, nie ma żadnego powodu do niepokoju.
Jakby na zaprzeczenie tych słów ślad na niebie rozdzielił się na kilka mniejszych i do uszu zgromadzonych dobiegł stłumiony odgłos eksplozji.
– Wydaje się, że wygląda to trochę inaczej niż podczas wcześniejszych misji. – Reporterka przycisnęła słuchawkę w uchu, nadal relacjonując tym samym spokojnym, profesjonalnym tonem. – Pierwsze doniesienia mówią o niewielkich problemach technicznych. Czekamy na potwierdzenie, co stało się z promem i astronautami na pokładzie.
Dwadzieścia dziewięć lat wcześniej
Centrum sterowania największego teleskopu na świecie, Arecibo Observatory, Puerto Rico
– Skierować anteny o jeden stopień w prawo. – Doktor Bow spojrzał na technika, doktora Arroway.
– Jest stopień w prawo. – Mężczyzna wpisał polecenie i odruchowo skulił się, wciąż pamiętając zamieszanie i fałszywy alarm, który wyrwał z gali dobroczynnej nawet samego prezydenta USA.
– Niesamowite, znowu nadają – rzucił jeden z naukowców, gdy z głośnika popłynął dosyć stabilny, mocno trzeszczący ton.
– Jak długo?
– Tym razem całe siedemdziesiąt dwie sekundy.
– I znowu kwadrant cztery pięć jeden jeden trzy dziewięć osiem. Co pokazują zdjęcia z Hubble? Czy NASA je w końcu przysłała?
– Tak. I nie ma tam nic konkretnego.
Dwadzieścia osiem i pół lat wcześniej
Odczyt na uniwersytecie Stanforda
– Panowie, to może być zaproszenie lub ostrzeżenie, ale równie dobrze przepis na najlepszą szarlotkę w całym wszechświecie. – Doradca prezydenta USA całkiem poważnie spojrzał na naukowców zajmujących się programem SETI przy największym teleskopie na tej półkuli. – Potrzebuję konkretów. Czy analiza coś wykazała?
– Nie, ale udało się podzielić cały sygnał na szereg ciągów zero-jedynkowych. Co jakiś czas w każdym z nich powtarza się ten sam zestaw cyfr, od zera do szóstki. Na tej podstawie zespół Margaret Hamilton uważa, że przesłanie może być zapisane w kodzie siódemkowym.
– Nie bardzo rozumiem ten wasz cały naukowy bełkot. Nie można jaśniej?
– Nasze komputery liczą dwójkowo, ich najwyraźniej robią inaczej. Dużo wskazuje, że obcy mają obsesję na punkcie siódemki.
– Dlaczego zakładacie, że to ET?
– To chyba logiczne.
– Czy wiemy, dlaczego akurat wybrali tę cyfrę?
– Jest tak samo dobra jak każda inna.
– A może ich siedem to nasze jeden lub dwa?
– Na razie zbyt wcześnie, żeby cokolwiek przesądzać. Cały czas trwają analizy. Próbujemy przyporządkować całość do uniwersalnych reguł rządzących wszechświatem. Jak się to uda, być może wtedy zrozumiemy podstawy ich języka.
– Czyli gówno wiecie, jak zresztą zawsze.
Dwadzieścia siedem lat wcześniej
Biały Dom
– Panie prezydencie, udało się rozkodować cały sygnał obcych. To „Przeminęło z wiatrem”. Tylko kilka klatek, ale zapisanych w takim formacie, jakiego nie używamy od wielu lat.
– Czyli to transmisja z Ziemi? Jakaś tania podróbka?
– Nie. To niemożliwe.
– Ale jak to się stało? Przecież ten film był wyświetlany głównie w kinach.
– Wielokrotnie przesyłano go przez satelity.
– Czyli coś złapało naszą transmisję i nam ją zwróciło?
– Najwyraźniej tak.
– Dobrze, że nie pokazali Hitlera na olimpiadzie w Berlinie.
– To nie Hollywood, panie prezydencie.
– Co z Chińczykami i Rosjanami?
– Robią, co mogą, na własną rękę.
– Nie możemy teraz działać oddzielnie.
Dwadzieścia sześć lat wcześniej
The Washington Post
„Dezintegracja Columbii na nowo otworzyła dyskusję o celowości podróży kosmicznych. Podatnicy i inwestorzy nie są już pewni, że całość jest bezpieczna dla ludzi i sprzętu i daje wystarczające profity. Katastrofa dwóch promów kosmicznych i upadek programu Buran cofnęły eksplorację kosmosu na całe dziesięciolecia, a skomplikowana sytuacja geopolityczna i napięcia pomiędzy USA i Rosją powodują, że eksploatacja statków Progres stoi pod dużym znakiem zapytania. Konieczne jest opracowanie nowych, optymalnych sposobów masowego transportu towarów na orbitę”
Dwadzieścia pięć lat wcześniej
Biały Dom
– Panie prezydencie, to coś innego niż Otumaha. – Pięciogwiazdkowy generał USAF zrobił poważną minę, patrząc na zgromadzonych, siedzących w wygodnych fotelach wokół stolika z napojami i kawą.
– Oumuamua – rzucił doradca do spraw naukowych. – Nazwa pochodzi ze starożytnych podań.
– Nieważne. – Doświadczony wojskowy zgromił go wzrokiem i rozłożył kilka szczegółowych zdjęć w dużej rozdzielczości. – Proszę tylko spojrzeć. Jest znacznie większa i ma własną atmosferę. Wygląda trochę jak Ziemia, ale bardziej pierwotna, bez śladów industrializacji i urbanizacji jak u nas.
– Nibiru. – Bardziej stwierdził niż spytał starszy mężczyzna, od miesiąca pełniący tymczasowo funkcję głowy państwa. – Zaginiona, mityczna planeta.
– Tak. To znaczy nie. Być może. Jeszcze do końca nie wiemy.
– Zabawne, że ostatnio czytałem o niej aż kilka razy. Co ze śladami życia?
– Profesorze? – Generał spojrzał na mężczyznę po prawej.
– Kilka większych miast, tu, tu i tu. – Doradca uśmiechał się z wyższością, wskazując kolejne miejsca. – Ciemno i głucho. Próbowaliśmy różnych sygnałów radiowych i świetlnych, również tych w ramach programu Kontakt. Brak odpowiedzi, nawet automatycznej, za to w przeciągu ostatnich dni dowiedzieliśmy się coś więcej. Na orbicie tej planety nie ma zbyt wielu obiektów, a te, które są, wyglądają trochę jak nasze pojazdy z lat siedemdziesiątych.
– Czy ja dobrze rozumiem? Mamy dziewiczą planetę z atmosferą i czymś, co przemieszcza się wraz z nią?
– Tak.
– I te sztuczne obiekty w ogóle nie odpowiadają? Są martwe czy jedynie nas ignorują?
– Tego jeszcze nie wiemy. Nie znamy ich protokołów transmisji. Możliwe, że to tylko problem z komunikacją.
– Czy całość przybyła z głębokiego kosmosu?
– Na pewno.
– I w nas uderzy?
– Raczej ominie. Prawdopodobieństwo wynosi trzydzieści siedem procent, że będzie inaczej.
– Ja chyba śnię. To chyba przeczy wszelkim prawom fizyki.
– Tylko częściowo.
– Mimo wszystko to jest odkrycie na miarę naszego tysiąclecia. Czy wiemy, jakie skutki przyniesie przylot tego giganta?
– Nie, ale być może trzeba powrócić do historii Etrusków. Trzęsienia ziemi, czynne wulkany i tak dalej.
– Ile ludzi przeżyje?
– Trudno powiedzieć. – Profesor pochylił głowę. – Na razie przewidujemy, że zginie co najmniej osiemdziesiąt procent całej populacji.
– A tam? – Prezydent spojrzał na zdjęcia, nie dając po sobie poznać, jak bardzo wstrząsnęła nim ta informacja.
– Współczynnik śmiertelności może osiągnąć nawet sto procent. To wygląda na całkiem wymarłą planetę. Nie wiemy jeszcze jakie warunki są na powierzchni.
– Ale chyba jesteśmy w stanie coś już powiedzieć.
– Trochę ogrzeje ją nasze słońce, ale nie mamy pojęcia, co się stanie, jak się oddali.
– Może zamarznąć?
– Nie wiemy.
– To co, do cholery, wiecie?! – Prezydent wybuchnął i uderzył pięścią w oparcie skórzanego fotela, gwałtownie wstał, niemal wywracając stolik, i zaczął nerwowo się przechadzać, a na koniec wyjrzał przez okno, wypowiadając cicho jedno słowo. – Kontynuujmy.
– Skoro są tam pozostałości miast, to chyba nie jest tak źle, panie prezydencie.
Zapadła niezręczna cisza, która trwała dobre kilka minut. W końcu Mark Stallman odwrócił się i usiadł za biurkiem, zaplatając ręce i przenikliwie patrząc na swoich gości.
– Ile ludzi jesteśmy w stanie tam wysłać? – Mężczyzna poczuł ukłucie w sercu, gdy tylko zaczął to mówić.
– Tysiące, może dziesiątki tysięcy. Ale musimy dać im reaktory jądrowe i cały sprzęt niezbędny do przeżycia. Większość trzeba zbudować. Musimy sięgnąć do pomysłów Roberta Zubrina i znaleźć klucze do urzędu patentowego.
– Nie zgadzam się z doktorem. – Do rozmowy wtrącił się wcześniej milczący doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego. – Jak dotąd na orbicie umieszczamy tylko duże kontenery albo co najwyżej małe ciężarówki. Mówimy tu o znacznie większej ilości ludzi i sprzętu. Na to potrzeba czasu, którego nie mamy i nigdy nie będziemy mieli. NASA to teraz wydmuszka. Usunięcie biblioteki w Goddard to był ogromny błąd. Ci idioci zniszczyli dane z zeszłego wieku. Wszystko trzeba zacząć od nowa.
– Historii nie da się cofnąć. – Prezydent zawsze się irytował, słysząc o tym, co zainicjował jeden z jego poprzedników. – A gdyby tak zebrać Rosjan, Chińczyków i firmy prywatne?
– Być może jak wpompujemy w nich miliardy dolarów. Bez tego nie ma co liczyć nawet na cud.
– Czyli wiemy co robić.
– Problem w tym, że nawet to nic nie da. Potrzebne są minerały i gotowe półprodukty. Ich wydobycie i przetwarzanie wymaga czasu, którego nie mamy w nadmiarze. Nie będziemy mieli jak zapłacić za wykonanie tej pracy. Pieniądze zupełnie stracą na wartości. Trzeba się też spodziewać licznych przypadków sabotażu i kradzieży.
– Od czegoś trzeba zacząć. – Prezydent nie miał wątpliwości. – Na pewno musimy zaangażować wojsko. Generale, proszę zorganizować spotkanie z szefami połączonych sztabów. Idziemy na największą wojnę w historii ludzkości.
– Tak jest, sir!
T minus dwadzieścia cztery lata
Waszyngton
– Tydzień temu miał udany start kolejnej prototypowej rakiety zbudowanej przez firmę miliardera, który ponownie wyraził zainteresowanie podróżami na Marsa. – Młoda reporterka mówiła to z entuzjazmem do kamery, stojąc na Pennsylvania Avenue przed Białym Domem. – Jak donoszą dobrze poinformowane źródła, senatorowie planują utworzyć komisję, która rozważy finansowanie produkcji silników użytych do jej napędu. W internecie pojawiła się masa teorii spiskowych i spekulacji na ten temat. Ich zwolennicy zastanawiają się, jak to możliwe, że wiele lat temu wstrzymano plany podboju kosmosu, a teraz tak nagle, praktycznie z dnia na dzień, Chiny, Stany i Rosja zgodnie mówią o przyspieszeniu swoich programów kosmicznych.
– Maggi, to chyba nic niezwykłego, że wielkie mocarstwa ciągle szukają dróg i możliwości rozwoju. Widzowie dziwią się, dlaczego ktoś mógłby uważać, że jest w tym coś złego.
– Pojawiają się liczne opinie, że decyzja zbiegła się z odcięciem dostępu do darmowych zdjęć przestrzeni kosmicznej, wcześniej publikowanych przez NASA i firmy zewnętrzne. Naukowców zupełnie nie przekonują tłumaczenia o względach komercyjnych. Doszukują się w tym ukrytego drugiego dna.
T minus dwadzieścia trzy lata pięć miesięcy
Główna siedziba FBI
– Mamy tu trzech znanych naukowców, którzy chcą opublikować szereg wykładów o Nibiru. – Jeden z agentów pokazał na zdjęcia na tablicy i odwrócił się do agentów i szefa operacyjnego wydziału. – Proponuję użyć ustawy o bezpieczeństwie narodowym.
– A jeżeli się nie zgodzą?
– Więzienie albo wywieziemy jednego z nich na przykład do Chin, jako środek odstraszający. Szacujemy na siedemdziesiąt procent, że to powinno załatwić sprawę.
– Czy nie jest to zbyt drastyczne?
– Może być potrzebna zgoda prezydenta w ramach memo sześćset osiemnaście.
T minus dwadzieścia trzy lata
Biały Dom
– Panie prezydencie, muszę poprosić, żeby moje rakiety mogły przewozić moduły, których teraz bardzo potrzebuję. – Milioner spojrzał na mężczyznę, dzięki któremu podpisał kontrakty stulecia.
– Jakiś kolejny projekt? Nie może zaczekać?
– Nie powinniśmy wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka. Potrzebujemy planu B.
– I ty go nam zapewnisz?
– Tak panie prezydencie. Nie mamy nic do stracenia. Chcę w końcu zmontować własny statek do podróży międzygwiezdnych. Potrzebuję złomu, który jest na orbicie, i kilku innych części.
– Może to nas słono kosztować. Wojsko musi mieć teraz bezwzględne pierwszeństwo. Będą robili problemy.
– Zoptymalizuję całość tak, żeby nikt nie mógł się czepiać.
– Chodzi o straty wizerunkowe i tak dalej. Rozumiesz chyba, że będziemy mieć masę niewygodnych pytań.
– Przygotujemy kampanię wizerunkową dla nich, inwestorów i potencjalnych kolonistów.
– A co z Marsem? Już cię nie interesuje?
– Moja jednostka wykorzysta go jako procę, przy okazji pozostawiając tam setkę ludzi.
– A więc tak chcesz to rozegrać – mruknął prezydent.
– Tak. Inne opcje nie mają sensu.
– Jak współpraca z Chińczykami?
– Na razie rozwijają się na własną rękę. Planują przyspieszyć loty na księżyc i konstrukcję stacji kosmicznej.
– Dobrze chociaż, że zgodzili się budować statki według jednego projektu.
– Panie prezydencie, kosztowało nas to ponad trzydzieści procent miejsc.
– Za to zaoszczędziliśmy na Hindusach.
– Dobrze wiedzą, że nie mają żadnych kart przetargowych.
– Tak, masz chyba rację. I tak za dużo od nas dostali.
– To znaczy?
– Będą zasiadać w zarządach kilku spółek.
– Na szczęście nie u mnie. – Milioner uśmiechnął się złośliwie. – Ja jednak lubię jakość.
– Ty jesteś jedyny w swoim rodzaju.
– Nie ma ludzi niezastąpionych.
– Powiedz mi, czy nie chciałbyś kiedyś polecieć w gwiazdy? To było chyba twoim marzeniem. Coś się zmieniło?
– Myślałem bardziej o czerwonej planecie, panie prezydencie. Lubię otwarte przestrzenie. To lepsze niż gnicie na małym, ciasnym, śmierdzącym statku.
– Czy Mars nie ucierpi od przelotu Ziemi II?
– Nic na to nie wskazuje.
T minus dwadzieścia dwa dziewięć miesięcy
The New York Post
„Znany miliarder zadziwił cały świat, odkupując awaryjną europejską stację kosmiczną. Według komunikatu jego spółki ma to być element większej konstrukcji, statku do podróży międzygwiezdnych o nazwie Y. Ceny nie podano, ale nieoficjalne źródła mówią o przekazaniu trzydziestu procentów akcji”
T minus dwadzieścia dwa lata sześć miesięcy
Pentagon
– Z drogi! Z drogi! – Korytarzem w ogromnym sześciokątnym gmachu biegł jeden z analityków.
Zdyszany mężczyzna w końcu znalazł się przed drzwiami do jednego z gabinetów, które niemal wyważył.
– Muszę natychmiast widzieć się z porucznikiem! To pilne! – Zaczął krzyczeć na sekretarkę.
– Jest na spotkaniu. – Kobieta spojrzała na niego, zupełnie jakby był obcy. – Chodzi o X-75. Nie można im przeszkadzać.
– To nie jest atak! Rosjanie chcą nas tylko zastraszyć!
T minus dwadzieścia dwa lata trzy miesiące
Pentagon
– Panie prezydencie, sytuacja jest patowa. Roskosmos blokuje nasze satelity i żąda co najmniej tysiąca miejsc, ale nie chce dać nic w zamian.
– Mają przecież miejsca do wystrzelenia rakiet. Możemy im dostarczyć specyfikacje i nakazać samemu wyprodukować moduły.
– To nie jest takie proste. Ich fabryki nie potrafią wytwarzać w tej technologii. Trzeba spodziewać się dużych różnic w tolerancji parametrów i jakości wykonania.
– Czy ich moduły mogą niszczyć nasze jednostki?
– Nie chciałbym tego mówić bez konkretnych testów, ale tak, jest to teoretycznie możliwe.
T minus dwadzieścia dwa lata
Biały Dom
– Wejdź John. Jest kilka rzeczy, które mogę powiedzieć dopiero teraz. – Prezydent USA zgodnie z tradycją przywitał następcę w Gabinecie Owalnym i podał mu szklaneczkę z najwyższej jakości whisky. – Ten świat zaraz się skończy, a ty nie możesz nic zrobić.
– Tak, wiem, globalne ocieplenie i tak dalej. – Nowy gospodarz usiadł na swoim nowym fotelu i wypił łyka, przyjemnie rozgrzewającego gardło i przełyk. – Problemy z Chińczykami i awantury na Bliskim Wschodzie. Do tego wszyscy, którzy walą do nas drzwiami i oknami.
– No nie do końca. – Głos starszego pana był coraz cichszy, a jego ręce drżały, gdy odwrócił leżące na biurku fotografie. – Od dzisiaj wszyscy na tej planecie są twoimi najlepszymi przyjaciółmi.
– O czym ty, u diabła, mówisz?
– Od lat wbijamy ludziom do głów, że może w nas uderzyć asteroida. Przyszłość jest znacznie gorsza i nie mówię tu o scenariuszu rodem z Hollywood.
– Musiało coś ci się pomylić staruszku. SETI działa i jakoś nie pamiętam, żeby ostatnio ogłaszało jakiś nowy alarm.
– Chciałbym, żeby tak było. Planeta, którą tu widzisz, cały czas zmierza w naszą stronę, czy tego chcemy czy nie. Ominie nas szerokim łukiem, ale i tak narobi niezłego bałaganu. Nie mamy środków, żeby ją zatrzymać. Już to sprawdziliśmy. Chińczycy cały czas produkują części do małych statków, które, mamy nadzieję, pozwolą zabrać niewielki odsetek ludzkości. Dlatego musimy przymykać oko na różne sprawy.
– To jakiś nonsens. Ktoś cię wprowadził w błąd, staruszku.
– Mamy potwierdzenie ze wszystkich ośrodków na całym świecie. Coraz więcej osób jest w to zaangażowanych i bardzo trudno utrzymać to w tajemnicy. Szukamy najlepszych możliwych rozwiązań i właśnie dlatego dopuściliśmy człowieka, którego tak bardzo nienawidzisz. Możesz się z nim nie zgadzać, ale jest pieprzonym geniuszem i czasami trzeba go słuchać.
– Jezu, ty chyba na poważnie. – Nowy prezydent zamarł ze szklanką w dłoni.
– Możliwe, że wszystko dobrze się skończy, i obecność tamtej planety nie zniszczy całego życia na Ziemi. Jeżeli tak stanie, to mamy nadzieję, że przetrwa chociaż garstka na Marsie.
– O ja pierdolę. – Mężczyzna wypił jednym haustem wszystko do dna. – A to się Lucy zdziwi, jak jej powiem.
T minus dwadzieścia lat
Bruksela
– Transport uranu znów został zatrzymany przez ekologów. Potrzebna była pomoc policji i wojska.
– Gdzie?
– Tym razem na granicy z Francją.
– Pieprzony Greenpeace. Co tym razem? – Przewodnicząca Komisji Europejskiej zdjęła okulary i zaczęła gryźć oprawki.
– Standardowe hasełka o ratowaniu planety.
– Gdyby tylko wiedzieli, szybko zakończyliby tę dziecinadę. Co mówią prognozy?
– Już za trzy lata zacznie się panika.
– Zupełnie tego nie ogarniemy. Musimy zabezpieczyć znacznie większe zapasy paliwa. I przestać się z tym kryć.
– Czy wojsko ma pilnować transportów materiałów do budowy statków?
– Tak. I używać broni bez pozwolenia.
– Niepotrzebnie wystraszymy ludzi.
– Mam to gdzieś. Ile statków zmontujemy na czas?
– Pięćdziesiąt po sto pasażerów.
– A Chińczycy?
– Przynajmniej drugie tyle.
– Co jeszcze wiadomo?
– Tamta planeta zaczęła obracać się wokół własnej osi.
– Jak?
– Brak jednoznacznej teorii. Jajogłowi wyskakują z siebie, ale jak dotąd nic im się nie zgadza.
– Dalej uważam, że posyłamy ludzi na pewną śmierć.
– W większości to ochotnicy. A skoro planeta potrafi robić takie cuda, to na pewno ktoś lub coś zadba o ich komfort termiczny.
– Śmiałe założenie.
– Innego nie mamy, pani przewodnicząca.
T minus osiemnaście lat
Internet
„Rząd coraz bardziej blokuje cały sensowny rozwój. Ich działania są irracjonalne. Na pewno coś wiedzą i nie chcą się tym podzielić. Czeka nas inwazja z kosmosu albo koniec świata, przewidziany w dwa tysiące dwunastym przez Majów. To dlatego budowany jest ogromny statek i konstrukcje na orbicie. Elity chcą się ewakuować i pozostawić nas na pastwę losu. Od lat nam to mówili i pokazywali na netflixie”
T minus siedemnaście lat
Biały Dom
– Co jest, Mike?
– Panie prezydencie, lawinowo rośnie ilość zaszyfrowanych danych, które ludzie przesyłają przez internet. Potrzebujemy coraz większych środków, żeby móc to kontrolować.
– Co roku to samo.
– Generowanie fake newsów też swoje kosztuje. – Starszy mężczyzna uśmiechnął się chytrze.
– Dopiero co dostałeś pięć miliardów.
– Nowe komputery doskonale się sprawują i mamy przełom w generowaniu filmików, ale to ciągle za mało.
– Co z Simpsonami?
– Właśnie wypuściliśmy nową serię wycieków. Zwolennicy teorii spiskowych już obstawiają, że rząd może ujawnić istnienie życia w kosmosie.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania