Płótno

„Sztuka jest wieczna. Obraz, poemat czy rzeźba – raz stworzone – osiadają na płótnie świata. Można je ukryć, przykryć setką innych, nowszych i doskonalszych dzieł, lecz dopóki ktoś je ujrzał, będą trwały po wieczność. Bo i my jesteśmy wieczni – nasz oddech, zapisany w sztuce, pozostaje na tym płótnie świata.

 

Proporcje i liczby są ważne, lecz stanowią jedynie część sztuki. Nie one nadają jej siłę, nie one są jej fundamentem. Prawdziwa potęga sztuki tkwi w mocy tworzenia – w darze, który pochodzi od nas samych albo od bogów. Nie nam jednak rozstrzygać z pewnością, skąd ta moc pochodzi”.

 

– To jeden z najcenniejszych obrazów jakie mam – odezwał się hrabia do rudowłosego mężczyzny, który jedynie mruknął, wpatrując się w płótno.

 

Na którym widniał stary jeździec na karej klaczy, wśród rozległych pól. Ubrany był w czarny płaszcz i biały, koronkowy kołnierz. Na głowie miał wysoki czarny kapelusz z szerokim rondem.

Człowiek patrzył prosto na widza, spokojnie i pewnie. Jego wąs był już prawie siwy, choć widać było, że za młodu był brunetem. Przy uważnym spojrzeniu można było dostrzec kilka brązowych włosków tuż pod nosem.

– Piękny, prawda? – zagadnął hrabia, gładząc brodę w odcieniu kłosów zboża. Rozmówca obojętnie przewrócił oczami – Rosscirre.

Szlachcic o tęgiej budowie, uśmiechnął się zadowolony – Widać, że zna się pan na sztuce. To oczywiste – sam przecież zdobył pan sławę w jej tworzeniu.

– Znam, znam. Ile chce pan za ten obraz?

– Jak to? – zdziwił się hrabia – Nie mówiłem nic o sprzedaży.

– Wiem – ale odkupię go od pana. Proszę tylko podać cenę.

– Panie Ester, on jest bezcenny. Kupiłem go jeszcze za życia mistrza Rosscirre’a.

– Bezcenny, bezcenny – powtórzył z ironią – Wszystko ma cenę. Proszę ją tylko podać.

– Wtedy dałem sto ceserów, więc…

– Tysiąc trzysta wystarczy? – przerwał mu stanowczo.

Hrabia zamarł, wpatrując się w rudowłosego. Zdenerwowany spoglądał raz na obraz, raz na rozmówcę. Pełne błękitne oczy, uderzały w oba punkty z słychaną prędkością, a masywne ręce zaciskały się i rozprężały, jakby próbując się chwycić czegoś, co było poza wzrokiem szlachcica. W końcu, westchnął:

– Niech pan o niego zadba – poprosił, a ten niemal lekceważąco odszedł – Coś się stało?

– Idę po pieniądze – rzucił rudowłosy, kierując się ku wyjściu.

 

Ester zatrzymał się i delikatnie rozciągnął.

– Godziny słuchania – pomyślał z żalem, widząc swoją karoce, przy której stał młody, śniady woźnica.

– Jest tutaj? – zapytał chłopak.

– Tak – odpowiedział krótko rudowłosy, wchodząc do środka powozu.

 

Mężczyzna wyciągał sakiewki ze skrytki ukrytej w podwójnym dnie

– Jechaliśmy tu miesiąc – odezwał się woźnica, zaglądając do środka.

– Przecież dostajesz wypłatę – odparł Ester, skupiony na liczeniu.

– Nie o to chodzi. Czy warto tyle poświęcać?

– Majątek? Do grobu go nie wezmę.

– Nie o mogiłę chodzi; ma pan dopiero czterdziestkę i jest pan silny. Bardziej…

Ester spojrzał na niego kątem oka – Chodzi ci o czas, Baszo? – spytał.

 

Młodzieniec pokiwał głową.

– Dla takich rzeczy warto się poświęcać – powiedział, po czym zabrał sakwy.

 

Kiedy wrócił do rezydencji, hrabia wciąż w zamyśleniu wpatrywał się w obraz. Ester podszedł do niego dłoni pieniądze.

– Dokładnie tysiąc… – rzekł.

Hrabia spojrzał na niego pytająco – Mistrzu, znał pan Rosscirre’a?

– Znałem – odparł chłodno – Przez dwadzieścia lat.

– A ja tylko dwadzieścia minut – zwrócił wzrok na portret – Widziałem smutnego, umierającego człowieka. Sprzedawał mi ten obraz obojętnie, jakby sam nie wierząc, że oddaje takie dzieło za marne sto ceserów.

– Mogę dać dwa tysiące – rzucił Ester.

– Nie o pieniądze chodzi – odparł hrabia, zatrzymując rękę tuż nad powierzchnią płótna – To obraz „wolnego doktora”, wędrownego zbawcy, medyka dającego nadzieję każdemu, kogo spotkał na szlaku. Jest siwy, bo zapłacił młodością za ratowanie innych. Nie ma przy sobie medycznych sprzętów, bo oddał je, by móc dalej podróżować.

– Ciekawa interpretacja – mruknął Ester.

– Nie moja. Jestem zbyt prosty, by zrozumieć taki geniusz. Sam mi to powiedział, nim go sprzedał. A teraz, gdy na niego patrzę, mam wrażenie, że sam czekał na takiego lekarza.

– Rozumiem.

– Niech pan go weźmie. Malarz lepiej zrozumie malarza.

– Dziękuję – skinął głową Ester, podał pieniądze i zdjął obraz ze ściany.

 

Wyszedł z rezydencji i wsiadł do powozu.

– Udało się? – zapytał chłopak, zajmując miejsce woźnicy.

– Udało – skwitował Ester – Ruszaj do miasta.

 

Basza pognał konie, a powóz podskakiwał na polnej drodze. Ester siedział wewnątrz, wpatrując się w obraz doktora.

– Wędrowny medyk? – pomyślał, dotykając płótna – Fantazja chorego człowieka, brednie umierającego idioty. Gdzie symetria, gdzie nasz świat, gdzie…?

 

Nagle malarz uderzył w obraz z całej siły, łamiąc go na pół. Górna część opadła na dolną. Poprawił się na siedzisku i kopnął dzieło, roztrzaskując je na cztery części. Woźnica słyszał trzask, tylko westchnął. Po chwili z obrazu zostały jedynie strzępy.

– Zatrzymaj się – rozkazał Ester.

 

Powóz stanął. Z wnętrza wypadły resztki dzieła.

– Spal je – polecił, wyciągając mały zeszyt i zapisując w nim nazwę obrazu: „Doktor”.

 

Basza tymczasem próbował wzniecić ogień krzemieniem, W końcu płomienie objęły fragmenty płótna. Nim jednak ogień rozprzestrzenił się całkowicie, chłopak chwycił najmniejszy kawałek i ukrył go w kieszeni, upewniwszy się, że Ester tego nie zauważył

– Pali się – oznajmił, wracając na swoje miejsce.

– Dobrze – odparł Ester, wpatrując się w gorejące resztki.

 

Gdy ta się już wypaliła, Ester rozkazał ruszyć dalej, następnie zamknął drzwi powozu. Tego samego dnia opuścili Erath, ruszając w dalszą podróż.

 

Ranek, roku 1525, dzień drogi od stolicy.

– Zatrzymaj się – polecił Ester woźnicy.

 

Chłopak posłusznie zatrzymał konie. Malarz wysiadł z powozu i podszedł do zwierząt.

– Dobrze się spisaliście – powiedział, gładząc najpierw jednego, potem drugiego – W domu będziecie mogły odpocząć.

– Rozłożyć sztalugę? – spytał Basza, schodząc z kozła.

– Proszę – odparł Ester, tym razem znacznie serdeczniej, jakby ożywiony nową energią.

 

Chłopak szybko przeszedł na tył powozu, wyciągnął czyste płótno i stojak, po czym rozłożył je. Dopiero wtedy dostrzegł, co przyciągnęło uwagę artysty. Stali na wzniesieniu, a poniżej rozciągała się długa, zielona polana. Po obu stronach otaczały ją lasy pełne dębów i sosen, gęstwina zdawała się pochłaniać ten nienaturalnie czysty obszar.

– Piękne, prawda? – zapytał Ester, wyjmując farby.

– Nawet dla mnie jest to ładne – przyznał Basza.

Ester uśmiechnął się lekko – Nie o ładność tu chodzi, lecz o symetrię i naturalność. Spójrz – zapewne kiedyś coś tu stało – wskazał na kształt polany – dzieło ludzkiej ręki, które zostawiło po sobie ślad.

 

Chłopak skinął głową, choć nie do końca rozumiał słowa mistrza. Ten mówił dalej:

– Ślad zanika, pochłonięty przez naturę. Za sto, może dwieście lat nikt, kto stanie w tym miejscu, nie domyśli się, że tam w dole była ludzka polana. To naturalna symetria świata.

– Chyba – mruknął Basza, obserwując pracę malarza.

Ester poruszał pędzlem, kreśląc linie drzew. Oddawał polanę w najdrobniejszym szczególe.

– Brakuje mi tu chmur – stwierdził spokojnie, bez cienia narzekania.

 

Na obrazie niebo pozostało jednak czyste, jakby chciał zatrzymać świat w swojej wizji. Po czterech godzinach skończył.

– Proszę, złóż go ostrożnie – powiedział wyczerpany.

 

Basza zabrał się do pracy. Nagle dostrzegł, że na jednym z odległych drzew brakuje warstwy liści.

– Tu brakuje fragmentu – zauważył.

– Dokończę w domu – odparł Ester, kładąc się w powozie.

– Dobrze – odpowiedział chłopak, spoglądając na niebo, gdzie właśnie formowały się białe obłoki.

Woźnica uśmiechnął się, pakując malarski sprzęt. Potem wskoczył na swoje miejsce i ruszył dalej. Polana została za nimi, wciąż zmieniająca się pod wpływem czasu i natury. Ester niemal natychmiast zasnął, pozostawiając młodzieńca samego w podróży.

 

Do dworku wrócili nocą, gdy słońce chowało się już za horyzontem. Malarz wysiadł z powozu i od razu zwrócił się do chłopaka, który z trudem walczył ze snem.

– Jak się czujesz, chłopcze? – zapytał.

– Trochę zmęczony, panie.

 

Ester kiwnął głową – Rozumiem. Po takiej podróży całej waszej trójce przyda się odpoczynek.

– Nie trzeba…

Słysząc niemrawy głos chłopaka, malarz się uśmiechnął.

– Nie trać zdrowia, Baszo. Chodź, zaraz coś zjesz i odpoczniesz.

Rudowłosy pomógł mu zejść i zaprowadził go do dworku.

– Witam z powrotem, panie – odezwała się starsza kobieta, jego kucharka.

– Daj Baszy coś do jedzenia i przygotuj mu ciepły kąt.

– Oczywiście – odparła, zabierając chłopaka.

 

Ester wrócił na podwórze, odczepił konie od powozu i zaprowadził je do stajni, gdzie czekała już pasza. Jeszcze chwilę przyglądał się strudzonym zwierzętom, po czym wyjął z powozu wszystkie obrazy i zaniósł je do środka. Kiedy skończył, zmęczony zamknął drzwi i zauważył, że Basza już spał w jednym z gościnnych pokoi.

– Dobrze się spisał – rzucił, a następnie udał się do kuchni, siadając przy stole.

– Podróż się udała? – zapytała kucharka, krojąc warzywa.

– Znalazłem osiem – odparł – więc jeszcze trochę zostało.

– Rozumiem.

– Dobrze, że poleciłaś tego chłopaka. Faktycznie lepiej sobie radzi.

– Jego ojciec był kupcem, pewno stąd ma taki talent do podróży – odparła, mieszając coś w garnku.

Malarz oparł głowę ręką – Jest dobry woźnicą. Choć mógłby nie chować tych skrawków i nie składać z nich mozaiki.

 

Kobieta westchnęła – Wiem, dlaczego panicza tak bolą te obrazy. Ale inni uznają to za dziwactwo, a panicza za dziwaka.

Parsknął rozbawiony.

– Dziwaka? Po prostu udowadniam, że się mylił.

– Tylko mówię, jak inni pana postrzegają.

 

Ester otworzył skórzany notes.

– Dwadzieścia jeden – szepnął pod nosem, widząc nazwy na kartkach.

– Nie martwi się panicz, że Rosscierre stworzył jakieś nieznane paniczowi dzieło?

– Na pewno, podał mi je wszystkie – spojrzał na pożółkłe kartki.

– Jest wielu malarzy. Skąd panicz wie, że zniszczone obrazy był Rosscierre’a?

– Znam jego styl jak nikt inny. Takich jak my nie da się podrobić. Obaj byliśmy uczniami Van der Burga – ja jestem geniuszem, on był geniuszem, nas nie da się podrobić. Tacy jak my, rodzą się tylko raz na parę pokoleni.

– Rozumiem – kobieta skupiła się bardziej na swojej pracy, a Ester na notatniku – Słyszałam, jak panicz coś wnosił. Nowy obraz?

– Obrazy – doprecyzował – trzy dokładniej.

– Znów natura? – zapytała.

 

Mężczyzna kiwnął głową, a kobieta serdecznie się uśmiechnęła.

– Nie dokończy je panicz?

– Jestem zbyt zmęczony.

– Nie wątpię – odparła, wciąż się uśmiechając.

 

Spojrzał na jej twarz, pełną matczynej troski, a spod niej politowanie było aż nazbyt widoczne. Malarz lekko się zmieszał, zamknął notes i rzekł:

– Tak więc pójdę już. Wiesz, co jutro robić.

– Oczywiście, paniczu – odpowiedziała spokojnie, gdy mężczyzna wyszedł.

 

Ester wszedł do swojej pracowni, pełnej obrazów gotowych do dokończenia. Mężczyzna podszedł do biurka, umiejscowionego przy oknie. Usiadł stojącym obok niego krześle i spojrzał na jedno z dzieł. Obraz przedstawiał drzewo, pod który siedział młodziutki chłopiec ze szkicownikiem. Miał kędzierzawe czarne włosy, oraz charakterystyczny znamię pod brodą, w postaci małej, czerwonej bulwy. Płótno był nie dokończone, liście na szczycie dębu był białe, jakby zapomniane przez artystę. Jedynie pień i chłopiec był oddany w pełnym szczególe.

 

Malarz wziął pędzel i pokryta kolorem malarską paletę, przygotowaną zawczasu przez służbę. Malarskie narzędzie dotknęło kilku barw zieleni, tworząc nową kompozycje. Następnie miękkie włosie dotknęło płótna, pierwszy ruch był łagodny, następny nieco gwałtowniejszy. Za trzecim razem, mężczyzna niemal zamachnął się na dzieło, ale w porę zatrzymał rozpędzoną dłoń. Trzymana w drugiej ręce sztaluga, trzaskała cicho.

Westchnął – Na dziś wystarczy.

 

Ester odłożył oba drewniane narzędzia i położył się materacu, który skryty był za niedokończoną kolekcją. Rudowłosy zasnął, niemal dziecięcym snem.

 

Link do pełnej wersji opowiadania:

https://zamoremzaraza.blogspot.com/2026/02/potno.html

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania