Początek i koniec, czyli pytania bez odpowiedzi

A gdyby tak wszystko zacząć od początku – pomyślał Hilary. A potem naszły go wątpliwości i pytania bez odpowiedzi.

No bo co to znaczy od początku? Czy początek nie jest końcem czegoś innego? Czyż nie mówi się, że jeśli jedne drzwi życie przed człowiekiem zamyka, to drugie się otwierają? Być może nawet to samo życie je otwiera. Czyli koniec jest początkiem. Ale czy zawsze? Czy zawsze po końcu następuje początek? Z drugiej jednak strony, jeśli tak się sprawy mają, to po co zaczynać? W znaczeniu, po co się wysilać, po co podejmować decyzję. Jeśli coś się skończyło, to niech nowe samo się zacznie. Zgodnie z odwiecznym prawem natury. Ba, całego wszechświata, o którym wiadomo, że miał początek. A niemała część świata nauki sugeruje, że ten początek, ten wielki gorący wybuch gęstej jak zupa materii był nie tyle początkiem, co końcem. Zmianą po poprzednim wszechświecie. Czyli nie jeden początek, a wiele początków, które wynikają z końców. Transformacja, cykliczność. Czy o to chodzi w idei zaczynania wszystkiego od początku? Tylko wówczas, jaki sens ma zaczynanie? Niech samo się zacznie. No dobrze, ale z drugiej strony, co jeśli nauka w tej kwestii się myli i nie będzie początku po zakończeniu. Co wówczas? Czy to coś zmienia?

Zastanówmy się nad tym – pomyślał Hilary zupełnie solo. Jeśli hipoteza modelu cyklicznego wszechświata, zakładająca, że kosmos nie powstał w wyniku jednorazowego Wielkiego Wybuchu czy też z osobliwości, lecz przechodzi przez nieskończone sekwencje eonów obejmujących fazy ekspansji i transformacji, nie jest do końca prawdziwa, czyli jeśli wszechświat zaczął się raz i skończy się raz a dobrze, to czy jest sens z tym walczyć? Czymże ja jestem wobec tak potężnych sił natury – korzył się w myślach Hilary. Jestem li tylko pyłkiem marnym. Chociaż gwiezdnym. I z zacięciem poetyckim, sięgającym po topos znikomości człowieka – poetykę opartą na kontraście między wielkością wszechświata a kruchością jednostki. No co ja, kurde balans, mogę – bił się z myślami Hilary. Metaforycznie, rzecz jasna.

Jestem z gwiazd. Niby ta sama materia, co reszta wszechświata, jednak z subtelną różnicą w postaci ilości owejż materii. Jeśli cały, przeogromny wszechświat nie zacznie się drugi i kolejny raz, to jakie uprawnienia mam ja, biedny Hilary, by rościć sobie prawa do zaczynania od początku. Cóż on znaczy wobec nieskończoności (najprawdopodobniej) kosmosu. Nic w zasadzie.

I cóż robić? – dręczył się Hilary. Zaczynać od nowa czy czekać na rozwój sytuacji kosmicznej? Ale to nie jedyne pytanie, jakie rodziło się w głowie naszego myśliciela.

No bo jak odróżnić początek od końca. Co było pierwsze: początek czy koniec? Jeśli komuś odpowiedź wydaje się prosta, to proszę bardzo, niech odpowie na takie pytanie: co było pierwsze – jajo czy kura? I co, już nie jest tak prosto, już odpowiedź nie przychodzi tak łatwo, prawda? Pewnie, że prawda. To akurat było pytanie retoryczne. To znaczy, owszem, łatwo odróżnić jajo od kury, w końcu jajo ma mniej upierzenia, ale nadać im funkcje – oto wyzwanie. No bo załóżmy, że funkcję początku ma jajo, a końca kura. No to skąd się wzięło jajo? Z kury. Czyli z końca. W sensie metaforycznym. I dosłownym, bo to koniec kury wydalił jajo. Czyli ujmując sprawę filozoficznie, to koniec końca dał początek. Zresztą z samą filozofią też jest problem. Musiała mieć początek. Podobno w Grecji. Ale czy inne cywilizacje, na przykład Majów czy Chin, nie miały filozofów, a tym samym filozofii? Czyli tam też się zaczęła. W różnych miejscach, w różnym czasie, całkowicie niezależnie. A koniec? Czy owe początki wyłaniały się z końców? Raczej nie. No bo koniec filozofii naszej cywilizacji ogłaszał Marks. Ale wiadomo też, że ten filozof w wielu kwestiach się mylił. Koniec filozofii ogłaszał też Heidegger, tylko kto czyta Heideggera.

„Śmierć, czyli koniec, to możliwość niemożliwości. Śmierć jest własną, nieprześcignioną, odniesioną do samej siebie i pewną możliwość jestestwa [Dasein]… Dasein [jestestwo] nie jest w czasie, lecz samo jest czasem”.

Tego się nie da czytać. Może tylko do snu. Skutecznie usypia.

Właśnie, sen. Każde przebudzenie jest początkiem. Ale czy sen jest końcem? Przecież organizm działa. Wolniej, bo wolniej, ale działa. Czym jest sen? Jak odróżnić stan czuwania od snu, skoro we śnie przeżywamy zmysłowo rzeczy tak samo realnie jak na jawie? Tak pytał Descartes. Pyta więc i Hilary. A może całe życie jest snem, zgodnie z maksymą „vita somnium breve”. Znaczy krótkim snem. To by tłumaczyło wieczne niewyspanie. Ale czy to tłumaczy, czym jest przebudzenie? Filozofia nie ma tutaj dobrych odpowiedzi.

Nauka też nie jest zbyt konkretna. Bo czymże jest czas według odkryć nauki? Według teorii względności Alberta Einsteina czas nie jest stały ani uniwersalny – płynie w tempie zależnym od prędkości obserwatora oraz od siły pola grawitacyjnego. Tylko co to znaczy? Czy jako obserwator mogę decydować, jak długo będę spał i jak długo będę siedział w pracy? – kontemplował Hilary. W sensie nie ile godzin, ale jak długo każda godzina będzie trwać. Pole grawitacyjne? Nie ciągnie Hilarego do pracy, a do domu, w szczególności do łóżka, to i owszem. Czy to oznacza, że pole grawitacyjne domu, z łóżkiem, jest silniejsze niż pole pracy? Ot, i pole do popisu dla nauki. I pana Hilarego.

A dalej robi się jeszcze gorzej. Wszechświat nie posiada jednego, wspólnego zegara. To, co dla jednej osoby dzieje się w tym samym momencie, dla kogoś innego, w innym układzie odniesienia, może wydarzyć się w różnym czasie. Czyli co? Początek może nastąpić po innym początku albo w ogóle nie nastąpić, ale tylko dla jednego obserwatora, bo drugi będzie widział same końce? Przynajmniej przez jakiś czas. Czyli koniec może nastąpić, ale dla każdego w innym momencie. To samo z początkiem. Jak określić więc, co jest przyczyną, a co skutkiem?

Jakby tych problemów było mało, to nauka, teorią wspomnianego wcześniej Alberta, wspomina coś o tym, że czas i przestrzeń to to samo. Czas nie oddziela się od przestrzeni, lecz tworzy z nią cztero-wymiarową strukturę – czasoprzestrzeń. Ruch w przestrzeni wpływa bezpośrednio na upływ czasu. Czyli nie tylko nie można już określić, kiedy coś się zaczyna i kończy, ale nawet gdzie. To implikuje problemy nie do przeskoczenia. No bo jeśli pan Hilary zacznie pić wódkę z kolegą, to może się okazać, że kolega już wytrzeźwiał, pan Hilary, nim umoczy usta w płynie zbożowym, już będzie pijany, a butelka jeszcze się nie pojawiła na stole. To nie jest na głowę Hilarego. Za dużo pytań, wątpliwości, żadnych odpowiedzi, znikąd pomocy.

Hilary zawiesił wzrok na rzeźbie. Nigdy nie był fanem sztuki współczesnej. Ale tę stworzył sam. Własnoręcznie. Plus śrubokręt i młotek. Nigdy nie myślał o sobie jako o twórcy. Teraz chyba powinien zacząć. Bał się jednak, że znów zacznie szukać idei początku. I końca. Czy rzeźba była skończona? Ten sam problem. Natury fizycznej, kosmologicznej, filozoficznej, filologicznej i jeszcze jednej, której Hilary nie potrafił nazwać. Wiedział jedno. Sztuka współczesna budzi emocje. On czuł niepokój. Był pewien, że źródłem niepokoju jest właśnie rzeźba. Jakie struny w duszy Hilarego poruszyła, trudno orzec. Hilary nie wiedział.

Spojrzał jeszcze raz na instrukcję. Pochodziła z kraju, w którym mówi się językiem, co to wypowiedziany na głos przypominał piłowanie zardzewiałego żelaza. Mimo tego Hilary potrafił odczytać ową instrukcję. Był zdziwiony swoją znajomością języków. Możliwe, że zastosowanie pisma obrazkowego ułatwiało zrozumienie, ale jednak obrazki były stworzone w kulturze i szerokościach geograficznych owego obcego, żelazistego języka. Instrukcja przedstawiała proces twórczy, którego finałem był stół. Duży, biały, z czterema nogami, blatem. Po prostu stół. Funkcja przypisana jeszcze przed stworzeniem. Czy tam zmontowaniem.

Hilary spojrzał w oczy swojej żony. Tam nie było widać śladów rozważań o dychotomii końca i początku. Nic o czasoprzestrzeni. Nic o Heideggerze. W oczach żony było coś, co również budziło w Hilarym niepokój.

Spojrzał raz jeszcze na instrukcję.

- Dobrze – powiedział na głos. – Zacznę jeszcze raz, od początku.

I przystąpił do dzieła.

Ziemia wciąż krążyła wokół Słońca. Księżyc wokół Ziemi. A Andromeda i Droga Mleczna, jakby nigdy nic, zmierzały do nieuchronnego spotkania. Kiedyś. W przyszłości.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Dziena hiena godzinę temu

    IMO

    Mało wciągają rozkmina, poza tym postać bohatera, wraz z jego monologiem wewnętrznym, bardzo sztucznie wypada, co prawda, jest jakiś pomysł na klamrę w opowiadaniu, ale dla mnie to za mało. W zasadzie to tekst udaje trochę jakiś ambitniejszy fragment, a jedyna, zawierająca w sobie nie tyle ciekawą myśl, co po prostu bardziej złożoną wiedzę, kwestia, to dotycząca eonów. Myślę, że pomysł na postać i jego rozważania trochę przerósł, przez to wychodzi, hm, nudno. Zresztą, wg mnie, jeśli w tego rodzaju rozważań nie istnieje faktyczne i dość konkretne, poparte wiedzą, angażowanie intelektu lub nie istnieje empiryczne i emocjonalne powiązanie z tematem, to jest to po prostu zmyślanie fabuły, a wtedy łatwo wymyślić coś, zrealizowanie czego jest po prostu trudne lub na pewnym etapie niemożliwe.

    Pomijam kwestie, że dopowiedzenia, typu "Bije się z myślami, metaforycznie oczywiście" są zbędne. Przecież bić się z myślami jest tak oklepanym i oczywistym związkiem frazeologicznym, że jego objaśnienie jest zbyteczne.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania