Początek mojej powieści proszę o opinie
Wstęp
Świat, jaki znamy, to tylko połowa prawdy.
Dawno temu bogowie i demony stoczyli wojnę o los istnienia. Gdy zderzyły się Rdzeń Stworzenia i Rdzeń Zniszczenia, świat pękł — rozdzielony na część magiczną i niemagiczną.
Zanim jednak doszło do Rozdarcia, istniał jeden świat. Ludzie, elfy, krasnoludy, wampiry, wilkołaki i inne rasy żyły obok siebie — nie bez konfliktów, ale związani wspólną magią.
Po wojnie każdy naród znalazł własny sposób na przetrwanie.
Elfy ukryły się w pradawnych lasach, strzegąc swojej magii i odcinając się od reszty świata.
Krasnoludy zamknęły się w górach, wierząc, że tylko w kamieniu znajdą trwałość i bezpieczeństwo.
Ludzie rozproszyli się po równinach. Ci, którzy urodzili się blisko fragmentów artefaktów, zachowali w sobie iskrę magii.
Wampiry, wilkołaki i inne mroczne istoty osiedliły się tam, gdzie spadły odłamki Rdzenia Zniszczenia. Te miejsca stały się ich nowym domem — skażonym, cichym, groźnym.
Fragmenty artefaktów wciąż istnieją. Ukryte. Czasem śnią. Czasem wzywają.
Granica słabnie.
A to, co zostało rozdzielone, nie chce już pozostać osobno.
I
---
Chłód ziemi wgryzał się w plecy. Leżał w trawie, patrząc w szare niebo. Cisza była niemal nienaturalna.
— Znowu tutaj… — mruknął pod nosem.
Miał może dziesięć lat. Ciało dziecka — szczupłe, blade, z drobnymi dłońmi i zadrapaniami na kolanach. Ale jego oczy, gdyby ktoś się przyjrzał, były inne. Zbyt czujne. Zbyt stare.
Usiadł wolno, przeciągnął się i rozejrzał wokół. Nic się nie zmieniło. Te same wzgórza, te same suche krzewy, te same martwe kolory. Ten świat był… nijaki. Bez smaku. Bez magii. Bez życia.
— Kiedyś budziłem się wśród unoszących się kryształów, a nie na zakurzonej łące… — wymamrotał, strzepując brud z tuniki. — Nawet świt wydaje się tu marną imitacją.
Wspomnienia wracały jak zawsze — ostro, nagle, bez ostrzeżenia. Błysk ostrza. Ostatnie zaklęcie. Czarne runy w powietrzu. Krzyk czarnoksiężnika. Coś poszło nie tak.
Zamiast zginąć, otworzyła się szczelina. I wtedy poczuł, jak coś wyrywa go z własnego ciała. A potem — ciemność. I przebudzenie tutaj. W ciele dziecka. W niemagicznym świecie.
Eryk należał teraz do prostego, wiejskiego rodu, który prowadził spokojne życie na uboczu. Wiedział jednak, że nie pasuje do tego świata — w środku czuł echo dawnych czasów, kiedy był kimś więcej. Kiedy jego przodkowie stawiali opór najeźdźcom i żyli w świecie pełnym magii.
— A miałem tylko przetrzymać pieczęć na bramie chaosu… — westchnął i spojrzał na własne dłonie.
Wtedy usłyszał głos.
— Eryk! Chłopcze! Pomóż mi z tymi świniami, zaraz wyjdą z zagrody!
To był głos jego ojca, szorstki, ale pełen zwykłej troski. Codzienność wzywała — prosta, nieubłagana i pozbawiona magii.
Eryk zgrzytnął zębami i wstał. Świat bez magii. Świat, w którym musi przeżyć, choć czuł, że gdzieś w cieniu czai się coś więcej.
— Już idę… — odpowiedział cicho, ruszając w stronę gospodarstwa.
Pewnego ranka wstali wcześnie — miał być dzień łowów. Eryk, Natalia, Jakub i Olbram ruszyli razem do lasu. Chłodne powietrze pachniało wilgocią, żywicą i rozgrzaną przez wschodzące słońce ziemią. Szelest liści pod butami i odgłosy ptaków mieszały się z ich szeptami. Wszyscy czuli podekscytowanie.
Tropy znaleźli szybko — świeże, głębokie, prowadzące między niskimi krzewami. Dorodny jeleń, sądząc po śladach, był duży i ostrożny. Ruszyli jego śladem, ostrożnie, krok za krokiem. Czasem przystawali, zerkając na siebie porozumiewawczo. Natalia, dobra w tropieniu, szła z przodu, pochylona nisko, jakby wsłuchiwała się w sam grunt.
Zwierzę prowadziło ich głęboko w las — przez potoki, gdzie trzeba było iść po śliskich kamieniach, przez gęste zarośla, które raniły dłonie, i strome zbocza, po których musieli się wspinać, łapiąc się wystających korzeni. Mimo to nikt się nie skarżył. W ich oczach iskrzyła determinacja.
W pewnym momencie usłyszeli go — krótkie parsknięcie, trzask gałęzi, szelest w paprociach. Jeleń był blisko.
— Tam! — szepnął Jakub, wskazując między drzewa.
I wtedy się zaczęło. Zwierzę wystrzeliło z gęstwiny z niesamowitą gracją. Rogi rozcinały powietrze, a jego długie nogi ledwo dotykały ziemi. Ruszyli za nim, jakby ktoś wydał niewypowiedziany rozkaz. W biegu Eryk poczuł przypływ czegoś znajomego — adrenaliny, skupienia, echa dawnego instynktu. Biegł lekko, z naturalną precyzją, jakby robił to setki razy. Jakby jego ciało znało ten rytm lepiej niż on sam.
Przeskakiwali przez korzenie i głazy. Gałęzie smagały ich po twarzach. Serca biły jak bębny wojenne. Gdzieś w głowie Eryka zatarła się granica między polowaniem a bitwą. Obrazy nakładały się na siebie — jelenia zastąpił wojownik w pelcie, krzyk ptaka zmieszał się z echem wojennego rogu. Przez ułamek sekundy nie gnał przez las z przyjaciółmi — tylko przez spowity mgłą las bitewny, z mieczem w dłoni, tropiąc wroga.
Wreszcie jeleń popełnił błąd. Zmęczony, zdezorientowany, zsunął się między dwa urwiska i znalazł w niewielkim, naturalnym kanionie. Był osaczony. Ściany skalne z trzech stron, za plecami łowcy.
Oddychali ciężko, zbierając się w półokręgu. Natalia uniosła łuk, ale Eryk podniósł dłoń.
— Poczekaj — powiedział. I ruszył powoli naprzód.
Każdy krok był ostrożny, jakby zbliżał się nie do jelenia, ale do czegoś świętego. Coś go tknęło. Coś było nie tak.
Zatrzymał się tuż przy zwierzęciu. Jego boki unosiły się ciężko. Nie próbowało już walczyć. Patrzyło na Eryka szeroko otwartymi, ciemnymi oczami.
Wtedy to zobaczył.
Na boku jelenia, tuż za łopatką, między warstwami zaschniętej sierści i blizn, tkwiła stara, niemal wrośnięta strzała. Drewno było ciemne, gładkie, zdobione delikatnymi znakami. Pióra — srebrzyste, cienkie jak pajęczyna. Grot miał kształt liścia.
Zamarł.
— Nie… — wyszeptał.
Znał ją. Poznałby ją wszędzie. To była strzała elfów.
Ale jakim cudem?
---Szept strzały i cień przeszłości
Po polowaniu ukrył strzałę od razu. Nie chciał na nią patrzeć, a jednak nie potrafił wyrzucić jej z myśli. Mijały noce, jedna po drugiej. Sen przychodził tylko na chwilę, po czym ustępował miejsca przebłyskom wspomnień — tych z tamtego świata, dawnej magii, której nie rozumiał, ale czuł jej ciężar.
Strzała była legendarna — jedna z nielicznych pozostałości po elfich mistrzach, zwana Szeptem Nocy, zdolna przebijać nie tylko ciało, ale i zaklęcia. Artefakt zapomnianych czasów, który teraz spoczywał w jego skromnym kurniku.
Tylko Natalia zdawała się coś wyczuwać. Nie pytała, nie naciskała, ale jej spojrzenia były długie i przenikliwe, jakby widziała więcej, niż mówiła.
— Wszystko w porządku? — zapytała któregoś ranka przy studni.
— Tak — skłamał Eryk.
Nie uwierzyła.
Po dniu ciężkiej pracy z ojcem, kiedy przenosili drewno i naprawiali płot, chłopak podjął decyzję, która sama go zaskoczyła.
Poszedł do druida.
Drzwi do chaty skrzypnęły, gdy je pchnął. W środku pachniało dymem i suszonymi ziołami. Druid, stary mężczyzna o krzaczastych brwiach i twarzy pełnej zmarszczek, siedział nad glinianą misą, rozcierając zielone liście. Podniósł wzrok i zmrużył oczy.
— Eryk? — zapytał z niedowierzaniem. — Ty?
— Nie rozgłaszaj tego — odparł chłopak, zatrzymując się w progu.
Starzec odsunął miskę i powoli wstał.
— Nigdy tu nie przyszedłeś. Nie nawet wtedy, gdy chorowałeś… Co cię sprowadza, chłopcze z wielkimi oczami i jeszcze większym językiem?
Eryk skrzywił się.
— Nie przyszedłem po twoje mikstury ani po zielarskie sztuczki.
Druid parsknął cicho.
— A jednak tu jesteś.
Chłopak wyciągnął torbę przewieszoną przez ramię. Zawahał się, ale w końcu wyjął strzałę. Rozwinął materiał — srebrzyste pióra i runy migotały w półmroku.
Druid znieruchomiał, a potem powoli podszedł i wziął strzałę w dłonie, obchodząc ją jak cenne szkło.
— To niemożliwe — wyszeptał. — Takie rzeczy nie istnieją już…
— A jednak istnieją — odparł Eryk z ironią. — Trzymałeś ją właśnie w rękach.
Starzec odłożył strzałę na stół, ciężko oddychając.
— Skąd ją masz?
— Nie powiem. Przynajmniej nie teraz.
— Kto jeszcze o tym wie?
— Tylko ja. I może jedna osoba się domyśla.
Druid zmrużył oczy.
— Te strzały… one nie były tylko bronią. To nośniki magii sprzed Rozdarcia. Mają cel, wolę. Jeśli jedna z nich przetrwała… to znaczy, że coś się budzi.
Eryk milczał, czując jak serce bije szybciej.
Starzec spojrzał mu prosto w oczy, a w jego wzroku było coś więcej niż zmęczenie i ciekawość.
— Musisz mi opowiedzieć wszystko, chłopcze. Bo jeśli to prawda…
— To co? — przerwał Eryk, zirytowany.
Druid uśmiechnął się smutno.
— To znaczy, że jesteś znacznie bardziej zagubiony, niż sądziłem.
W tej chwili drzwi otworzyły się gwałtownie. Weszła Natalia. Jej twarz była poważna, oczy błyszczały niepokojem.
— Eryk, musisz uważać! — wyrzuciła bez wstępów. — Ktoś jeszcze wie o strzale.
Eryk odwrócił się gwałtownie, jakby uderzony. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a potem błysk złości zapalił się w nich jak ogień.
— Ty? — syknął z niedowierzaniem. — Przez cały czas mnie śledziłaś? Myślałem, że jesteśmy drużyną, a ty podkopujesz mnie za plecami!
Natalia skrzywiła się, ale nie cofnęła.
— Nie śledziłam cię dla zabawy. Chciałam się upewnić, że nic ci nie grozi.
— A mówiłaś, że nie wiesz, co się dzieje — wycedził przez zęby Eryk. — Kłamiesz.
W jego głosie zabrzmiała nie tylko złość, ale i zdrada.
Druid patrzył na nich oboje z rosnącym niepokojem, jakby zdając sobie sprawę, że to dopiero początek burzy, która może rozszarpać ich relacje.
— Jeśli chcecie przetrwać — odezwał się powoli — musicie zaufać sobie nawzajem, albo przepadniecie.
Eryk odwrócił się znowu do stołu, trzymając w dłoni strzałę, której ciężar nagle wydawał się jeszcze większy.
— Może masz rację — mruknął — ale zaufanie zdobywa się ciężko, a łatwo się je traci.
Cisza zawisła między nimi, ciężka jak mgła, w której coś śmierdziało nie tylko wilgocią z lasu, ale i nadchodzącą burzą.
Nagle w ciszy lasu rozległ się donośny dźwięk — dzwon alarmowy z wioski. Jego metaliczny, przeszywający ton przebijał się przez poranny chłód, wstrząsając powietrzem.
Druid zerwał się na równe nogi, a Eryk poczuł, jak serce zaczyna bić szybciej.
— Coś jest nie tak! — powiedział druid, patrząc w stronę, z której niósł się dźwięk. — To znak, że wioska jest w niebezpieczeństwie.
Zza drzew dobiegły odgłosy krzyków i tupot pędzących koni.
— Dzikie plemiona! — wyszeptał Eryk, przypominając sobie opowieści o bezlitosnych najazdach, które nawiedzały okolice.
Nie było czasu na wahanie. Obaj ruszyli w stronę wioski, gotowi stawić czoła nadciągającemu zagrożeniu.
Gdy dotarli do wioski, ich oczom ukazał się przerażający widok. Rozrzucone po ziemi ciała — martwi najeźdźcy, porozrzucani z bronią wciąż w rękach, niezdolni do dalszej walki. Wokół unosił się zapach spalenizny i krwi.
Krzyki zamieniły się w milczenie, przerywane tylko jękami rannych. Mieszkańcy próbowali się ukryć lub uciekać, ale wielu nie zdążyło.
Eryk i druid przebiegli przez wieś, kierując się do chaty chłopca. Drzwi były wybite i wisiały na zawiasach, skrzypiąc złowieszczo.
Wbiegł do środka.
W środku panował mrok i cisza, przełamana jedynie cichym oddechem.
Na podłodze leżał jego ojciec — martwy. Obok niego ciała braci, pozbawione życia, z ranami wskazującymi na brutalną walkę.
Eryk zamarł, a w jego piersi coś pękło.
— Nie… — wyszeptał, nie mogąc powstrzymać łez.
Druid stanął obok niego, kładąc mu dłoń na ramieniu.
— Musimy coś zrobić — powiedział cicho. — To dopiero początek.
Wtedy usłyszał przeszywający krzyk — znajomy, pełen rozpaczy i bólu. To była jego siostra.
Bez chwili namysłu Eryk zerwał się na nogi i pobiegł w stronę dźwięku.
Wśród dymu i chaosu zobaczył, jak barbarzyńcy szarpią jego siostrę. Jej łzy mieszały się z błaganiami o litość, a ciało drżało ze strachu.
— Puśćcie ją! — krzyknął Eryk, głos pękający od gniewu i bezsilności. — Weźcie mnie, ale zostawcie ją!
Barbarzyńcy zatrzymali się na moment, zaskoczeni jego determinacją. Jeden z nich warknął coś groźnego, lecz Eryk nie cofnął się ani o krok.
— Nie odejdę stąd bez niej! — dodał, gotów stawić czoła, choć wiedział, że jest słabszy.
W jego sercu tliła się jedyna nadzieja — że może, jeśli poświęci siebie, uratuje tych, których kocha.
Barbarzyńcy wybuchnęli szydercznym śmiechem, patrząc na Eryka.
— Ty? Chcesz za nas walczyć? — parsknął jeden z nich, olbrzym o ciele pełnym blizn. — Słaby chłopiec, który nie potrafi nawet obronić swojej siostry.
Jeden z najeźdźców uderzył dziewczynę tak mocno, że straciła przytomność i bezwładnie opadła na ziemię. Eryk zamarł, potem zaczął się cofać, serce waliło mu jak młot.
Próbował uciekać, ale potknął się o kamień i runął na ziemię.
Leżąc, poczuł coś dziwnego — znajome uczucie, którego od dawna nie doświadczył w tym niemagicznym świecie.
Spojrzał pod siebie i dostrzegł leżący obok miecz — zwykły, stary miecz martwego barbarzyńcy, który niedawno padł w walce.
Chwycił go z determinacją. Ostrze było ciężkie i chłodne, ale nie miało w sobie nic nadzwyczajnego.
Mimo to w jego sercu zapłonęła iskra dawnej mocy — jakby sama chwila podniesienia broni budziła w nim coś głęboko ukrytego.
Eryk wstał, mocno ściskając miecz w ręce. W jednej chwili, jakby podłączony do źródła dawnej mocy, do jego umysłu powróciły wszystkie nauki i wspomnienia z poprzedniego życia — techniki walki, precyzja ruchów, instynkt.
Zamknął oczy i pozwolił, by ciało działało samo, dając się ponieść tej pierwotnej sile.
Barbarzyńcy, zaskoczeni nagłym zwrotem sytuacji, nie zdążyli nawet zareagować. Ostrze Eryka błysnęło w powietrzu, rozcinając powietrze i ciała przeciwników z nieoczekiwaną precyzją i siłą.
Jeden po drugim padały ich ciała.
Na końcu, gdy oddech Eryka zaczął się uspokajać, poczuł nagle ostry, przeszywający ból w klatce piersiowej. Próbował się oprzeć, ale siła słabości zawładnęła nim. Jego oczy zamknęły się, a świat zawirował.
Stracił przytomność.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania