Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Plansza

Szmer ołówkowego grafitu sunącego po papierze i monotonny stukot klawiatury płynęły w przestrzeni cichego pokoju równolegle jak nurty dwóch rzek albo jak dwa wątki procesora. Jedna dłoń tu, druga tam, a pod nimi rzędy cyfr, liczb, liter i dziwacznych wzorów. Cały świadomy świat, bez jednego choćby wyjątku, oczekiwał na wynik. Jedni liczyli na cud, inni wierzyli w katastrofę, a pozostałych ogarniała napięta do granic estetyczna ciekawość. Słońce przez kilka sekund miało oświetlić obydwie półkule jednocześnie. Wysupływał astronomiczną tajemnicę zaszytą od początku świata w kartograficznym układzie południków i równoleżników. Z całym światem czekała ona. Dla niej, tylko dla niej czasem wychodził ze ścisłych szczelin twierdzeń, dowodów i logicznych formuł, jednak zaraz cofał się w cień mrocznych zakamarków jak pająk, który poczuł ciepło ludzkiego ciała.

– Twoim oddechem, twoim spojrzeniem, twoim głosem i zapachem – odpowiadał, gdy pytała, czym jest miłość.

– Tobą – rzucał krótko, gdy pytała, kim jest miłość.

Chciała więcej. Banalne, choć prawdziwe odpowiedzi krzywdziły kobiecą zachłanność.

– Spójrz, proszę – podeszła od tyłu i zarzucając ramiona na szyję męża, podała jakąś broszurę.

– Terapia małżeńska? – zdziwił się.

Mężczyznę rozbawiła i urzekła nazwa ośrodka. Reklamówka „Łowców wampirów” informowała o stuprocentowym sukcesie każdej przeprowadzanej dotychczas terapii.

„Oczyścimy Waszą aurę z sadzy złej energii. Poczujecie lekkość, ujrzycie jasność, usłyszycie śpiew aniołów. Wasze wspólne życie już nigdy nie ulegnie zaczadzeniu” – głosił jeden z akapitów.

– Dobrze – zgodził się. – Masz mnie za mało, prawda?

Kiwnęła głową na wpół zawstydzona, na wpół zasmucona.

Wstał i przytulił czule żonę. Wpadli w trans miłości. Kochali się długo. Wspólny spazm wniknął w jej duszę wzdrygnięciem zagłady, a w jego głowę czającym się strachem przed ostatecznym rozwiązaniem.

– Czego się boisz? – szepnęła.

– Czasem ogarnia mnie lęk, że obliczam czas ludzkiej tragedii.

– Ciiii…

Wrócili do pieszczot tak, jak się wraca do kolejnego toastu.

Zmarszczył brwi, gdy zobaczył termin pierwszego seansu.

– Coś nie tak. – W kobiecym głosie zadrżał wyraźny niepokój.

– Nie, tylko…

– Chcesz skończyć obliczenia?

– Skończyłem. – Uśmiechnął się.

Krzyknęła radośnie.

– Kiedy? Kiedy to będzie?! Mów! Mów!

Zamknął w dłoni jej dłoń, poprowadził do stołu, odsunął krzesło i gestem zaprosił, aby usiadła. Wzrok kobiety ześliznął się po długim, silnym, męskim wskazującym palcu i trafił w datę otoczoną ramką na kartce notatnika. Moment wybuchu Słońca jednocześnie na obydwu półkulach zawężony do jednej sekundy uznał za brak dokładności, ona za pracę geniuszu.

– To czas pierwszego seansu terapeutycznego. Musimy zmienić termin – stwierdziła bez żalu.

– Nie – odparł – jesteśmy ważniejsi niż wszechświat. – Gdy cała ludzkość będzie wgapiała się w słońce, my wpatrzymy się w siebie.

Wzruszyła się. Właśnie otrzymała więcej niż mogła sobie wyobrazić.

Oferta ośrodka terapii małżeńskiej „Łowcy wampirów” określała dokładnie sposób rozpoczęcia leczniczego procesu i miała posmak rytuału. Przyjechało po nich luksusowe auto. Szarpnęła się, gdy poczuła lekką przemoc ze strony mężczyzny, który pomagał jej wsiąść do samochodu.

– Przepraszam – terapeuta podniósł ręce do góry – oczywiście mogą państwo zawsze się wycofać. Po prostu zewnętrzna dominacja rodzi wspólny lęk, a ten zacieśnia więzi i umacnia związek.

Poddali się obydwoje bez szemrania i, jak ugłaskane zwierzęta, posłusznie założyli szczelne opaski na oczy.

– Położenie naszego ośrodka jest niejawne – tłumaczył jeden z czterech obecnych w aucie pracowników. – Korzystają z naszych usług również agencje rządowe. Obiecujemy państwu, że gra nie wyjdzie poza planszę.

Auto zatrzymało się po kilkudziesięciu minutach. Terapeuci wyprowadzili parę z tą samą dozą dominacji, z jaką wcisnęli ją wcześniej do środka. Potknięcie się o próg i wyczuwalna różnica temperatur pozwoliła małżonkom zorientować się, że są już w pomieszczeniu. Mężczyzna poczuł nacisk silnych dłoni na ramionach. Zgiął nogi i usiadł. Nagle ktoś rozchylił jego ręce, po czym przytrzymał na oparciach siedziska. Na nadgarstkach zacisnęły się żelazne obręcze. Szarpnięcie za włosy. Głowa odchyliła się mocno, a kolejna obręcz szczęknęła, obejmując chłodem szyję. Strach, zamiast napiąć mięśnie więźnia, rozluźnił je całkowicie, dlatego z nogami poszło łatwo. W szerokim rozkroku tkwiły przyszpilone do nóg krzesła. Usłyszał głuchy łomot zamykania ciężkich drzwi. Wreszcie zdjęli z oczu opaskę. Trochę przerażony, trochę ogłupiony nie pytał, nie mówił, nie protestował. Nagle ciężkie drzwi otworzyły się szeroko. Z mrocznego pomieszczenia wyszedł jeden z terapeutów. Stanął naprzeciw mężczyzny i pokazał zawiniątko. W otwarte do krzyku usta więźnia wsadził dolną część damskiej bielizny. Inny z oprawców sprawnie od tyłu okręcił głowę pacjenta specjalną taśmą. Profesjonalnie perwersyjny knebel nakazywał milczenie, ale pozwalał na jęk. Do mrocznego pomieszczenia wszedł lekarz w białym fartuchu, trzymając w lewej dłoni średniej wielkości walizkę. Ciężkie drzwi zamknęły się za nim z głuchym łomotem. Jeden z obecnych pstryknął jakimś wyłącznikiem i ze ścian popłynął cichy szum przeplatany równie cichym łkaniem.

– Kochasz męża? – z głośników wydobył się głos – możesz uniknąć tego, co cię czeka, jeżeli powiesz nie.

– Tak!

Tępe uderzenie i wrzask rozległy się w pomieszczeniu niemal równocześnie.

– Lekarz!

Chwile ciszy rozciągały się w niewiadomym czasie, bo już nie sekundy, minuty ani godziny wyznaczały trwanie pacjentów, lecz terapeutyczne sekwencje.

– Kochasz męża? Możesz uniknąć tego, co cię czeka, jeżeli powiesz nie. – Tak!

Dzika kompilacja mechanicznych dźwięków i ludzkiego wycia rozmazała pokój, w którym siedział uwięziony. Stawał się sobą i nią jednocześnie, planetą i orbitą, ruchem i ciałem w tym ruchu. Wyniosły duch, niczym indiański wojownik nieczuły na wszelkie cierpienia, rozpostarł dumnie własne ja i z pogardą spoglądał na łkającą duszę. Między dwiema człowieczymi, ale bytującymi poza czasem i przestrzenią formami drżała z podniecenia czysta myśl. Osiągała coraz szybciej jakość i precyzję. W tempie, którego nie pozwalał zmierzyć żaden wzorzec czasu, korygowała błędy, pędziła w górę i właśnie wtedy, gdy sięgnęła już Słońca, rzucili na podłogę coś, co kiedyś było jego żoną. Kikut z uciętą lewą nogą, odrąbanymi rękami, wydłubanym jednym okiem, uciętym językiem. Właściwie nie skrzywdzili tylko uszu.

Jeden z terapeutów ubrany w długą, czarną pelerynę kucnął nad tym, co zostało z kobiety i na te delikatne, kształtne i nietknięte uszy założył słuchawki.

– Kochasz męża?! Możesz uniknąć tego, co cię czeka, gdy odpowiesz „nie” – rzucił w kulę mikrofonu. – Jeżeli jednak jesteś głupią suką i chcesz powiedzieć „tak”, uderz trzy razy głową w podłogę.

Raz, dwa trzy.

– Widzisz, przyjacielu – rzekł w smutnym zamyśleniu terapeuta – tak potężna i bezwzględna miłość jest niemożliwa wśród stworzeń rodzaju ludzkiego. To był wampir, wampir energetyczny.

Wyciągnął spod peleryny wielki osikowy kołek i z rozmachem przebił pierś kobiety. Sznur elektronów zignorował przerwy na wyłącznikach w całym pomieszczeniu i żarówka wewnątrz stojącego na stoliku globusa oświetliła na chwilę sztucznym słońcem nieprawdziwą ziemię. Przywiązany do krzesła mężczyzna spojrzał na wyświetlacz wielkiego zegara. Pomyłka w obliczeniach wynosiła kilka sekund.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Wrotycz 7 miesięcy temu
    Nie mam siły na ponowne przeżywanie emocji związanych z torturami. Pasuję po 1. akapicie, wybacz Nachszon. Jak za dużo liczysz, piszesz sobie tragedię.
    Znakomite opowiadanie, ale nie. Za mocne na komentarz.
    Maks gwiazdek. Pozdrawiam.
  • Nachszon 7 miesięcy temu
    Wrotycz, w pełni to rozumiem. Dziękuję i pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania