Planety - Rozdział 5

Czternaście bezpańskich, zagubionych dusz, pozbawionych jakiegokolwiek szczęścia maszerowało przed siebie po czarnej ziemi, omijając wszystkie dziwne rośliny, w tym poruszające się czarne "ośmiorniczki", które czekały na swoje ofiary. Na niektórych policzkach osiadły słone łzy, wydobywające się z przepełnionych bólem oczu. Czarne scenariusze wypełniały myśli grupy, jednak małe, niknące co jakiś czas światełko podpowiadało, że jeszcze nie czas na poddanie się. Że muszą pożyć jeszcze trochę, bo w końcu dostali niesamowite na to szanse, zabierając je innym. Choćby z tego względu, chcieli to poszanować i w jakikolwiek, choćby wymuszony sposób docenić.

— Musimy mu zrobić pogrzeb — powiedziała w końcu Mia w czasie wędrówki. Wcześniej trzymała to zdanie tylko w swojej głowie.

— Chcesz to kop w tej czarnej, popieprzonej brei. Ja do tego ręki nie przyłożę — Odezwał się Noah, odgarnął swoją kruczoczarną grzywkę z czoła i skrzywił się — Ten pojeb we mnie celował, a chciałem mu pomóc. Zresztą... Co mu da ten pogrzeb? Życia mu to...

— Tak po prostu wypada — westchnęła cicho Mia, czując narastający w środku gniew, zmieszany ze smutkiem. Inni patrzeli tylko zaskoczeni na Noaha. Chłopak prawie w ogóle się wcześniej nie odzywał, a teraz jego wypowiedź lekko przeraziła grupę.

Oddalili się od zmarłego jakieś dwadzieścia metrów. Gdy Mia spojrzała do tyłu, ujrzała leżące ciało, a z głowy sączyła się krew. Odwróciła wzrok, zamknęła oczy, by potem znów je otworzyć i głęboko westchnęła. To było niemoralne go tam zostawiać. Jak każdy człowiek zasługiwał na godny pochówek. Na chociaż krótką modlitwę.

— Umówmy się tak, że tu wrócimy i... zakopiemy go. Jak masz na imię? — Michael spojrzał na dziewczynę o brązowych włosach, związanych w kucyk. — Zapomniałem.

— Mia.

— Mia ma rację — powiedział i skierował wzrok na towarzyszy. — Ale na razie idźmy dalej.

Słowa sprzeciwu nie wypłynęły z żadnych ust. Robiło się coraz ciemniej. Różowe niebo zamieniało się powoli w truskawkowy kisiel, a im głębiej wchodzili w las, tym robiło się gęściej od drzew. Z ziemi wystawały czarne macki roślin, które co jakiś czas wiły się, gdy obok nich ktoś przechodził. Omijali je jak tylko mogli, depcząc przy tym małe różnokolorowe grzyby, rozgwiazdy czy też wystające niebieskie kolce, które wcale nie były ostre i okazały się zwykłą, kruchą papką. Na butach Noaha po zdeptaniu jednego z nich, została niebieska maź na podeszwie. Z największych drzew zwisały niebieskie i fioletowe liany, a na niektórych znajdowały się małe kuleczki. Co chwilę nowe rośliny zaczęły ukazywać się ich oczom, a zapach wyczuwalny w terenie był coraz wyraźniejszy i słodszy.

Grupa powoli zaczęła odczuwać ból ramion. Bagaże, które taszczyli nie należały do lekkich, a nie wiadomo było ile jeszcze mieli iść i dokąd. Właściwie to nic nie wiedzieli, a z czoła co chwilę ocierali pot. Michael robił to więcej razy niż inni, bo przez jego wagę szybciej się męczył. Raz na jakiś czas zwalniał i zostawał w tyle, by potem znów przyspieszyć i dołączyć do grupy.

Szli przez około dwadzieścia kilka minut, gdy nagle przystanęli. Ziemia pod butami zaskrzypiała. Poczuli przyjemny chłód. Przed nimi ukazała się czarna jaskinia. Pokryta była w niektórych miejscach fioletowymi włoskami, a ze środka wydobywało się małe światło. Kilka sekund ciszy i jedno spojrzenie między sobą. Nie trzeba było nic mówić. Zaczęli iść w stronę obserwowanego obiektu, nie spuszczając z niego oczu. Przed jaskinią pierwszy stanął Michael. Objął ją wzrokiem, spojrzał do tyłu, a potem zaczął do niej wchodzić. Reszta poszła za nim. W środku na ścianach widniały błyszczące fioletowe i niebieskie pnącza. A im dalej wchodzili, tym było chłodniej.

— Przytul się do mnie — powiedział czule Jacob, widząc jak Olivia trzęsie się z zimna.

Kilka minut penetrowali miejsce, a ich twarze oświetlane były przez światełka. W końcu grupa stanęła, a Michael postanowił zabrać głos.

— Dziś prześpimy się tutaj. Jutro... Jutro pogrzeb — Noah parsknął śmiechem, przez co wszyscy skierowali na niego wzrok. — Nie chcę tu do chuja brzmieć jak jakiś polityk, ale powiem kilka słów. Jest ciężko... I będzie tak zawsze. Ale nie chcę i mam nadzieję, że wy też nie - skończyć jak tamten blondyn. Nasi bliscy by tego nie chcieli, prawda? — Spojrzał po wszystkich, zmuszając ich do rozmyślań. — Nie jest tu za ciepło, ale damy jakoś radę.

Odszedł trochę dalej i usiadł na zimnym podłożu. Reszta uczyniła to samo. Wpatrywali się w przód bez emocji, gdy nagle usłyszeli jak ktoś szuka czegoś w plecaku. Był to Ethan. Skierowali na niego wzrok.

— Czego szukasz? — zapytała drżącym głosem drobna dziewczyna - Emma.

Nic nie mówiąc wyciągnął blanta i zapalił, po czym patrząc w przód powiedział smutnym głosem:

— Dostałem od starszego brata — Wziął bucha. — Ostatni raz zapaliłem z nim przy zachodzie słońca. Nikt wtedy nie podejrzewał, że za parę dni ten wulkan pierdolnie...

***

 

Po pokoju rozchodził się odór tytoniu i wódki. Na krześle siedziała pani Linda w zaniedbanych włosach i cuchnących ubraniach, a na łóżku leżała skulona Sophia i wpatrywała się bez emocji na zdjęcia powieszone na ścianie. Były daleko, więc dziewczynka widziała tylko kontury postaci. Kobieta piła łyk za łykiem, krzywiąc się i paląc fajkę. To było do niej niepodobne. Ale kto w tym świecie był taki sam jak przedtem? Nikt przecież nie będzie umierał na łóżku ze świeżymi różami, trzymając się dalej wcześniejszych zasad. Uśmiech nie zawita na żadnej twarzy, a porządek i spokój jaki wcześniej znali, przestał istnieć. Chłód wypełniał pomieszczenie. Za oknem szalał wiatr, rzucając wszystkimi liśćmi i śmieciami na prawo i lewo, a ciemno niebo przypominało o końcu tego świata.

Kobieta rzuciła niedopałek papierosa w kąt pokoju i z hukiem postawiła butelkę na stole tak, że część jej zawartości się wylało, a dziewczynka automatycznie podniosła głowę. Pani Linda zsunęła się z krzesła i leżąc na ziemi, zaczęła płakać.

— Ona... Ona musi prze...żyć. Mia musi. Ona musi przeżyć. Kurwa... — Nieudolnie próbowała wstać, lecz ciągle osuwała się na ziemię, czując jak kręci jej się w głowie.

Sophia wstała i niepewnym krokiem zaczęła podchodzić do pijanej kobiety, która ciągle szlochała. Podeszła do stołu, gdzie był różaniec. Chwyciła go i podała pani Lindzie.

Ta tylko uniosła głowę i zapłakanymi oczami wpatrywała się w przedmiot.

Cisza.

— Ona musi przeżyć — powiedziała w końcu z trudem i spojrzała na dziewczynkę.

W tym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Narrator tydzień temu
    Nieźle ci wyszło, tym bardziej, że piszesz w oparciu o nie własne doświadczenia.
  • ania_marzycielka tydzień temu
    Dziękuję:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania