Platyna

Stare drewniane wnętrze, przestronny sześcian, jak stary kościół na Kaszubach albo Podhalu. Przez brudne okna przebijają się promienie słońca. Przez brudne okna wpada zanieczyszczone światło. Przez brudne okna rozmywa się jasność w ciepłą, mglistą przestrzeń jakby to było wszystko zamknięte w bursztynie. Scena jak ołtarz, na scenie młody aktor schludnie ubrany w koszulę białą wykrochmaloną, czarne na połysk wysoki wypastowane pantofle i czarne spodnie w kant prasowane jak kelner w Kameralnej w Warszawie na Nowym Świecie albo gdzieś obok, pół wieku temu. Na głowie czarny jak grzech włos zaczesany do tyłu i błyszczący od wysokopołyskowej pomady. Aktor nie ulega brudnemu światłu, które wpada przez brudne okna, aktor swoim światłem emanuje, czystym i jasnym, być może boskim, na pewno anielskim jak jego skóra. Aktor recytuje wiersz, recytuje go w sześcienną przestrzeń do tłumu zgromadzonego przed nim jak wierni przed kapłanem. Wiem, że recytuje ale nie słyszę jego słów. Recytuje w akompaniamencie źle nastrojonego pianina, ale chyba zamierzenie to pianino jest źle nastrojone. Tyle słyszę. Tuż przy mnie stoisz ty, równie świetlista co aktor i chyba tylko ja tę świetlistość dostrzegam, reszta jakby ślepcami była, nie widzę ich oczu ani twarzy, oni nie widzą mojej. Na twojej twarzy widzę radość zmieszaną ze smutkiem, przez piękną chwilę mi się przyglądasz, a ja czuję jak ciepło wypełnia moje trzewia i piersiową klatkę. Mówisz do mnie radośnie dumna, że to twoje wiersze, a ja w tej chwili dostrzegam tekst na białym płótnie rzucony przez stary projektor diapozytywów. To dobry tekst, myślę. Doskonały. Nad nami hałas, cykliczne echa odbite od ścian, donośne jak w blokowisku odgłosy z trzepaka. Twoja mina rzednie, dolna warga wywleka się na lewą stronę jak podwinięta nogawka spodni, tak jak w zwyczaju masz reagować na moje końskie przykrości wymierzone w twoją stronę i czuję wewnętrzny impuls by zareagować, więc jednym odruchem woli znajduję się na czymś w rodzaju antresoli, kościelnej emporze, gdzie cygański podrostek uderza o ścianę łysą, pozbawioną zewnętrznych cienkich warstw skóry piłką z pękniętym szwem przez który dostrzegam pomarańczowy balon. Kopie piłkę zaburzając melorecytacjne przedstawienie. Twoje przedstawienie. Odbita piłka od drewnianej ściany trafia prosto w moje ręce, przez chwilę waham się, nie wiem co mam z nią zrobić, ale stajesz przede mną, objawiasz się jako widmo smutku, niezadowolenia, a ja chcę żebyś była zadowolona, bo chociaż tyle, mogę, szczęśliwą cię nie uczynię nigdy, nie myślę tego, wiem to. Mały cygan patrzy na mnie, patrzy na mnie jego rozerwana na brzuchu wypłowiała z zieleni koszulka i podarte spodenki, patrzą brudne małe, nagie stopy i patrzą jego wielkie, czarne oczy i wszystko to mówi do mnie bezgłośnie ale wwierca się w głowę, mówi oddaj mi tę cholerną piłkę. Patrzę mu prosto w oczy, potem patrzę w twoje, rozedrgane, błyszczące od napływającej wilgoci łez i podrzucam tę cygańską, dziurawą piłkę przed siebie jak wykwalifikowany goalkeeper największych stadionów i ładuję w nią całą siłę na jaką stać moją ciężką prawą nogę. Cygan znika gdzieś za balustradą, a ty mówisz zadowolona dziękuję i ja przez to jestem zadowolony. Kelner ciągnie nieprzerwanie, recytuje twoje naprawdę dobre wiersze, są tak dobre, że nic nie jest w stanie zaburzyć ich energii, nawet ten głupi cygan, a ja robię się o nie zazdrosny, ja takich wierszy nie potrafię, potrafię wiersze pisać, wydawałoby się, że dobre, ale nie tak dobre jak te twoje. Niewystarczająco dobre. Czuję zazdrość, a może czuję się nawet zdradzony, bo nie powiedziałaś mi, że piszesz, nie powiedziałaś, że piszesz, a ja ci powiedziałem. Powiedziałem ci, że piszę, i ty na to, że chętnie przeczytasz, ale ja nie chciałem się aż tak otwierać. Bałem się aż tak otwierać, bo to wszystko co mam, wszystko co chowam przed światem, cały mój świat i wstyd. A ty mi nie powiedziałaś i teraz przed światem całym się otwierasz. Jak gdyby nigdy nic. Ale przestaje to mieć znaczenie. Wszystko przestaje mieć znaczenie, mój świat i wstyd, i to że piszę też może nawet nieźle, a może fatalnie, nie na tyle by chciał to ktoś recytować i tego słuchać. To wszystko staje się nieważne. Mówisz, że wyjeżdżasz. Że musisz wyjechać, żeby się rozwinąć, że musisz wyjechać po prostu. Powód nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że jest postanowione. Że to przedstawienie jest udane, pomimo cygańskiego napieprzania piłką o ścianę, pomimo wszystko. Pomimo wszystko jesteś tu ze mną na tym chóralnym balkonie i żegnasz się ze mną. Ciepło z mych trzewi obgasa, zamienia się w chłód, staje się nieznośne, ściska za gardło, napiera na oczy. Chciałbym cię zatrzymać, powiedzieć żebyś nie jechała, żebyś została tu ze mną, że tu też jest dobrze, tu też można żyć i pisać wiersze, ale nie mówię tego, czuję że masz rację, że tak będzie dla ciebie lepiej. Nie dla mnie, dla ciebie tak. Chcę cię przytulić, bo wiem, że to ostatnie spotkanie, chcę ucałować twój policzek, poczuć twój smak, spleść twoją dłoń z moją, dotknąć twej skóry, poczuć twe ciepło, twój zapach, życzyć wszystkiego najlepszego, usłyszeć ostatni szept, ostatni szept wdmuchnąć w twe ucho i wywołać ostatni uśmiech najgłupszym z możliwych żartów. Dziurawa piłka odbiła się od starej ściany. Małe cygańskie rączki chwyciły za balustradę i wciągnęły co miały wciągnąć na górę. Nie dam gnojowi tego zepsuć. Podbiegam wkurwiony, za to że chce zaprzepaścić tę chwilę, za to że chce zepsuć przedstawienie, wkurwiony za wszytko na co nie mam jebanego wpływu. Chcę go uderzyć, kopnąć w jego głowę jak wcześniej w tę piłkę tak by zleciał w dół i zniknął na zawsze, ale patrzę na ciebie i wiem, że nie mogę tego zrobić. To by wszystko zniszczyło. Zniszczyłoby ten moment, zniszczyło twoją przyszłą karierę, twoją artystyczną przyszłość. Zniszczyłoby mnie w twoich oczach. Zabójstwo podczas prezentacji wierszy młodej poetki, mówiłyby click bajtowe nagłówki. Podbiegam więc, chwytam go mocno za mocno napiętą rękę i mówię prosto w jego twarz, mówię przestań, mówię przez zaciśnięte zęby, przez które tryska spieniona ślina. Przestań bo to ważny moment dla tej dziewczyny. Być może najważniejszy w jej życiu. Rozumiesz? On patrzy w twoją stronę przez chwilę, oczy mu błyszczą, ale nie rozumie, zamiera gdy patrzy w moje oczy i widzi w nich to co ja widzę w tobie. Zwalnia uścisk, ręka jego wiotczeje i osuwa się pomału w dół tam skąd przyszła. Odwracam się, jestem sam. Sam. Nie ma już nikogo. Chłód przenika moje trzewia, zwijam się w kłębek i znikam sam w sobie. Z mych źrenic wystają białe rogi, biała grzywa wpłata się w moje ciemne włosy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania