Po drodze
Wracam znowu.
Wszystko jest mile znajome.
Latarnia nie zachęcająco otula wejście ciepłym światłem.
Może tu też jest całkiem wygodnie,
posiedzę jeszcze tylko chwilę.
Myślę o tym, jak tam jest.
Co się stanie, kiedy wejdę?
Czy znowu, kiedy otworzę drzwi,
poczuję ten przeraźliwy podmuch pustki?
I brak życia, które zdobiło wnętrze jak koślawo ułożona kolorowa mozaika.
Zamknięte drzwi.
Zgaszone światło.
Cisza.
Jedna para butów.
Smugi wspomnień przelatujące między meblami,
widoczne niby tylko kątem oka,
a jednak tak bardzo wyraźne.
Puste, białe ściany
i duże okno.
Okno, dające wcześniej tyle nadziei.
Teraz przypomina tylko,
ile ludzi jest dookoła.
Wszyscy idą tą drogą,
ale każdy w swoją stronę.
Ale czy nie wystarczy,
że sama zapalę światło?
Że sama usiądę i
rozłożę kartki
przy ulubionym kubku?
A uśmiech znajdę w odbiciu.
W odbiciu — miłość,
której resztki zostały może jeszcze
z wydychanego kiedyś powietrza.
Strach i walka i
ciarki samotności
przechodzące przez ramiona.
Komfort i lęk i ściśnięte gardło.
Przecież lubię być sama.
Więc przed czym uciekam?
Przed ścianami,
które pamiętają dawne zwyczaje?
Przed panelami,
które skrzypią już tylko
pod jednym krokiem?
Przed kanapą,
która nie czuje już tyle ciepła?
Może jedzie jakiś pociąg,
który mnie zabierze?
Gdziekolwiek.
Tylko nie pod ten adres.
Chyba jeszcze nie wróciłam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania