Początkujący lutniarz cz.2

II

 

Dwór Yllgeth. Następny dzień.

 

-Twoje sprawy mnie nie interesują nic nie znaczący psie. - stwierdził książę Bezprym siedząc na zawłaszczonym tronie. Dzień był pogodny. Na niebie gdzieniegdzie chmura przesłaniała blask przed południowego słońca. Życie w Yllgeth toczyło się normalnym trybem, tak jakby wszyscy już zapomnieli o udanym zamachu stanu sprzed kilku tygodni. Na audiencji u samozwańczego przyszłego króla był kupiec i zdawał relacje o przejezdności jednego z królewskich traktów na południu kraju.

-Ależ panie, zbójcy! Rabują! Gwałcą! Zabili mi córkę, panie ratuj! - krzyknął i skrył głowę w rękach.

-Powinnością Margrabiego jest pilnowanie dróg na granicach. Udaj się doń z mego polecenia i jemu biadol o swoich problemach. - skwitował krótko Bezprym.

-Panie, Margrabia właśnie mnie tu przysyła. Jego Książęca mość niechże coś zrobi. Twoi poddani cierpią! - nadal skarżył się bogaty kupiec padając na kolana. Jego ubranie pomimo tragedii jaka spotkała go w niedawnym czasie wyglądało niezwykle dostojnie. Garsonka skrojona z aksamitu, w kolorach żółtym i niebieskim sprawiała, że kupiec wydawał się nie być tak grubym, jakim w rzeczywistości był. W rękach trzymał czapkę przyprawiona bażancimi piórami, które oddawały stan majątkowy kupca. Na nogach rajstopy do połowy nóg i eleganckie buty z najwyższej jakości skóry dodawały mu wzrostu i nadawały jego osobie niezwykle szlachetny wygląd, mimo iż tak na prawdę kupiec owego tytułu nie posiadał.

-Jeszcze słowo i każe Cię zamknąć w lochu, twój majątek skonfiskuje, a rodzinę sprzedam w niewolę. - chrapnął przez zęby.

-Przepraszam miłościwy...-nie dokończył kupiec, kiedy palec Bezpryma wzniósł się ku górze, dając znak, ażeby kupiec przestał mówić.

-Ha!  A więc się rzekło. Powiedziałeś słowo, więc teraz zamknę Cię w lochu, skonfiskuje majątek i tak dalej i tak dalej. - powiedział znudzony - Straż!

-Nie, nie Panie błagam, przepraszam, to już się nie powtórzy.

-Nadal chapiesz tą swoją tłustą, niewyparzoną gębą -  wypluł ze wściekłością  - lecz spokojnie, w lochach szybko się tego od uczysz.

-To samo mógłbym powiedzieć o Tobie - powiedziała anonimowa osoba wychodząc za jednej z kolumn podtrzymujących sklepienie.

-Co?! Kto śmiał?! Zaraz ukróce Ci ten jęzor gagatku i nie będzie Ci już tak wesoło.

-Jesteś pewien? - zapytał mężczyzna stając po środku sali i okazując się w pełnej krasie. Odrzucił kaptur do tyłu, spod którego wyłoniła się twarz więźnia, jeszcze do niedawna przypiętego żelaznymi łańcuchami do kamiennej ściany.

-Jak...jak to możliwe?! - wyszeptał Bezprym i zapadł się na swoim pięknie zdobionym, pozłacanym tronie.

-A, daj spokój - powiedział spokojnie mężczyzna i machnął ręką - takie czary mary.

-Straż! Straż skrócić go o głowę! - krzyknął władca.

W tej chwili z każdego konta sali wybiegło po dwóch strażników otaczając mężczyzne. Wyciągnęli w jego stronę włócznie tworząc okrąg złożony z drewna, stali i ludzkiego ciała.

-No na co czekacie?! - pokrzykiwał Bezprym - zabić! - rozkazał ponownie. W tej samej chwili powietrze przecieło tuzin strzał, które bezbłędnie znalazły cel. Strażnicy padli martwi. Mężczyzna który, wyszedł zza kolumny odwrócił głowę i skinął kapitanowi, który wraz ze swoimi ludźmi stał na jednym z balkonów zawieszonych u sklepienia budynku. Krew w żyłach Bezpryma zmroził chłód. Wiedział, że w pojedynku z bratem nie miał szans. Spróbował się opanować i po chwili, kiedy przerażenie ustąpiło wstał i podszedł na próg wyniesionego miejsca, któro podkreślało wyższość władcy, nad wszystkimi zgromadzonymi. Uniósł ręce.

-Bracie! - powiedział jednocześnie uśmiechnając się - Jak miło Cię widzieć. Patrz, zagrzałem Ci miejsce - wskazał na tron. - To ty sobie tutaj siądź, a ja tymczasem będę już wychodził. Wiesz jak to jest, tutaj buntownicy, tam jakieś wojny. Trzeba pozałatwiać pewne sprawy - mówił Bezprym, a jego twarz przybrała wygląd szczurzego ryjka, który uciekał przed kotem.

-Zamknij mordę. - powiedział mężczyzna

-Zamykam. - skwitował szybko Bezprym.

-Pamiętasz naszą wczorajszą rozmowę?

-Jaką wczorajszą rozmowę? - rozłożył ręce - my się wczoraj widzieliśmy? - udał zdziwionego.

-Nie pamiętasz braciszku? Ależ ty masz krótką pamięć. - powiedział z uśmiechem - A może przypominasz sobie to?  - zapytał i spod ciemnego płaszcza wyjął łańcuch, który zawisł rozciągnięty na jego wyprostowanej ręce.

-Hmm, pierwsze widzę - stwierdził.

-Już ja Ci kurwa przypomnę. Chodź tutaj! - powiedział i podszedł do brata uderzając go głownią miecza wyciągniętego z pochwy, przymocowanej pod fałdami płaszcza do skórzanego pasa. Bezprym opadł bezwładny na tron niczym marionetka, której właściciel odebrał siły witalne po skończonym przedstawieniu.

-Rothgar chodź tu! - krzyknął do dowódcy łuczników. Ten pospiesznie przybiegł i klęknął przed nim opierając jedną zaciśniętą w pięść dłoń o ziemię.

-Słucham panie. - powiedział krótko.

-Ty okazałeś się wierny i pomogłeś prawowitemu władcy w potrzebie. Masz charyzmę, ludzie pójdą za Tobą chociażby w ogień. Twoje wojsko jest największym stacjonującym na terenie naszego kraju, dzięki czemu bez trudu odzyskasz kontrolę nad państwem.

-Nie bardzo rozumiem władco - powiedział Rothgar unosząc delikatnie głowę w górę.

-Wstań i zasiądź na tronie namiestniku. Wiesz co masz zrobić z moim bratem i nie wierną żoną.

Twarz Rothgara przybrała wyraz zaskoczenia.

-Panie, panie ja nie mogę, to zbyt duży zaszczyt. - powiedział z przerażeniem w oczach - ja jestem po to, by Ci służyć. - stwierdził bez chwili zawahania.

-Dlatego zostaniesz najlepszym namiestnikiem jakiego ten kraj nosił na swoich barkach. To jest mój rozkaz. - powiedział mężczyzna, uniósł dłoń i położył ją na ramieniu mężczyzny wyższego od niego o niecałą głowę.

-Jak każesz władco, lecz panie, co z Tobą?

-Mam dość tego wszystkiego. Nie chce żeby moje życie tak wyglądało. Wyjeżdżam. Powinienem był to zrobić dawno temu, ale nigdy nie było ku temu sposobności. Bywaj zdrów i opiekuj się moim dziedzictwem. - powiedział i nałożył kaptur na głowę. Wyszedł na dziedziniec zamku i skierował swoje kroki ku najbliższej bramie miasta. Przechodząc przez zatłoczone uliczki nie był świadom, choć być może spodziewał się, że żegna się z tym miejscem na długie lata, obfitujące w niewiarygodne historię, trudy i znoje. Decyzja którą podjął miała rzucić cień na wszystkie inne podjęte przezeń w przyszłości, będąc tym samym jedną wielką niewiadomą jego losu i oczekiwań.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania