Po pracy

Jak zwykle po pracy usiadłem w wygodnym, obszernym fotelu. Wprawdzie przed telewizorem (czasami miałem wrażenie, a nawet pewność, że jest on nieodłącznym członkiem rodziny i tak też jest traktowany – z szacunkiem i pietyzmem), ale wyłączonym. Lubię ciszę. Gdyby było to możliwe, chciałbym ją zgłośnić. Chciałbym ją poczuć na całym ciele. Jednak jedyne, co wtedy czułem na całym ciele, to wszechobecny kurz na skórze przemieszany z cuchnącym potem.

Codziennie przyglądałem się bacznie każdemu przedmiotowi, każdemu naczyniu, każdej widokówce i pamiątce przywiezionej z wycieczki w Karpaczu. Wszystko to stało na drewnianej, olbrzymiej komodzie z lat 90.Nie prezentowała się estetycznie w siedmiometrowym pokoju pomalowanym na turkusowy odcień niebieskiego. Szczerze – nie przeszkadzało mi to zbytnio. Wiem, że nie mam kompletnie gustu i nie narzekam z tego powodu. Dla mnie liczy się tylko – jak to nazwałem przed laty – utylitaryzm mebla.

Dźwięczącą w moich uszach ciszę przerwał dzwonek. Jak porażony prądem w dwóch susach pospiesznie podskoczyłem do przestronnego okna. Dyskretnie odsłoniłem firankę. W czarnych spodniach, ciemnej bluzce i wytartych, sportowych butach stała młoda dziewczyna. Trochę wystraszona mierzwiła swoje długie, czarne włosy, a głowę pochyliła i obserwowała świeżo podlane bratki.

Cimberlie. Znowu ona… Nikt nie otworzył drzwi od strony ulicy. W końcu weszła sama, otwierając furtkę od strony podwórza. Dwa psy stojące przy budzie natychmiast zaczęły wyć, szczekać, skomleć. I to jednocześnie! Nie zdziwiłem się – to reakcja wypracowana przez nie przez lata. Ale Cimberlie nie zatrzymała się ani na chwilę; nawet nie skierowała wzroku na rudego jamnika i szarego owczarka. Niezdecydowanie i z pewnym oporem udała się przed stare, wyżarte przez korniki drzwi ledwo trzymające się w futrynie. Mój tata zawsze powtarzał, że je wymienimy – nie ze względu na wypadającą klamkę czy nawet przenikliwe skrzypienie słyszalne w całym domu – po prostu zimą musieliśmy podkładać kurtki, swetry – wszystko, co było w pobliżu. Powodem był przenikliwy mróz dostający się do środka.

Zniecierpliwiona czekała dobrych kilka minut. Co chwilę patrzyła przez szybkę w drzwiach z nadzieją, że znajdzie jakąś poruszającą się postać. Zrezygnowanie zaczęło brać górę.

Trudno. Przyjdę innym razem.

W głębi nie mogła uwierzyć, że w domu, który tętni życiem praktycznie cały czas, nikogo nie było. Przecież jej mama – koleżanka mojej matki – powtarzała, że u rodziny Deep'ów ściany przyzwyczajone są do wiecznego hałasu psocących dzieci i użerających się z nimi dorosłych. Sąsiedzi często potwierdzali, że przy Golden Street 1025 w Detroit nie ma mowy o nudzie, a tym bardziej o przenikliwej ciszy.

Odwróciła się i przerażona wzdrygnęła, gdy kilka centymetrów przed oczami ujrzała inne oczy, tak przenikliwie patrzące przez chwilę na wychudzoną posturę młodej kobiety – wydawać by się mogło – w sile wieku. Następne kilkanaście sekund zajęła jej próba uspokojenia nerwów i swojego ciała. Pierwsze poszło jak z płatka, z drugim miała większe problemy. Dygoczące kończyny wyglądały bardzo nienaturalnie, zważając na upał panujący od dobrych kilku tygodni. W końcu Cimberlie doszła do siebie, ale oczy pana Deep'a – mojego ojca – nadal ją lustrowały. Nie zważając dalej na to, dziewczyna odezwała się pierwsza.

- Dzień dobry. Jest pani Catherine?

Wyraz twarzy współrozmówcy nie zmienił się ani trochę. Ułożenie kącików ust, brwi, a nawet włosy zostały w pierwotnym położeniu. Nie odpowiadając na powitanie, od razu przeszedł do rzeczy.

- Nie mamy pieniędzy, fajek i chleba! Czy wy naprawdę nie możecie znaleźć jakiejkolwiek pracy? Czy to takie trudne?!

Dziewczyna, jakby w ogóle nie przejmując się tak gwałtowną reakcją, zaczęła tłumaczenie od pomruku.

- Szukamy już od dobrych dwóch tygodni. To nie jest takie proste.

Patrząc przez okno w kuchni wiedziałem, co pomyślał mój ojciec: Wcale nie szukacie! Żerujecie na ludziach ile się da! Jedyna różnica jest taka, że ofiara się zmienia! Pieprzone pasożyty!

Wzrok mojego ojca w niewyobrażalnie szybkim tempie powędrował na furtkę. Jego przekaz był jednoznaczny: Wynoś się!

W tej chwili do rozmowy przyłączyła się moja mama, która właśnie wróciła z ogrodu. W ręku trzymała włoszczyznę do zupy, a za nią maszerowały w równych odstępach trzy koty: dwa czarne i jeden śnieżnobiały. Rozbawiło mnie to – zacząłem się śmiać. Nawet takie koty same potrafią o siebie zadbać, upolują myszy, prokreują, znajdą czas na rozrywkę. A oni? Tę rodzinę trzeba chyba za rękę prowadzić, bo załatwić się nie potrafią! Leniwce! Obiboki! Parszywe… Pałałem gniewem do tych ludzi. Chciałem ich zabić! Rozumiem: bieda, śmierć najbliższej osoby, komornik na karku… Wiele osób znajduje się w beznadziejnych sytuacjach. Ale jak można bez przerwy dręczyć sąsiadów, błagać kilka razy dziennie choć o kilka skrętów, a do tego obgadywać za plecami?! Niedorzeczne! Paznokcie samoistnie wbijały mi się w wewnętrzną stronę dłoni. Nie kontrolowałem tego. Nawet włączenie ulubionej ballady Skyscraper amerykańskiej wokalistki nic nie pomogło. Mimo zdenerwowania cały czas obserwowałem sytuację na podwórku przy furtce. Odwróciłem się, żeby nalać sobie oranżady i zjeść bułkę i… Zamurowało mnie! Matka płakała, ojciec stał niewzruszony. Żywym krokiem wyszedłem na zewnątrz.

To przeszło moje najśmielsze oczekiwania! Co ja mówię! Ja nawet nie miałem takich oczekiwań! Nie wiem dlaczego, ale życie przeszło mi przed oczami…

 

Jeśli chcecie się dowiedzieć, co się stało, piszcie!

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Grz 05.08.2014
    czekam na dalszy ciąg z niecierpliwością ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania