Planeta. III
Część trzecia - początek
T minus dwadzieścia osiem dni
Cape Canaveral
Impreza na dobre się nie rozkręciła, a ja już miałem serdecznie dosyć.
Cały czas leżałem na plecach z nogami w fotelu, zasznurowany i ściśnięty jak ludzik z reklam Michelin. Nie mogłem się ruszać. Mój żołądek od wielu godzin zaplątany był w supeł i mocno ssało mnie z głodu. Oddychałem suchym, gorącym, śmierdzącym powietrzem, które przepychano przez cienką, plastikową rurkę, zupełnie taką jak w odkurzaczach z Chin. Pociłem się jak mysz, a kombinezon uwierał i ściskał mnie jak gorset czy zbroja z metalu. Swędziało zwłaszcza tam, gdzie przyklejono czujniki medyczne. Wszystko piekło i kłuło, a ja czułem każdy fragment ciała, włączając w to kości, ścięgna i mięśnie, o których nie miałem wcześniej pojęcia.
Od rana czekaliśmy w rakiecie na swoją kolej.
Nie byłem w stanie nawet podrapać się w nos, ale to nic w porównaniu do gorączkowej gonitwy myśli. Przeklinałem cały świat, że nie leżę w ładowni, nieświadomy tego, co dzieje się wokół. Mogłem na przykład utonąć w cieczy z układu chłodzenia albo udusić się, gdyby system przestał dawkować tlen, na dodatek groził mi krwotok, wylew i zawał, i może jeszcze przegrzanie albo zatrucie.
Wiedziałem, że nie poczuję własnej śmierci albo, jak na złość, będę świadomy jak nieszczęśnicy w osiemdziesiątym szóstym. Miałem ogromne szanse na wyparowanie na ołtarzu postępu czy na pokaz fajerwerków, po którym pozostawałoby bezradne patrzenie, jak zbliża się matka ziemia. Nie cieszyło mnie miejsce w pierwszym rzędzie i w sumie rozumiałem, dlaczego nie dostałem pigułki z cyjankiem, ale może to i lepiej, bo jeszcze mógłbym zmarnować miliony juanów i zabić się z głupoty i strachu.
To wszystko doprowadzało mnie do szewskiej pasji i szaleństwa, tak samo jak brak pewności, co stanie się dalej. Teoretycznie całość była klarowna i jasna, i przetrenowana wiele razy w symulatorze, tylko kłóciła się z wyrobionymi przez lata nawykami, przede wszystkim z brakiem ćwiczeń praktycznych i poczuciem łamania zasad bezpieczeństwa ze znanej, przyjaznej kabiny siedem siedem siedem.
– Wędrowiec jeden, trzy, dwa, jeden, start.
Usłyszałem ryk wściekłej, spuszczonej ze smyczy bestii. Poczułem, że jestem wtłoczony w oparcie fotela. Miliony mustangów pod moim tyłkiem radośnie ruszyły do galopu. Setki tysięcy ruchomych elementów, składanych w pośpiechu przez ludzi na całym świecie, ciężko pracowało, z całych sił próbując udowodnić, że nie są fragmentem jednej całości. Każdy z nich ciągnął w swoją stronę, a ja, skręcany i ściskany, tkwiłem w samym środku tego piekła.
Siedziałem tam całkowicie bezradny, nadziany na czubek najlepszego i największego wibratora, jaki kiedykolwiek zbudował człowiek. Atakował mnie potworny hałas i słony pot, który zaczął zalewać hełm od środka. Obracałem się, wciąż widząc stalową płytę, aż w końcu znalazłem się w pozycji do góry nogami. Zmysły cały czas dostawały sprzeczne informacje i tylko ostatkiem sił powstrzymywałem odruchy wymiotne. Rakieta leciała, ja zaś ledwo cokolwiek rozumiałem, ostatkiem sił modląc się, żeby to całe szaleństwo wreszcie się skończyło.
Nagle coś mocno stuknęło, a mną gwałtownie rzuciło, do przodu i zaraz potem do tyłu.
To chyba kolejny człon. – Miałem ogromną nadzieję, że sekwencja „hamowanie, hałas i przyspieszenie” jest zgodna ze sztuką.
Wszystko powtórzyło się kilka razy, potem nagle stałem się lekki. Przed moimi oczami odpadła duża część ściany i zobaczyłem nieprzeniknioną czerń kosmosu. Zamarło we mnie serce. Poczułem ogromne gorąco.
Tak miało być. – Na szczęście szybko wrócił mi zdrowy rozsądek.
Przypomniałem sobie zajęcia, na których mówiono, że rakieta składa się z potężnej dyszy i trzech członów, nad którym znajdował się moduł z ładunkiem i ludźmi, i czubek z osłoną termiczną, którą odstrzeliwano już na orbicie.
“Yes, this is Earth. Yes, you're on the spaceship“
W końcu dotarło do mnie, że od nicości i pustki oddziela mnie tylko plastik i szkło i być może jeszcze cienka warstwa metalu. Miałem teraz do dyspozycji jedynie kilka metrów przestrzeni, masę ograniczeń i ściśle wyznaczone procedury na spanie, sranie, a nawet pierdzenie. Ubrany byłem w kapsułę. Byłem kapsułą. Stałem się jej integralną częścią, Bobem Budowniczym, który powinien wszystko troskliwie doglądać i dbać o nią jak o matkę, żonę, kochankę w jednym, a ona, naciągnięta jak druga skóra, przy odrobinie szczęścia miała odwdzięczyć się tym samym.
Poczułem ogromny podziw dla wszystkich, którzy kiedykolwiek tu żyli. To, o czym tyle razy czytałem i oglądałem w filmach, było realne aż do bólu i dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zaskoczyć mógł zdradziecki wpływ grawitacji. Zabić potrafił zwykły kosmiczny śmieć, zmiana temperatury, skok ciśnienia czy życiodajna woda i tlen. Teoretycznie żaden ruch nigdy się tu nie kończył, oczywiście do chwili, gdy wpadało się w czyjąś strefę wpływów.
Śmierć czyhała właściwie na każdym kroku, nawet przy spuszczonych gaciach, gdy rura zapięta była na tym co najważniejsze, a ja niespodziewanie zapragnąłem wrócić na dół. Miałem ochotę spróbować lodów, odwiedzić kilka miejsc i zrobić tysiące rzeczy, na które wcześniej zabrakło mi odwagi.
Czy chciałem czy nie, to się już bezpowrotnie skończyło. Nie miałem więcej wolności ani prawa głosu. Tutaj liczyło się wszystko, nawet waga i ilość oddechów, przekazywane automatom, które wiedziały więcej niż ja. Stałem się ekshibicjonistą, częścią misji, małym trybikiem i elementem większej całości, w której algorytm decydował nawet o tym, co, gdzie i kiedy mam skonsumować, czyli wylizać i wyssać z ohydnej torebki.
– Wszystkie systemy w normie – potwierdził drugi pilot.
– Tak – rzuciłem machinalnie, widząc zielone kontrolki.
Jednorazowy pocisk faktycznie sprawował się bez zarzutu i teraz pozostało tylko czekać i podziwiać widoki.
Patrzyłem, przypominając sobie ostatnie chwili na Ziemi, na której najprawdopodobniej nigdy się nie pojawię.
– Poczujesz odwagę, ale równocześnie strach przed każdym ruchem. – Tak przed startem tłumaczył mi lekarz o skośnych rysach twarzy. – Zatęsknisz za tym, co zostawiłeś. Twoja psychika zostanie wystawiona na ciężką próbę. Zrozumiesz, że nieskończoność rozwoju ludzkiego ma swoje granice. Najgorzej będzie, gdy od śmierci będą dzielić cię tylko sekundy. Zapragniesz się zabić i może nawet w końcu spróbujesz.
– Jak często tak się dzieje?
Na to nie odpowiedział, wymownie spuszczając wzrok. Nie wiem, czy był na górze, ale od tego momentu podejrzewałem, że większość jego słów nie pochodziło ze skryptu, który kazano mu czytać.
Facet tam został, a ja patrzyłem na niebieską kulę za oknem i zastanawiałem się nad sensem życia.
Im bardziej sięgamy gwiazd, tym więcej mamy ograniczeń. Trzeba budować coraz mniejsze klitki, pilnować każdego grama ładunku, racjonować wodę, żywność i tlen. Albo nawet nie, tak jest nie tylko w kosmosie. Sami stworzyliśmy sobie piekło na Ziemi, mówiąc, że wszystko jest towarem i swoje musi kosztować, i teraz siedzimy całymi dniami w pracy, wyłącznie po to, żeby płacić opłaty klimatyczne, kupować wodę w butelkach, segregować śmieci i mieć co jeść i gdzie mieszkać.
W ogóle całe życie jest nieustającą walką. Gdy jesteśmy mali, wyzwaniem jest podniesienie główki, przewrócenie się, wstanie i utrzymanie na nogach, poznanie pokoju, mieszkania i całej okolicy. W końcu czytamy wszystkie książki w okolicznych bibliotekach, zaliczamy kolejne dziewczyny i firmy, odkrywamy każdy możliwy rodzaj seksu i dochodzimy do bardzo bolesnej prawdy, że nasz czas jest całkowicie ograniczony i musimy wybierać, czy chcemy coś po sobie pozostawić czy zakończyć bez niczego. I nie liczą się już kredyty ani dyplomy. Wszystko ma swoje granice, nawet życie, które po osiemnastce wydawało się być nieskończone.
– Wędrowiec jeden, procedura podejścia.
Głos w słuchawkach sprowadził mnie trochę do pionu. Położyłem rękę na joysticku, gotowy do natychmiastowej reakcji, tymczasem prymitywny układ naprowadzania włączył się i zaczęliśmy odwracać się w stronę przeciwną do Tiangong 3.
Mieliśmy teraz wejść na trajektorię prowadzącą do kratownicy z największymi silnikami w historii ludzkości, jednej z czterech, jakie kiedykolwiek udało się zbudować. Konstrukcja powinna pojawić się w polu widzenia za jakieś piętnaście minut, ogromna, milcząca i zbudowana przez weteranów, którzy tak długo byli w kosmosie, że podupadli mocno na zdrowiu. Oni mieli tu zostać, a my ruszyć do gwiazd.
T minus dwadzieścia siedem dni
Orbita okołoziemska
Już drugi dzień tkwiłem w małym wanie, przycumowanym w szeregu innych podobnych jednostek. Nudziło mi się potwornie i musiałem uważać na każdy krok. Dosyć szybko nauczyłem się, że na przykład jedzenie wyciskane z tubek może rozprysnąć się i osiąść na jakimś panelu, skąd nie da się go zbyt łatwo pozbyć.
Problemem okazał się naskórek i łupież, a jeszcze bardziej aromat z toalety. Statku nie dało się przewietrzyć, swoje też dodawały systemy, zrobione tak, żeby tylko jakoś zadziałać. Przed startem pokazano nam słowa jednego z pionierów podboju kosmosu, które okazały się niestety prorocze.
„Jeśli chcielibyście odtworzyć sobie zapach używanego statku kosmicznego, weźcie kilka brudnych pieluch, trochę opakowań po żarciu z mikrofalówki, zużytą torbę na pawia i kilka przepoconych ręczników, to wszystko zamknijcie w metalowym koszu na śmieci i wystawcie na słońce na dziesięć dni. Po tym czasie zdejmijcie pokrywę i dobrze się zaciągnijcie”
Nie chciałem za bardzo o tym myśleć i próbowałem nie wchodzić w drogę mojemu towarzyszowi, odliczając czas do zakończenia podróży.
Nagle kątem oka dostrzegłem jakiś błysk. Nic nie słyszałem ze względu na próżnię, ale zatrzęsło nami dosyć konkretnie. Poczułem przerażenie, zupełnie jak podczas startu. Złapałem się uchwytów i podciągnąłem, chcąc jak najszybciej zbliżyć się do okna. Wyjrzałem, na ile oczywiście to tylko możliwe.
Kilka modułów dalej poruszały się liczne odłamki i widać było długi i cienki słup ognia, który szybko zgasł.
Bez słowa spojrzeliśmy po sobie z drugim pilotem.
I wtedy zatrzęsło nami ponownie, niestety mocniej.
To było niesamowite.
Jednostka za oknem rozpadła się w pełnej ciszy, a duże kawałki zaczęły lecieć w każdym kierunku.
Zesztywniałem, patrząc na kombinezon, zawieszony na uchwytach.
– Nie zdążysz. – Drugi najwyraźniej doszedł do tych samych wniosków.
I wtedy radio eksplodowało masą rozpaczliwych komunikatów i krzyków:
– Wybuch paliwa!
– Mamy wyciek!
– Zrzucam ładunek!
– AAAAAAA!
To ostatnie nie przypominało nawet głosu ludzkiego i pojawiło się tak samo gwałtownie jak zniknęło.
Ludzie obok zniszczonej jednostki próbowali się ratować, a ja przeżegnałem, prosząc Boga o szybką i rychłą śmierć. Nie chciałem walczyć o każdy łyk powietrza czy spalić się w jakiejś gwałtownej chemicznej reakcji, złorzecząc i bluźniąc, czując, jak ogień trawi mi oczy i twarz, wypala gardło i przełyk i gwałtownie ogarnia tułów, ręce i nogi, nie dając szansy, żeby się bronić.
Wyraziłem skruchę i żal za grzechy i zrobiłem krótki, gwałtowny ruch ręką. Północ, południe, wschód, zachód i pocałunek medalika na szyi. Moja dłoń sama powędrowała w kierunku wyłącznika od klamer dokujących. Zacząłem po cichu odmawiać modlitwę, za nas i zmarłych.
Drugi to widział i napiął mięśnie, chcąc ze mną walczyć, ale powstrzymał się, gdy się opamiętałem, zwijając palce i delikatnie zaprzeczając głową.
Nie komentował, tylko uśmiechnął się.
Wtedy poczułem, że naprawdę jesteśmy zespołem.
Kilka godzin później
Orbita okołoziemska
– Komunikat z dowództwa. – Drugi pokazał na ekran z boku, a ja nic nie odpowiedziałem i powoli tam podpłynąłem i zacząłem czytać kilka linijek tekstu, kwitując je tylko jednym zdaniem. – Nie podają nazwisk.
– Żeby ludzie za bardzo się nie rozpraszali. Dobrze, że przynajmniej wszystko było wiadomo.
– Tak – burknąłem, pamiętając jedną z jednostek, która odczepiła się w trybie awaryjnym i wciąż dryfowała, nie mając szansy na podczepienie, i statki ratownicze, próbujące ugasić zbiorniki z paliwem.
W sumie wiedziałem, że drugi ma rację. Słyszeć i widzieć wybuchy i wstrząsy i mieć chociaż częściową świadomość, co jest grane, było lepsze niż siedzenie w pudełku, które mogło podstępnie załatwić na tysiąc sposobów.
Siedemdziesiąt istnień ludzkich.
Tyle pochłonęła ta katastrofa, a my nadal tkwiliśmy jak kaczki na strzelnicy, nie mogąc zbyt wiele zrobić. I chociaż mieliśmy kombinezony, to w praktyce tak mocno wbijano nam pojęcie strat dopuszczalnych, że chyba każdy bał się wyjścia na zewnątrz czy odłączenia od całej konstrukcji.
Sięgnąłem po odtwarzacz MP3, założyłem słuchawki i chciałem posłuchać czegoś sensownego, ale usłyszałem tylko trzaski i piski.
– Cholera jasna! – Ze złością wyrwałem małe pchełki i rzuciłem je w kąt, a mój współtowarzysz uśmiechnął się smutno:
– Nowoczesna elektronika zbyt mocno szwankuje. Promieniowanie kosmiczne. Dlatego wziąłem kilka sztuk i zaopatrzyłem się w model sprzed dwudziestu lat. Były robione w starszych procesach technologicznych.
Teraźniejszość
Orbita wokół Ziemi II
– Galileusz w gotowości.
– Kopernik OK.
– Wszyscy, start według uznania. Powodzenia.
Słuchałem komunikatów, czekając na swoją kolej i siedząc w kombinezonie w najbardziej prymitywnym statku, jaki kiedykolwiek masowo budowano. Nasza jednostka wyglądała podobnie jak lądownik z Battlestar Galactica, ale była znacznie większa i prostsza.
Teoretycznie wszystko tu zautomatyzowano, w praktyce ostatnie słowo pozostawiono człowiekowi. Nikogo to nie dziwiło. Tysiące ludzi dołożyło wszelkich starań, żeby całość działała poprawnie, nikt jednak nie mógł dać żadnej gwarancji przy tej złożoności całego projektu.
Zarówno transportowiec, ogromna kratownica, do której byliśmy przyczepieni, jak i małe jednostki wciąż stanowiły jedną, wielką niewiadomą. Wypadki się zdarzały, co widać było na orbicie ziemskiej, gdy kilka statków wpadło na siebie czy eksplodowało na naszych oczach, zupełnie bez ostrzeżenia. W jednym przypadku stało się to tuż obok głównych węzłów cumowniczych, połączonych z silnikami transportowca, i wywołało efekt kaskadowy, ale na szczęście nie naruszyło całej konstrukcji.
Sama podróż też przyniosła kilka niespodzianek. Największy zgrzyt pojawił się w siedemdziesiątej pierwszej minucie po odpaleniu, gdy nagle włączyły się sygnały alarmowe i system odrzucił jeden z silników głównych, zmniejszając ciąg o całe dwadzieścia procent.
Mieliśmy swoje problemy i nie chcieliśmy myśleć o tym, co działo się na dole.
Zniszczone zakłady i miejsca po kopalniach, gdzie przez ostatnie lata prowadzono wyłącznie gospodarkę rabunkową. Ogromne pożary w miejscach zniszczonych przez głupotę ludzką. Wybuchy w różnych punktach na całym świecie, które dało się widzieć nawet gołym okiem. I masa ludzi, wyglądających jak armia mrówek i marzących tylko o tym, żeby wyrwać się z tego piekła.
To było miliony mil i cztery dni drogi za nami.
Przymknąłem na chwilę oczy, próbując uspokoić bicie serca.
– Kopernik trzy stopnie w prawo.
– Romeo, zmniejsz ciąg o trzydzieści procent.
– Baltazar ma problem z lewym silnikiem.
– Wędrowiec jeden gotowość.
To było do nas.
– Wszystko na zielono, potwierdzam Houston. – Miałem wrażenie, że słowa same się pojawiły zupełnie jakby mówił to ktoś obok mnie.
– Powodzenia. – Centrum kontroli misji na transportowcu nie skomentowało, że odruchowo połączyłem się z Ziemią, którą mieliśmy wywoływać tylko w sytuacji awaryjnej.
– Wędrowiec jeden start. – Wziąłem głęboki oddech.
W końcu nadszedł ten moment, do którego przygotowywałem się setki godzin. Moje ciało naprężyło się, krew zaczęła szybciej krążyć, a ręka sama powędrowała do spustu. Zwolniłem blokadę maszyny losującej, jak ją nazywaliśmy, i przerzuciłem dźwignię w odwrotną stronę.
Poczuliśmy mocne szarpnięcie.
Misja wkroczyła w krytyczną fazę.
Teoretycznie wystarczyło wylądować na Ziemi II, w praktyce chodziło o podejście w jednym kawałku i posadzenie jednostki blisko wyznaczonego miejsca w odpowiednim kwadrancie. Właśnie teraz nawalić mogły masowe produkowane silniki czy jednorazowa elektronika, do tego skromne zapasy paliwa dawały możliwość wykonania krótkiego lotu.
Tak wyglądał przepis na katastrofę i bilet w jedną stronę.
Ogromna kratownica zaczęła oddalać się. Nagle zacząłem się cieszyć, że mam wpływ na cokolwiek i mogę rozkoszować się widokami, nie to, co nieszczęśnicy stłoczeni w ładowni. Ostrożnie nawigowałem za pozostałymi lądownikami czując się jak w „Star Treku” i wtedy… nagle wydarzyło się to, czego tak bardzo się obawialiśmy.
– Houston, we’ve got problem. – Moje tętno poskoczyło, gdy gratem zaczęło trząść, a ja nie mogłem nic zrobić. – Drugi, co u ciebie?
– Nie mogę wyrównać! Ciśnienie skacze w przewodzie paliwa!
– AZ-6!
– Nie działa! Zawór zwrotny się zablokował!
Cholerna kupa złomu faktycznie nie chciała się włączyć, wchodząc w coraz większe wibracje, które normalnie kończyły się rozwaleniem turbiny, uszkodzeniem kluczowych systemów i niekontrolowanym spadaniem jak cegła w dół.
– Wędrowiec jeden, odbiór.
– Wibracje w dwójce. – Nerwowo przerzucałem kolejne wajchy w kokpicie.
– Wędrowiec jeden, procedura alfa.
– Ta – warknąłem. – Jakbym sam nie wiedział.
– Eeeee, powtórz, Wędrowiec jeden.
– Bez odbioru.
Za oknami widać było okna budynków obcych, a prędkość gwałtownie rosła.
– Zderzenie za dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć… – bezduszny komputer nie dawał właściwie żadnej nadziei na spokojne lądowanie, a ja pomyślałem, że zawsze bardzo chciałem zamieszkać w Rzymie, ale jest na to chyba za późno.
Zaczęło mi ciemnieć przed oczami.
Jakiś czas później
Miejsce nieznane, czas misji nieznany
– Aaaaaaaa – jęknąłem.
Leżałem na boku w kabinie i nie mogłem odpiąć pasa. Mocno bolały mnie żebra. Nie byłem w stanie ruszać nogami, które najwyraźniej zostały przygniecione jakimś żelastwem.
– Czy ktoś mnie słyszy?! – krzyknąłem, ale odpowiedziało mi tylko echo.
Próbowałem obrócić głowę. Pilot po lewej nie ruszał się. Spojrzałem przez okno, ale w ciemności dawało się dostrzec jedynie niewielkie elementy, wyraźnie z metalu odbijającego światło. Nie miałem niestety reflektora. Podniosłem prawą rękę, chcąc aktywować łączność na ramieniu. Udało się i radio eksplodowało, bombardując mnie dziesiątkami komunikatów:
– Wędrowiec dwa na miejscu.
– Trójka bez strat, ale bez paliwa.
– Na prawo ogień. To chyba siódemka.
Słuchałem tego kilkanaście sekund, a potem odchrząknąłem i zmusiłem do pracy struny głosowe:
– Halo, czy ktoś mnie słyszy?
– Wszystkie statki zgłosić gotowość. Wędrowiec jeden.
– Wędrowiec jeden. Jesteśmy na ziemi, leżymy na boku, straty nieznane – odpowiedziałem, ale znów usłyszałem tylko:
– Wędrowiec jeden?
– Oni chyba spadali – wtrącił ktoś inny.
– Tu jestem! – krzyknąłem, ale kontroler tylko zapytał:
– Dwójka?
– Zgodnie z planem.
Nie mogłem tego słuchać. Przyciszyłem komunikator i zacząłem sprawdzać stan systemów osobistych. Wszystko grało, a hełm pokazywał, że tlenu starczy na trzy godziny. Teoretycznie rozbiłem się na planecie i była tu atmosfera, ale coś mi mówiło, że warto otworzyć pokrywę dopiero w ostatniej chwili.
Wokół było ciemno, a strzeżonego pan Bóg strzeże.
Teraz mogłem tylko czekać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania